bunia2010 Posted February 8 Posted February 8 Marta Lichnerowicz jest z Silva Lupus i Lichnerowicz Kennel FCI. Poniedziałkowy, bardzo przydługi post dla ambitnych – w pierwszym komentarzu znajdziecie streszczenie. Od kilku dni zadaję sobie to pytanie i jedyne, co sensownego przychodzi mi do głowy, to sparafrazowanie papieża Franciszka: „Wszyscy jesteśmy winni”. Hodowcy – bez względu na przynależność klubową i organizacyjną. Lekarze weterynarii. Kupujący. Zaczęło się dawno temu. Jeszcze przed słynną nowelizacją z 2012 roku było łatwiej – funkcjonowały w praktyce dwie organizacje. Jeśli ktoś był poza nimi, wiadomo było, że to pseudo. A jednak już wtedy w samym Związku Kynologicznym istniały hodowle o tragicznych warunkach. Do dziś nie zapomnę hodowli ZKwP Beaty S. w Zbychowie, gdzie psy stały na łańcuchach w rozpadających się budach. Tuż obok funkcjonowała hodowla poza strukturami – z profesjonalną psiarnią, kilkoma rasami: jack russell terriery, goldeny, labradory, buldogi angielskie. Kontrast był uderzający. Obie te „hodowczynie”, które dzielił jedynie płot, zapisały się w historii patologii. Pierwsza miała psy odbierane dwukrotnie, kilkukrotnie zmieniała lokalizację. Do dziś pozostaje członkiem ZKwP, a jej oddział macierzysty znajduje się ponad 500 kilometrów od miejsca faktycznego prowadzenia hodowli. Podobno poprawiła warunki. Podobno tragedii już nie ma. Tylko pytanie brzmi: czy „tragedii nie ma” to ma być standard najstarszej organizacji kynologicznej w Polsce, z tradycjami i statusem członka FCI? Druga – Izabela U. – gdy okazało się, że biznes na psach przynosi ogromne dochody, rozpoczęła masową produkcję. Miałam nieprzyjemność odwiedzać jej dwie różne lokalizacje. Z przeprowadzki na przeprowadzkę warunki bytowe psów były coraz gorsze, a wille – coraz większe. Po nowelizacji z 2012 roku założyła Ogólnopolskie Stowarzyszenie Miłośników Psów i Kotów Rasowych. Kilka lat temu jej przybytek został zlikwidowany: na terenie posesji znaleziono ponad 300 zwłok psów zakopanych w ziemi, los pozostałych do dziś pozostaje nieznany. I w tym momencie dochodzimy do słynnej nowelizacji z 2012 roku. Podczas konsultacji społecznych brylowały te same twarze, które widzimy również dziś. Kłótnie, popisy, chwaliposty na Dogomanii – Facebook w Polsce dopiero raczkował. Jako Fundacja Dobrych Zwierząt złożyłam wówczas jedną uwagę: wpisanie do ustawy zapisu, że pies rasowy to pies ze stowarzyszenia hodowców, zalegalizuje patologie. To był zły pomysł. Wszechwiedzący posłowie – z Pawłem Suskim i jego ówczesną asystentką na czele – wiedzieli lepiej niż praktycy. Oczywiście miałam rację. Stowarzyszenie Izabeli U. powstało już 29 lutego 2012 roku. Nowelizacja pozwoliła jej monetyzować nie tylko własną fabrykę psów, ale także pobierać opłaty od członków i za pseudorodowody – wyłącznie po to, by legalnie sprzedawać pseudorasowe psy. Takich stowarzyszeń powstały setki. Nowela nie zawierała nawet obowiązku rejestracji w KRS – wystarczyło siedem osób i wpis w starostwie. Fabryki psów ruszyły pełną parą. Organizacje społeczne skupiły się wówczas głównie na walce z patoschroniskami. Niewydolna inspekcja weterynaryjna nie radziła sobie z podstawowymi kontrolami schronisk, a o kontrolowaniu pseudohodowli można było zapomnieć. Nawet jeśli kontrola się odbywała – dopóki nie było zwłok i były szczepienia przeciwko wściekliźnie, wszystko uznawano za legalne, a dobrostan za „zachowany”. Organizacje zbierały dowody. Sama odwiedziłam dziesiątki takich miejsc, robiąc zdjęcia i sporządzając dokumentację. Psy trafiały do zlikwidowanych chlewów – bo to był szybki i łatwy dochód. Rolnicy przerabiali chlewy na psiarnie. Popyt na pseudorasowe maltańczyki i yorki nie spada do dziś. Wystarczy spojrzeć na ogłoszenia organizacji likwidujących pseudohodowle – pojawia się wysyp „Dżesik” i „Sandr”, które „już jadą po pieska”, a gdy go nie dostają, robią internetową awanturę. I tu dochodzimy do kolejnego problemu: nabywców. Dlaczego pani kupiła? „Bo było mi szkoda”. „Bo chciałam uratować”. Tylko że w ten sposób nie ratuje – tylko napędza biznes. Czy kupujemy narkotyki, by spuścić je w toalecie i uchronić kogoś przed przedawkowaniem? Czy wykupujemy czas prostytutki, by mogła odpocząć? Nie – bo to napędza przestępczy proceder. Tak samo działa kupowanie psów od handlarzy. Cena zawsze czyni cuda. Ludzie idą tam, gdzie taniej, ufają miłej pani, która udaje miłość do piesków, a za drobną opłatą – albo gratis – dostarcza psa pod drzwi. Po kilku dniach pies choruje i zaczyna się dramat: rachunki za leczenie idą w tysiące złotych, a pies zostaje chory do końca życia, bo parwowiroza zostawia trwały ślad. Z czasem organizacjom udaje się zamknąć niektóre pseudohodowle. Wyroki skazujące i zmiana linii orzeczniczej dają efekt kuli śnieżnej. Zdjęcia skrajnie zaniedbanych, martwych psów wzmacniają narrację: „zobaczcie – tylko u nas jest dobrze”. Sama długo tak myślałam, patrząc na własne podwórko, jednocześnie mając w pamięci obrazy pseudohodowli. Pojawia się prosty podział: my dobrzy – oni źli. I wtedy zaczyna się polowanie na czarownice. Pogotowie dla Zwierząt odbiera z domu zadbane yorki – nawet na filmach z interwencji widać, że psy są świeżo po groomerze i mieszkają w domu. Sąd stwierdza bezzasadność odbioru, nakazuje zwrot – psy „rozpływają się”. W innej sprawie organizacja Romy J. wchodzi do domu hodowcy: jest bałagan, ale czyste hawańczyki w kojcu, brak podstaw do odbioru. Dochodzi do wymuszenia – hodowca traci przytomność, psy zostają zabrane bez udzielenia pomocy. Lata mijają, zapadają kolejne wyroki nakazujące zwrot psów, ale część z nich znika. Hodowczyni nie ma środków na procesy cywilne. Najgłośniejsza sprawa dotyczy Magdaleny D., prowadzącej hodowlę i domowy hotel dla psów. Fundacja Mondo Cane umieściła u niej psa Aresa, chorego na lamblię, o czym hotel nie został poinformowany. W tym samym czasie przebywał tam wyżeł weimarski. Oba psy miały biegunki, oba miały właścicieli, a hotel – jak każdy hotel – sprawował nad nimi czasową opiekę. Pod nieobecność właścicieli fundacja wchodzi do domu, przeszukuje pomieszczenia, wzywa policję i dokonuje odbioru nie tylko chorego psa, ale wszystkich psów w hodowli. Zostają dwa – „nic niewarte kundelki”. Bo przecież, według tej logiki, hodowca znęca się tylko nad rasowymi, cennymi psami. Po kilku dniach okazuje się, że fakty nie są takie, jak przedstawiała je fundacja. Hodowczyni zostaje skazana wyłącznie za brak leczenia nieswojego psa. Reszta zarzutów zostaje umorzona. Psy nie wróciły do dziś. Ta interwencja całkowicie zantagonizowała środowisko hodowców i organizacji prozwierzęcych. Trudno się dziwić, skoro ta sama fundacja publicznie groziła hodowcom, twierdząc, że wystarczy wylana miska wody, by odebrać psa, a podróżowanie na wystawy to „szczególna forma znęcania”. Nie można było pozwolić, by w czasie, gdy prawdziwe fabryki psów pozostają nietknięte, nękano dobrych hodowców. Z tego powodu prowadziłam szkolenia, tłumacząc zawiłości ustawy o ochronie zwierząt. Słynny list z Ministerstwa Rolnictwa, krążący po internecie, jest odpowiedzią na mój wniosek o udostępnienie informacji publicznej. I tu dochodzimy do sedna. Patologiczne działania patologicznych organizacji doprowadziły do okopania się porządnych hodowców, jednocześnie – przypadkiem – dając parasol ochronny prawdziwym patologiom w Związku Kynologicznym. Narracja „oni kradną psy” kontra „oni się znęcają” stała się kalką naszej sceny politycznej. A prawda jest prostsza: patologie są po obu stronach. Ich eliminowanie nie powinno jednak należeć do prywatnych osób. Od tego jest państwo – a konkretnie inspekcja weterynaryjna. I tu mamy kolejną patologię: urząd skrajnie niewydolny, pozbawiony realnych uprawnień. Urzędnicy zamiast pracy w terenie piszą decyzje zza biurka, a kontrole – jeśli w ogóle się odbywają – bywają groteskowe. Przykład z dziś: PIW w Chojnicach. Kontrola hodowli prowadzonej w kontenerach w blaszanym garażu przy minusowych temperaturach. Wniosek: „psom na głowę nie pada”. Przepisów – według inspektorki – brak. Tymczasem art. 9 ustawy o ochronie zwierząt mówi jasno: „Kto utrzymuje zwierzę domowe, ma obowiązek zapewnić mu pomieszczenie chroniące je PRZED ZIMNEM, upałami i opadami atmosferycznymi,, Z DOSTĘPEM DO ŚWIATŁA DZIENNEGO, umożliwiające swobodną zmianę pozycji ciała, a także odpowiednią karmę i stały dostęp do wody.” To nie jest tekst trudny do zrozumienia – o ile zna się ustawę, na podstawie której powinno się pracować. Skrajna niekompetencja inspekcji sprawia, że ludzie biorą sprawy w swoje ręce. Tam, gdzie państwo nie działa, wchodzą obywatele. Jedni kierują się odruchem serca, inni chęcią zysku. Wśród nich znajdą się zarówno ludzie uczciwi, jak i kanalie. Podsumowując: jedyną drogą wyjścia jest głęboka reforma inspekcji weterynaryjnej albo stworzenie nowej służby – z realnymi uprawnieniami, możliwością mandatowania i kierowania wniosków o ukaranie. Do tego czasu nie ma się co dziwić, że obywatele, wykorzystując obowiązujące przepisy, będą zrzeszać się w organizacjach i działać na własną rękę. Dlatego dziś potrzebny jest balans. Zamiast wojny – współpraca. Może więc czas na krzyżowe kontrole: organizacje społeczne wraz z PIW do hodowli, a organizacje hodowców wraz z PIW do schronisk i przytulisk? Dobra, żartowałam Ale może dobrzy hodowcy pokażą dobrą wolę i chociaż na czas mrozów pomogą zmarzniętym psom w schroniskach czy pod opieką NGO-sów. Nie każdy może zabrać psa, ale każdy może dostarczyć ubranko, kupić karmę, pomóc realnie, zamiast toczyć kolejne wojny w internecie. Wszak wszyscy kochamy psy... Może wreszcie czas pozbyć się śmieci po obu stronach, zamiast ratować układy towarzysko-biznesowo-polityczne. Obie strony – i hodowcy, i organizacje – deklarują dziś jedno: potrzebę państwowej, niezależnej służby kontrolującej dobrostan zwierząt. I tych w fundacjach, i tych w gospodarstwach, i tych w hodowlach. Być może to jest moment, by wspólnie zacząć lobbować na rzecz jej utworzenia. W bezmiarze patologii, z jakimi mamy dziś do czynienia, taka służba – wyposażona w realne uprawnienia mandatowe – sama by się sfinansowała. To naprawdę łatwe do policzenia. Przed nami jeszcze tydzień mrozów. A potem – roztopy. I kolejne zadanie: liczenie zamarzniętych psów oraz poszukiwanie miejsc zakopywania zwłok – zarówno w patoschroniskach, jak i w hodowlach, bez względu na przynależność organizacyjną. Bo obowiązku ewidencji psów wciąż nie ma. Tak samo jak obowiązku rozliczenia się z tego, co stało się ze zwierzętami. Z nadzieją – i niecierpliwością – czekamy na wejście w życie europejskiego prawa dobrostanowego. Ono również ograniczy patologie na wszystkich poziomach: od fundacji po hodowle. Niestety, wiele psów tego momentu już nie doczeka. Quote
bunia2010 Posted February 8 Author Posted February 8 Marta Lichnerowicz Rolnik utrzymujący Highland cattle czy koniki polskie w chowie wolnowybiegowym ma na co dzień kontrole, donosy i wizyty organizacji „prozwierzęcych”. Każde upapranie błotem, każda zima, każde zdjęcie wyrwane z kontekstu stają się pretekstem do interwencji, zawiadomień i medialnej nagonki. Tymczasem gdy organizacja odbiera 22 krowy i niemal natychmiast sprzedaje je do rzeźni, bydło nagle przestaje kogokolwiek interesować. Nie ma oburzenia. Nie ma pytań. Nie ma zbiórek. Nie ma dramatycznych postów. Zwierzęta, które jeszcze wczoraj były „ratowane”, znikają z narracji, bo nie pasują do dalszego ciągu historii. Samotna wdowa żyje w zimnym, zaniedbanym domu, z najniższej emerytury po pracy w PGR. Bez ogrzewania, bez realnego wsparcia systemowego. W takiej sytuacji Pogotowie dla Zwierząt czy inny DIOZ odbierze jej siłą, bez policji bez PIW „starego Pimpka” – psa, kota, a nawet kury, które znoszą jajka będące dla niej podstawą wyżywienia. Biegła Dorota W. napisze opinię, z której będzie wynikać, że kura „cierpiała psychicznie najbardziej na świecie”, ponieważ była „wykorzystywana”. Emerytka zostanie symbolicznie ochrzczona „kurzą sutenerką”. Kot – według tej samej narracji – ofiarą nielegalnej pracy przymusowej, polegającej na łowieniu myszy. Pies natomiast ma cierpieć dlatego, że je kaszę ze skwarkami z jednej miski razem z właścicielką. Ale kiedy ten sam syf, brud i urągające warunki dotyczą kolegi z układów, sytuacja nagle wygląda inaczej. To już „co innego”, „to nie odpady poubojowe to BARF”. To, że zbiera miliony na zbiórkach, że ma dwie ręce do pracy, że obiektywnie nic nie usprawiedliwia "opisanego ustawami "rażacego niechlujstwa" – nie ma znaczenia. On „się pogubił”. „Wszyscy są źli”. „On jest empatą”. „Nie hejtujcie”. „Musimy pomóc”. „To skomplikowane”. Mechanizm identyczny jak w przypadku polityków bijących żony – u nich zawsze jest „skomplikowanie”. Hipokryzja w tym środowisku nie dziwi mnie od dawna. W końcu to ja jestem „tą złą”, bo jestem hodowcą i trenerem, chociaż tymczasowałam, wykastrowałam i zaczipowałam, rekami współpracujących lekarzy, więcej zwierząt niż połowa pomagaczek z Facebooka. Ale to wciąż nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że przez takie mendy obrywają dobre organizacje i porządni ludzie a nie ci, którzy ten system realnie napędzają, spuszczając psy w patologię, chaos i cierpienie.. Wczoraj jakiś degenerat groził powieszeniem Malgorzata Judyta Brzezinska z Judyty. Inne osoby – nakręcone przez rozhisteryzowaną Beatę Krupianik – zasypywały mnie groźbami na Messengerze. Zastanawiam się poważnie, czy zgłaszać to na policję, czy raczej wysłać okólnik po szpitalach psychiatrycznych z pytaniem, czy komuś nie uciekli pacjenci. Beata złap te jorki bo naprawdę lepiej aby wpłacały na lepszy cel niż na nawiązki za pogróżki u mnie. Tym bardziej, że jak się wkurzę to dostaniesz za podżeganie - one się wprost na panią Beatke powołują. W ochronie zwierząt nie powinno być miejsca ani dla ludzi z wyrokami za kradzieże, oddających zwierzeta do rzeźni - bo nawet jesli zwierze trzeba uśmiercic to ktoś kochający zwierzęta powinien dac dobrą śmierć - czyli eutanacje, a nie na zabiciu zwierząt zarobić. Nie ma tu też miejsca dla osób „pogubionych”, które przez własny chaos dopuszczają się znęcania. Nic – absolutnie nic – nie usprawiedliwia skandalicznych warunków w Sekłaku a potem w Kuflewie. Tak samo jak nic nie usprawiedliwia gróźb wobec kogokolwiek, kto ma inne zdanie albo po prostu rzetelnie wykonuje swoją pracę. Napiszcie teksty z zarzutami i faktami na swoich tablicach - jeśli będzie tam prawda nie trzeba się obawiać pozwów! Jeśli zarzucacie komuś kradzież funduszy, brak kastracji czy handel psami i nie macie dowodów musicie liczyć się z odszkodowaniami. Groźby ściga z urzędu policja na wniosek pokrzywdzonych. To właśnie przez ludzi z podwójnymi standardami, walczących wyłącznie o własne interesy, cierpią wszyscy: – ci, którzy ośmielają się mówić głośno, – ci, którzy naprawdę wykonują dobrą, rzetelną pracę, – dobre NGO-sy, takie jak moim zdaniem Judyta, a także setki małych, lokalnych inicjatyw, domów tymczasowych i ludzi działających uczciwie, bez medialnego parasola ochronnego i zaplecza układów. Tymczasem mijają lata, a obrazki jak ze zdjęć wciąż są codziennością. Hyclownie-mordownie funkcjonują pod szyldem „schronisk” utrzymywanych z gminnych pieniędzy. Działają zbieracze – w aureoli lajków, wzruszających opisów i fałszywego „ratowania”, za które nikt nie ponosi realnej odpowiedzialności. A wokół nich tłum ludzi, którzy nie potrafią czytać, myśleć ani wyciągać wniosków, za to potrafią bezrefleksyjnie klikać. Nie będzie lepiej. Będzie gorzej. I co najbardziej ironiczne – w pewnym momencie okaże się, że najlepsze projekty dotyczące ochrony zwierząt składają organizacje rolnicze. Dlaczego? Bo mówią jednym głosem. Bo aby być rolnikiem, trzeba ukończyć kurs i zdać państwowy egzamin. Aby hodować zwierzęta, otrzymywać dopłaty i na nich zarabiać, trzeba mieć elementarną wiedzę, znać procedury i spełniać konkretne wymagania dotyczące dobrostanu. Tymczasem aby „pomagać zwierzętom”, wystarczy, że coś nam się wydaje dobre i mieć sektę wyznawców z social mediów. Bez wiedzy. Bez kompetencji. Bez odpowiedzialności. Bez konsekwencji. I to jest dziś jeden z największych problemów systemowych ochrony zwierząt w Polsce. P.S. nie mam wyłączonego komentowania. Jednak dyskutuje tylko z ludźmi, których przyjęłam do znajomych - czyli takimi, z którymi chce miec kontakt i skądś kojarze. To selekcja, ktora robie bo nie mam zamiaru na darmo dyskutować z rozhisteryzowanymi panienkami, którym się cos wydaje. Nie interesuje mnie opinia czy frustracja Karyn z fejsbooka dlatego nie trace czasu na dyskusje z nimi na moim wallu. Musicie z tym teraz żyć… Quote
Sowa Posted February 10 Posted February 10 Nie da się wyczerpać oceanu łyżeczką. Dopóki psów będzie więcej niż w miarę odpowiedzialnych właścicieli, nie zmieni się nic. Jak zmniejszyć ilość przypadkowo przychodzących na świat zwierząt? 1. Obowiązkowe chipowanie i przypisanie do właściciela w jednym centralnym ośrodku 2. Obowiązkowe opłaty za posiadanie psa - i w bloku, i we własnym domu i w hodowli - ze zwolnieniem od opłat tylko od psów wykastrowanych-wysterylizowanych, a starszych niż rok. Pierwsze dwa lata bez opłat-za to sterylkobusy docierające do wsi i małych miejscowości, sterylki na koszt gminy/państwa - i tak to mniej kosztuje niż płacenie za odłowienie psa czy utrzymywanie schronisk gminnych czy miejskich. W jaki sposób skłonić ludzi do zgłoszenia faktu nabycia psa? Wprowadzić - tak niedawno było we Francji, nie wiem, jak jest teraz - obowiązek po stronie sprzedającego i nabywcy. Sprzedający czy przekazujący psa sporządzał akt sprzedaży/darowizny z danymi nabywcy w dwóch egzemplarzach - jeden zachowywał u siebie, drugi przekazywał fiskusowi czy gminie, gdzie na stałe mieszkał nabywca zwierzęcia. Podobne zasady obowiązywały przy wydawaniu zwierząt ze schronisk. Lekarze weterynarii mieli obowiązek sprawdzenia numeru chipu i przypisania do właściciela przed rozpoczęciem leczenia zwierzęcia. Jednocześnie wprowadzono wysokie kary za brak zarejestrowania psa. Nieuniknione kary finansowe - dotkliwe!!! - za wszelki przypadki pogryzienia ludzi przez psy. Zwiększenie opłat za posiadanie kolejnych zwierząt zdolnych do rozrodu. Konieczność ponoszenia nieuniknionej odpowiedzialności za zwierzę skutecznie ograniczy opłacalność prowadzenia rozmnażalni psów. Skutki nie będą natychmiastowe, ale bez ograniczenia przypadkowego czy celowego rozrodu zwierząt nie zmieni się nic. Oczywiście zawsze będzie jakiś margines, jakieś unikanie odpowiedzialności i rozmnażanie czy "ratowanie" zwierząt dla natychmiastowego zysku - ale w tej chwili ten margines rozłazi nam się na coraz większą część strony. Dodatkowo wprowadzenie obowiązkowych lekcji w szkołach podstawowych dotyczących wiedzy nie na temat budowy pantofelka, ale wiedzy o dobrostanie tych zwierząt, które towarzyszą nam na co dzień. I tych, z których w jakikolwiek sposób korzystamy. Ponad 20 lat temu powstał taki projekt, ale działacze towarzystw - powiedzmy - prozwierzęcych wzięli się za łby, walcząc pomiędzy sobą kto będzie przedstawiać przygotowany ogólnie projekt do oceny ówczesnemu prezydentowi. No i sprawa błyskawicznie upadła. Dopóki nie ograniczy się rozrodu - nie zmieni się nic. . Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.