Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

Ten sam pies, który o poranku 18.08 biegał z piłą, cieszył się i tulił do nogi, rankiem dnia nastepnego podnosił się z trudem. Poprzedniego wieczora (18.08) nie wziął leków ze zwykłą sobie radością - musiałam podać mu wszystko jeszcze raz. Zmartwiło mnie to. Ale - juz słyszę oskarżycielskie krzyki - znałam przeciez Raisę i jej humory. Kiedyś, około miesiąca temu, Baszce również zdarzyło się grymasić na leki. Wypluć. Pewnie z powodu nikłej ilości pasztetowej. Niestety, nie wszystkim się w życiu układa. Mi się nie układało. Wciąż nie mam umowy o pracę. Wciąż borykam się z problemami, o których nie chcę pisać, bo problemy finansowe moga się wydać trywialne tym, którym nie brakuje nigdy na podstawowe potrzeby.
Weterynarz jednak nie stwierdził niczego. Próbowałam tłumaczyć to sobie na wiele sposobów również w nocy 18 sierpnia. A i tak uznałyśmy, że musi go zobaczyć lekarz. Że to nie melancholia spowodowana tym, że, z powodów rodzinnych, moja zmienniczka w pracy (mająca umowę, o którą walczę do tej pory) musiała poprzedniego dnia wziąć sobie wolne, w efekcie czego nie było mnie prawie 13 godzin. Że to nie smutek.
Że to coś poważniejszego.
Weterynarz mógł przyjechać przed południem. A rano musiałam dawać Baszce leki na siłę. Leki zwymiotował. I wodę, którą poprzedniego wieczora pił chętnie (czym trochę mnie uspokoił). Myslałam, że doktor zjawi się zaraz. Niestety miał nagłą interwencję. Nie znalazł podanego przez nas adresu od razu. Osobom mieszkającym w mieście może to wydać się dziwne.

Posted

Lekarz przyjechał. Po 5 godzinach. Zdiagnozował babeszję. Pani Jola, pisząca na forum, że nie zna przyczyny, choroby... wiedziała o tym. Ale nie wierzyła. Nie wierzyła ani nam, ani lekarzowi. Twierdziła, że to zatrucie. A ja wiedziałam, że zatrucie jest niemożliwe.
Ufałam i ufam temu weterynarzowi. Bo to on uratował mojego Flaaffy'ego z choroby pokleszczowej. To on pomógł Baszce z problemami skórnymi, o których była już mowa na tym forum. Wet podał Baszy właściwe leki na właściwą chorobę. Nie dawał zbytnich nadziei. Pies był zbyt wymęczony dolegliwościami, które przyniósł ze sobą. Miał swój wiek. Ale doktor nie przekreslał całkowicie jego szans. Dawał choć cień nadziei. Warunkiem miał być spokój. Kategorycznie zabraniał przewozenia go. Męczenia. Podkreślam - Basza dostał leki na babesjozę. Na to, na co skonał po przybyciu do kliniki.

I stąd nasz protest. Bo wierzyłam... że się uda. W chwili, gdy wyraziłam zgodę na podróż czułam, że skazuję go... Co potwierdzili lekarze w lecznicy. Basza w samochodzie zaczął ciężko oddychać. W lecznicy powiedziano, że pies jest w agonii i że ma 1%... 1% to szansa na cud. Powiedziano mi, że pies nie przeżyje. A ten 1% miał być nadzieją dla kogoś, kto z tą śmiercią nie może się pogodzić. Kto nie miał juz siły...

Posted

Cud nie nastąpił. Baszę zabrano do szpitala, ja odjechałam wraz z panią Patrycją, która zaoferowała mi podwózkę do przystanku autobusowego. Jestem jej bardzo wdzięczna i chciałabym podziękować jej jeszcze raz - za serce i poświęcenie, bo faktycznie wiozła małe dziecko. Głodne. Dziękuję jej, bo chciała dobrze. Dziękuję za to, że przytuliła tuż po tym, gdy połamał się mój świat - kiedy pożegnałam się z roztrzęsionym Baszą na stole. Wiedziałam, czułam, że to ostatnie pożegnanie. I złamałam się jak zapałka.
Dziękuję, bo nie czułam się wtedy sama. Żałuję tylko, ze on musiał odejść na jakimś zimnym stole. A nie wśród tych, którzy go pokochali.
Na przystanku, wciąż czekając na jeżdżący z masakryczną częstotliwością autobus, zadzwoniłam do kliniki. dowiedziałam się, ze Basza... odszedł 10 minut wcześniej. Ze został mi już tylko kocyk, pokrwawiony przy wkładaniu wenflonu. Czułam to. A jednak fakt uderzył tak mocno, że kilka osób zaoferowało swoją pomoc. Chciało zawieźć histeryczkę do domu. Ale ja chciałam być sama.
Nie pamietam, jak doszłam do domu. Od przystanku mam jeszcze 2 km. Wiem, że straciłam gdzieś kurtkę i kocyk, byłam brudna. W domu czekała Paulina, która nie pojechała na uroczystość, którą przygotowała jej rodzina. Zajęła się zwierzętami - 11 kociakami, którymi opiekujemy się, bo straciły matkę. Wydoiła kozę, której nie mozna zaniedbać. Zrobiła to... bo czuła się tak, jak ja. Ale wiedziała, ze ja mogę sobie nie poradzić. Przyjechała tez moja przyjaciółka i jej brat. Przyjechali, bo wiedzieli... Chcieli pomóc. Próbowali. Ale radość udawana boli jeszcze bardziej. Bo to nie były urodziny, lecz stypa. I tak, zapamietamy tę "imprezę do końca życia. Tak, jak tego wiele osób nam życzy. Nie wiedząc, co to znaczy ból po stracie Baszy. Baszy - ukochanego psa. Nie wiedząc, jak to jest - budzić się, wiedząc, że Basza czeka obok łóżka. Czeka, by się przytulić i powiedzieć "dzień dobry. Mam się dobrze. Dziękuję, że mam się dobrze. Kocham Cię."

Ja też Cię kocham, Basza.

Chociaż Ty mi tego juz nigdy nie powiesz.

Posted

Dziękuję jeszcze pani Joli. Mimo wszystko. Bo chciała dobrze. Dziękuję pani Izie, bo go kochała. Mimo tych wszystkich oskarzeń. Bo kochała naprawdę. A ja naprawdę, naprawdę nie zyczę tego nikomu. Tego bólu. Tego cholernego bólu.

Posted

Basza wrócił do nas...
Pochowałyśmy go na cmentarzu dla zwierząt w miejscu, z którego miałby piękny widok na pola i łąki, miałby, gdyby żył.
A mógł żyć.
Wiadomość o śmierci Baszy starałam się przekazać lakonicznie,nie chciałam pisać o (słusznych) pretensjach do opiekunek Baszy za zaniedbanie, jakiego się dopuściły, starałam się nie dopuszczać do siebie myśli, że być może zignorowały pierwsze objawy choroby,zlekceważyły apatię, brak łaknienia u psa...
Rano,umawiając się z lekarzem w kwestii odebrania ciała Baszy usłyszałam to, czego usłyszeć nie chciałam.Powiedziano mi, że Basza miał szansę na przeżycie gdyby znalazł się w lecznicy choć 12 godzin wcześniej.Nie były to szanse 100% ale były,choć już wtedy był w ciężkim stanie. Załamałam się, nikt nas nie powiadomił, że Basza zachorował, że dzieje się coś złego.
Nadal starałam się nie dopuszczać do siebie myśli, że opiekunki Baszy zlekceważyły jego zły stan zdrowia,wydawało mi się to niemożliwe bo przecież chyba nie można spokojnie patrzeć, że pies zachowuje się zupełnie inaczej, nie je, jest smutny,apatyczny i nie zareagować.
Widać jednak można.
Nie dawało mi to spokoju a ponieważ w Łodzi współpracujemy z najlepszymi lecznicami,w których pracują najlepiej wykwalifikowani lekarze weterynarii, pojechałam do jednej z nich, do lekarza, który znał Baszę, zdiagnozował go i leczył. Miałam ze sobą wyniki badań krwi, wykonane podczas ratowania Baszy, miałam też opis stanu psa i wszystkich zabiegów, które zostały wykonane podczas reanimacji.
Opowiedziałam to, co usłyszałam od Pauliny(jednej z opiekunek) ,czyli historię króciutkiej, bo trwającej zaledwie 24 godziny choroby.
I usłyszałam od lekarza, że niemożliwym jest, by w ciągu tak krótkiego okresu czasu babeszja doprowadziła do takiego stanu, że mocznik pięciokrotnie przekroczył normę, Bo norma u zdrowego psa wynosi 45, u Baszy wynosił 257.0. By doszło do tak wysokiego stężenia trzeba było poczekać około 4-5 dni.Podwyższający się mocznik daje objawy zatrucia, pies nie ma łaknienia, nie chce jeść, to jest widoczne, jeśli ktoś chce widzieć. Lekarz dwukrotnie mi powtórzył zdanie: babeszja to nie wypadek lokomocyjny, nie ginie się od razu.Wcześnie uchwycone w/w objawy + natychmiastowa reakcja i działania lekarza w postaci zbadania krwi i potwierdzenie lub wykluczenie babeszji dają szanse na prawie 100% wyzdrowienie. Powiedział też, że w Warszawie babeszja była często i praktycznie każdy lekarz jest w stanie ją błyskawicznie rozpoznać i zareagować tak, by psa z niej wyprowadzić, byle tylko właściciel chciał zauważyć, że psu coś dolega.Z całą stanowczością podkreślił, że Basza mógłby żyć, gdyby tylko dano mu szansę a nie czekano, aż stan zdrowia sam się poprawi.
Fakt, że lekarz, którego wezwały opiekunki Baszy, na podstawie badania ogólnego zdiagnozował babeszję, potwierdza tylko to, że choroba Baszy rozwinęła się już do takiego stopnia, że stan Baszy pogarszał się z godziny na godzinę. I nikt z opiekunów wcześniej tego nie widział?

Od dnia adopcji proponowałyśmy pełną pomoc, prosiłyśmy o informacje o Baszy, o stanie jego zdrowia,byłyśmy gotowe do natychmiastowej reakcji na każdy sygnał, że Baszeńka ma rzadszą kupę, że wydziela albo nie wydziela gazów, pytałyśmy o kondycję finansową opiekunek bo chciałyśmy w razie problemów finansować specjalistyczną karmę, czasem miałam wrażenie, że się narzucamy z tą naszą nadopiekuńczością ale chciałam, żeby opiekunki wiedziały, jak bardzo zależy nam na dobru Baszy. I wiedziały. Tylko dlaczego nie zadzwoniły, przecież można było tego psa uratować, uratowałybyśmy go...
Czy łatwiej było czekać aż umrze? Wiem, że opiekunki go kochały, tak mówiły przecież ale jak widać nie była to dobra miłość, beztroska, nonszalancja i brak właściwej opieki zaowocowały śmiercią Baszy...
Dodam jeszcze jedno: jeśli tylko moja wredota(jak to zgrabnie ujęła Maligna w bełkoczącej malignie) pozwoli mi uratować inne zwierzęta-to obiecuję, będę wredna do końca życia...

Posted

I nikt, kto nie stracił ukochanego zwierzęcia w taki sposób... tak nagle i w takim zamieszaniu... pod naciskami, w których tle była chłodna, rzetelna opinia weterynarza i walka o byt, po wypadku bliskich, którzy pomagali godnie żyć... nikt nie zrozumie.

Posted

Karik!!!Nigdzie nie napisalas odpowiedzi na jedno, jedyne pytanie.....DLACZEGO NIE ZADZWONIŁYŚCIE DO MAJQI ZARAZ PO TYM , JAK SIE BASZA ŹLE POCZUŁ WIECZOREM..??Ani następnego dnia..??NO dlaczego????Przeciez o to tylko mamy tu wszyscy żal!!O nic więcej- i dobrze wiemy, jak sie mozesz czuć...nie raz padaly tu slowa wspolczucia dla Was..
I ja mam jeszcze jedno pytanie, po przeczytaniu tej dlugiej historii...czy Ty zostawiłas Baszeńkę samego w klinice, kiedy jeszcze żyl..???..wiedząc, ze jego szanse sa prawie nikłe...zostawiłaś go na zimnym stole samego i nie tuliłaś, kiedy przekraczal TM..???:(:(:(....mam nadzieje, że źle zrozumiałam (odczytałam) to, co napisałaś...bo przerasta mnie mysl o tym, ze pojechalas tam..a Basza umierał sam:(:(
EDIT...teraz przeczytałam post jadzi...:placz::placz::placz:Tego najbardziej sie obawiałam usłyszeć..:(

Posted

Nie odpowiadam za zdanie Magliny. Nie miałam na to żadnego wpływu. Basza nie dał po sobie poznać wcześniej. Bo to nie był ten pies, którego Pani poznała. On... chciał za wszelką cenę udowodnić, że jest cudowny, choc nie musiał niczego udowadniać. Rywalizował z Raisą. Biegał. Cieszył się. 18 SIERPNIA BIEGAŁ PO ŁĄCE. SZCZĘŚLIWY. Właściwie nie chcę się tutaj bronić. Bo... przed kim? Kto zrozumie, ten zrozumie. A kto chce znaleźć winnych - proszę bardzo. Jestem w stanie przyjąć na siebie wszystko, o ile to moze kogoś uspokoić. Dlatego, że kochałam. I kocham. I naprawdę, jestem w takim stanie, że juz chyba nic bardziej nie zaboli i nie zdziwi.
Możecie pociągnąć mnie do konsekwencji. Ale, niestety, mówię prawdę. Choć prawie dla nikogo nie ma to znaczenia. A dla mnie, po tej stracie, nie ma znaczenia kolejny atak.

Posted

gonia66 napisał(a):
I ja mam jeszcze jedno pytanie, po przeczytaniu tej dlugiej historii...czy Ty zostawiłas Baszeńkę samego w klinice, kiedy jeszcze żyl..???..wiedząc, ze jego szanse sa prawie nikłe...zostawiłaś go na zimnym stole samego i nie tuliłaś, kiedy przekraczal TM..???:(:(:(....mam nadzieje, że źle zrozumiałam (odczytałam) to, co napisałaś...bo przerasta mnie mysl o tym, ze pojechalas tam..a Basza umierał sam:(:(
EDIT...teraz przeczytałam post jadzi...:placz::placz::placz:Tego najbardziej sie obawiałam usłyszeć..:(


Gonia, spokojnie. Razem z Karik zostawiłysmy tam Basze. W czesci szpitalnej psy sa bez wlascicieli. A Basze trzeba juz bylo przeniesc z sali przyjec. Karik nie miala wyjscia -- mogla albo zabierac Basze do domu, po to by umarl z nia, albo wykorzystac ten 1% szansy dla ktorej go zabralysmy do kliniki. Zanim odjechalysmy, a i dla mnie to bylo ciezkie, choc nie znalam przeciez Baszy wczesniej, upewnilam sie u lekarza, ze pies nie cierpi i nie jest tez swiaodmy tego gdzie sie znajduje. Nie wiedzial zatem, ze jest w szpitalu i nie cierpial. Powiedzialam tez to wyraznie Karik -- ona cierpi z powodu zostawienia go ,ale robi to dla niego, zeby dac mu te szanse. Naprawde nie oceniajmy juz wiec wszystkiego. Droga do domu z kliniki byla straszna i dla Karik nie do zniesienia. Bylabym potworem, gdybym tego nie widziala i nie napisala.

Nie zdazylismy z pomoca, Baszko. Ale nie byles sam.

Posted

Karik napisał(a):
Nie odpowiadam za zdanie Magliny. Nie miałam na to żadnego wpływu. Basza nie dał po sobie poznać wcześniej. Bo to nie był ten pies, którego Pani poznała. On... chciał za wszelką cenę udowodnić, że jest cudowny, choc nie musiał niczego udowadniać. Rywalizował z Raisą. Biegał. Cieszył się. 18 SIERPNIA BIEGAŁ PO ŁĄCE. SZCZĘŚLIWY. Właściwie nie chcę się tutaj bronić. Bo... przed kim? Kto zrozumie, ten zrozumie. A kto chce znaleźć winnych - proszę bardzo. Jestem w stanie przyjąć na siebie wszystko, o ile to moze kogoś uspokoić. Dlatego, że kochałam. I kocham. I naprawdę, jestem w takim stanie, że juz chyba nic bardziej nie zaboli i nie zdziwi.
Możecie pociągnąć mnie do konsekwencji. Ale, niestety, mówię prawdę. Choć prawie dla nikogo nie ma to znaczenia. A dla mnie, po tej stracie, nie ma znaczenia kolejny atak.
Dlaczego nie zadzwoniłas, kiedy BAsza nie chcial jesć..??Ani na drugi dzien, kiedy wzywalas weta..???Tylko o to pytam- odppowiedz...

Posted

sonikowa napisał(a):
Gonia, spokojnie. Razem z Karik zostawiłysmy tam Basze. W czesci szpitalnej psy sa bez wlascicieli. A Basze trzeba juz bylo przeniesc z sali przyjec. Karik nie miala wyjscia -- mogla albo zabierac Basze do domu, po to by umarl z nia, albo wykorzystac ten 1% szansy dla ktorej go zabralysmy do kliniki. Zanim odjechalysmy, a i dla mnie to bylo ciezkie, choc nie znalam przeciez Baszy wczesniej, upewnilam sie u lekarza, ze pies nie cierpi i nie jest tez swiaodmy tego gdzie sie znajduje. Nie wiedzial zatem, ze jest w szpitalu i nie cierpial. Powiedzialam tez to wyraznie Karik -- ona cierpi z powodu zostawienia go ,ale robi to dla niego, zeby dac mu te szanse. Naprawde nie oceniajmy juz wiec wszystkiego. Droga do domu z kliniki byla straszna i dla Karik nie do zniesienia. Bylabym potworem, gdybym tego nie widziala i nie napisala.

Nie zdazylismy z pomoca, Baszko. Ale nie byles sam.
OK..ja wlasnie dlatego zapytalam, bo zrozumialam, tak, jak napisalam wczesniej...teraz wiem jak bylo naparwde...bardzo dziekuje sonikowa za informację...

Posted

Nie ma sprawy Goniu. Wiesz, my naprawde wierzylysmy, musialysmy wierzyc, ze Basza przezyje. Ze to sie uda. Mowilam nawet Karik, ze nastepnego dnia moge do niego pojechac, pomoc jej w transporcie itd. Odjezdzajac z kliniki nie sadzilysmy, ze nie zdazymy tak naprawde dotrzec do domow...

Posted

Kiedy napisałam o śmierci Baszy napisałam też, że te ostatnie miesiące życia były najszczęśliwszymi dla niego, ja towiem i pewnie nie tylko ja. Ale Basza mógł być szczęśliwy jeszcze przez wiele miesięcy, lat, gdybyście tylko powiedziały, że coś mu dolega, że coś złego się dzieje. Dlaczego milczałyście? Obie z Pauliną zdawałyście sobie sprawę z tego, że z Baszą jest źle, dlaczego nie zadzwoniłyście do którejś z nas żeby o tym powiedzieć? Wiem, Karik, że cierpisz, ale nie jesteś w tym cierpieniu sama, każda z nas cierpi, a możesz zrozumiec, co czuje Majqa?

Posted

Nie wierzyłam w to, co się dzieje. Wydawało mi się, ze skoro lekarz jest (jak myslałam) przy nim, nie może zdarzyć się nic... A mój ukochany telefon ma taką własciwość, że jesli nie jest na ładowarce, non stop się wyłącza. Nie, nie zwalam na telefon, bo choć brakuje mi do niego cierpliwości, czasami słuzy...
Lekarz był przy nim. A jak mogłaby pomóc w tym właśnie momencie fundacja? W sytuacji podbramkowej nikt nie teleportowałby się na miejsce. Zwłaszcza, że Basza otrzymał pomoc. Otrzymał leki. Kroplówki.

A resztę opisałam.

Jeszcze tylko rozwieję jeden mit - Basza był zabezpieczony na kleszcze. Nie znam weterynarzy z Łodzi. Ale jeśli trzeba będzie, udam się do weterynarzy z SGGW. Po to tylko, by powiedzieli mi więcej o Babeszji. Babeszji w takim stanie psa, po takich kuracjach i wypadkach, w takim wieku. I szczerze wątpię, by powiedzieli mi coś, co mnie zaskoczy.
Nie będę się juz bronić. Nie mam na to siły. Żegnam wszystkich i jeszcze raz dziękuję tym, którzy naprawdę kochali Baszę.

Posted

Nie pisalam na watku ,ale go czytalam od poczatku ....I kibicowlam Baszy.Kiedys wyslalam mu pileczke bo wiem ,ze uwielbial z nia biegac ....wierze ,ze tam gdzie jest wlasnie z nia biega ....Lzy leja mi sie na klawiture .Mysle,ze nic juz nie dadza te slowa tu pisane ....
Moja sunia miala objawy chorobowe ledwo zauwazalne w srode a w czwartek stan byl tragiczny pomimo leczenia ,ale sie udalo ....Obecna opiekunka Baszy cierpi i jest zalamana ,wiem tez ze cierpia inne osoby ktore psa uratowaly i dbaly o niego .Ale on nie chcial by tego aby osoby ktore kochal scieraly sie tutaj ...Piesku odpoczywaj .......

Posted

jola od jadzi napisał(a):
Kiedy napisałam o śmierci Baszy napisałam też, że te ostatnie miesiące życia były najszczęśliwszymi dla niego, ja towiem i pewnie nie tylko ja. Ale Basza mógł być szczęśliwy jeszcze przez wiele miesięcy, lat, gdybyście tylko powiedziały, że coś mu dolega, że coś złego się dzieje. Dlaczego milczałyście? Obie z Pauliną zdawałyście sobie sprawę z tego, że z Baszą jest źle, dlaczego nie zadzwoniłyście do którejś z nas żeby o tym powiedzieć? Wiem, Karik, że cierpisz, ale nie jesteś w tym cierpieniu sama, każda z nas cierpi, a możesz zrozumiec, co czuje Majqa?
Dokładnie..napisałaś jolu to bardzo ładnie....własnie z tym sie nie moge pogodzić...że przez "głupii telefon" Baszeńki juz z nami nie ma:(:(A wystarczyło tylko (czy aż) zadzwonić...no zadzwonić, nic więcej...
Widze grób Baszeńki w swoim telefonie...i co..??I wciąz nie mogę uwierzyć, że ON tam jest:(:(

Posted

To z Tobą Karik, odjeżdżając, oddając Ci smycz Baszki rozmawiałam, wyjaśniając, dlaczego tak bardzo proszę, by dać mi znać, choćby, jak wspomniałam, o dupereli. Paulik przytuliłam przy bramie, ponowiłam prośbę. Ponawiałam tę prośbę jak mantrę i później. Jedyne, czego nie potrafię zrozumieć i wybaczyć to tego, że słuchałyście ale nie słyszałyście. To zasadnicza różnica. Ja prosiłam tylko o jedno w razie problemu, o telefon, który można było wykonać wiadomego dnia do południa, kiedy to Paulik powiedziała, że z Baszą jest źle ale jeszcze reagował, podnosił głowę. Gdybym nie zadzwoniła sama popołudniem, kiedy bym się dowiedziała i... o czym?
Wet Wam powiedział babeszjoza, Wasz wet jest zapracowany, rozumiem, tym samym nie dość dyspozycyjny. Wiecie o tym od sądnego dnia?
Piszesz wcześniej: "A rano musiałam dawać Baszce leki na siłę. Leki zwymiotował." Jak to na siłę, aż się boję zapytać? To nie dało do myślenia, takiego myślenia, by chwycić za telefon???

Posted

Karik napisał(a):
(...) A mój ukochany telefon ma taką własciwość, że jesli nie jest na ładowarce, non stop się wyłącza. (...) A jak mogłaby pomóc w tym właśnie momencie fundacja? W sytuacji podbramkowej nikt nie teleportowałby się na miejsce. (...).

Nie mieszkasz na pustkowiu, numer tel. Joli miałaś na umowie, są sąsiedzi i założę się, że też mają telefony. Numer miała i Paulik. Jak mogłaby pomóc fundacja? A jak sądzisz? Jak to się stało, że w tak krótkim czasie został zorganizowany transport, klinika, opłata za nią? Byłaś proszona tylko o jedno, o danie nam, mnie i/ lub fundacji w osobie Joli znać.

Guest Elżbieta481
Posted

A ja nie wiem co czuje Karik i wszyscy święci i nie obchodzi mnie to wcale!!!-ja czuję straszny gniew!I nie rozumiem!!!
Jak Gucio był chory-starsznie chory to wzywaliśmy na pomoc wszystkich kto nam przyszedł do głowy..Do każdego dzwoniliśmy i każdy kto mógł pomóc był wzywany.Dlaczego zabrakło tego jednego telefonu?
Bo ja uważam,że dziewczyny mogły pomóc..
Jak Gucio był chory to wzywaliśmy lekarza do domu,pożyczałam pieniądze i wszystko bym oddała żeby pomóc..
I możecie się wszyscy obrazić,mogą mnie wywalić z dogo-nie zależy mi na tym-dla mnie zabrakło komuś wyobrażni i tyle!
Właśnie dlatego,żeby nie być oskarżanym lub obwinianym o nie zrobienie czegoś trzeba było dzwonic nawet do Archanioła Gabriela!
To jest jakiś okrutny koszmar..
Elżbieta

Posted

[FONT=Arial Black]BASZA ['][/FONT]


O, Panie, spraw, abym nie tyle szukał pociechy, co pocieszał;
Nie tyle szukał zrozumienia, co rozumiał;
nie tyle szukał miłości, co kochał.
Ponieważ dając siebie, otrzymujemy;
zapominając o sobie, odnajdujemy siebie;
a przebaczając, zyskujemy przebaczenie.


św. Franciszek z Asyżu

[video=youtube;NS4vbQTqXZU]http://www.youtube.com/watch?v=NS4vbQTqXZU[/video]

Posted

Dziękuję Isadorko za wstawienie zdjęcia. Będę tam wkrótce, też zrobię.

Składam gorące podziękowania fundacji za sprowadzenie Baszy do Łodzi, żeby mógł tu spocząć. Nie śmiałam o tym nawet zamarzyć (choć słowo zamarzyć w kontekście tego, co się stało, wydaje się mało na miejscu). Wróciłeś, skąd wyszedłeś...

  • ...

  • Guest Elżbieta481
    Posted

    To Baszeńki grobek?O Jezu.......[*][*][*]
    --------------------
    Majga-prosimy zapal mu od nas świeczkę..
    ---------------------------------
    Nie zawsze jest tak,że trzeba psa znać,dotykać,by kochać..
    Kochamy Ciebie Baszeńka-zawsze i na zawsze.
    E/W

    Join the conversation

    You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

    Guest
    Reply to this topic...

    ×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

      Only 75 emoji are allowed.

    ×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

    ×   Your previous content has been restored.   Clear editor

    ×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

    ×
    ×
    • Create New...