Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

Cześć. 

Historia z Fredim zaczęła się 3 lata temu. Ciocia ze wsi znalazła miot szczeniąt (było ich chyba 5) i poprosiła moją mamę, by się nimi zajęła. Wzięliśmy je więc do siebie; dostały swój kąt w komórce, a my w tym czasie kontaktowaliśmy się ze schroniskiem, które jednak na daną chwilę nie mogło przyjąć maluchów i zaoferowało tylko pomoc w postaci karmy. Pieski musiały więc u nas trochę zostać. Na cały miot - wszystkie suki, duże i puchate. Fredi był jedynym pieskiem, do tego najmniejszym i ze sztywną, krótką sierścią. Po prostu sama słodycz. Mama się w nim zakochała i postanowiła go zostawić, mimo, iż ostrzegałam ją, że podejmuje decyzję pod wpływem emocji. Myślała, że wyrośnie na małego, słodkiego i grzecznego pieska. Wyszło inaczej. 

To dziwne, ale kompletnie nie pamiętam okresu, gdy był szczenięciem. Jednak nie sprawiał wtedy żadnych problemów wychowawczych - ot, zwykły, wesoły maluch. Dopiero gdy podrósł zrobiło się źle. Generalnie sprawa wygląda tak, że: Fredi strasznie ujada przy furtce i jest agresywny w stosunku do obcych ludzi. Gdy ktoś wejdzie na podwórko, przybiega w sekundę z drugiego jego końca, szczekając i szczerząc kły (przestaje dopiero widząc "swojego"). Gdy ktoś przychodzi do nas lub do innych mieszkańców podwórka, trzeba zamykać go w domu, w pomieszczeniu, w którym śpi nocami (jeśli kogoś gościmy, ujada non-stop, chyba, że nie słyszy tej osoby, co się rzadko zdarza; dochodzi do tego, że w kuchni nie można spokojnie porozmawiać z kimś "z zewnątrz"). Spacery z nim też nie należą do najprzyjemniejszych - trzeba mieć oczy dookoła głowy, wyłapywać każdego człowieka i - nie daj Boże - psa, który idzie po tym samym chodniku. Fredi większość ludzi przeraźliwie obszczekuje i jest wobec nich bardzo agresywny (o innych psach nie wspomnę): czasami trudno go utrzymać na smyczy, bo rzuca się na wszystkie strony, a wyrósł (co najśmieszniejsze) na dużego psa. Nie jest olbrzymem, ale ma bardzo zbitą masę mięśniową: jest po prostu silny i masywny. U weterynarza byliśmy raptem kilka razy. Dało się z nim współpracować, gdy zachorował i był bardzo osłabiony. Pozostałe wizyty były koszmarem. Nie dało się z nim wejść do przedsionka pełnego psów, a do tego konkretnego przypadku była wzywana "specjalna pani weterynarz", która jako jedyna potrafiła go przestraszyć. No, ale pamiętajmy, że był chory. I jeszcze jedna sprawa: nie daje sobie zakładać kagańca. Próbowaliśmy różnych. Materiałowe rozrywa na strzępy, metalowe do tej pory tarmosi pazurami, aż zejdą z mordy. I teraz sytuacje, które wzbudziły nasz szczególny niepokój: 

- pies przez pewien okres czasu warczał i atakował za każdym razem, gdy zdejmowało mu się smycz po spacerze. Potem samoistnie to przeszło, ale przez ten czas smycz odpinała tylko mama, bez względu na to, kto go wyprowadzał: trudno było się przełamać i pochylić, by to zrobić, bo szczerzył zęby i było prawdopodobne, że skoczy do twarzy;

- jego "ataki" były zazwyczaj pozbawione ofiar, aż raz rzucił się na dziadka i rozerwał mu skórę na dłoni - była tak głęboka, że szyto ją w szpitalu. Dziadek karmi go codziennie od 3 lat;

- gdy był raz z dziadkiem na spacerze, rzucił się na jakąś kobietę i porwał jej kurtkę przy ramieniu. Na szczęście nic jej się nie stało, ale od tej pory dziadek z nim nie wychodzi. 

Dodam, że na podwórku mieszkają prócz nas trzy rodziny. Pies akceptuje wszystkich, choć swego czasu uwziął się na mojego niepełnosprawnego wujka (atakował go, gdy ten zbliżał się do swojego ojca - którego Fredi kocha prawie tak samo, jak mamę) i kilkakrotnie doskoczył do mojego ojca, gdy ten zbyt gwałtownie zbliżył się do matki (ale ataki tylko wyglądały groźnie, zazwyczaj tylko ostrzegawczo łapał zębami nogę) - wydawało się, że jej broni. 

Prócz tego jest w dobrych stosunkach ze wszystkimi, ja z siostrą i mamą się go nie boimy, reszta podwórka go dobrze traktuje i kocha, ale jednak przyznaje, że trochę się go boi, co jest zupełnie zrozumiałe. 

 

Myślę, że powiedziałam wszystko, co mogłam na ten temat. Pies był kastrowany w tym roku, mama naiwnie wierzyła, że jego temperament się zmieni. Bezpośrednich ataków już nie ma (ale może nie było okazji?), ale ujadanie na ludzi i psy oraz agresywność na spacerach są na porządku dziennym. To kwestia braku "ułożenia" psa czy genów? A może to, że jest kundlem tylko potęguje skutki tego, że nie został odpowiednio wychowany? Da się coś z tym zrobić na własną rękę (na behawiorystę nas nie stać, zresztą pies by go prędzej rozszarpał niż współpracował)?

Pozdrawiam serdecznie.

IMG_20160922_111405.jpg

Posted

Jeśli zaniedbuje się wychowywanie szczeniaka, to dorosły pies nie wie, bo i skąd, jakie zachowania są niedopuszczalne. Kastracja może zmniejszyć poziom pobudliwości, ale nie nauczy prawidłowych zachowań. Zakładanie, że pies by prędzej kogoś rozszarpał niż zaczął współpracować, dowodzi pełnej bezradności właścicieli. Dobry trener podporządkowałby sobie tego psa szybko - sądząc z opisu, potrzebny jest trener, nie behawiorysta, pies najwyraźniej nie zna żadnych ograniczeń.

Gdzie mieszkasz? Moim zdaniem, nie obejdzie się bez kontaktu z trenerem, który pokaże Ci, jak podporządkować Wam tego psa. Żadne rady na odległość nie pomogą, skoro nikt z domowników nie umie kontrolować psa na spacerze ani w domu ani podczas wizyty u lekarza..

 

 

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

  • Popular Contributors

    Nobody has received reputation this week.

  • Forum Statistics

    • Total Topics
      87.9k
    • Total Posts
      13m
×
×
  • Create New...