brooklyngirl Posted November 9, 2007 Posted November 9, 2007 Drodzy internauci, Przechodze jeden z najgorszych momentów zycia - musiałam uśpić psa. Miał raka - przerzuty , jeszcze chwile przed tą najgorszą decyzją zrobilismy badania- chciałam być pewna, że jest tragicznie, że zrobilam wszystko i że tak będzie lepiej. I tak było - wyniki przekroczyły trzykrotnie normy. Mimo wszystko nie umiem sobie z tym poradzić. Jest mi strasznie źle, zostalam z psem do konca - ciesze sie, ze wytrwalam choc ten moment mam ciągle przed oczami. Wszystko mi przypomina mojego psiaka.. Quote
Lidan Posted November 9, 2007 Posted November 9, 2007 Bardzo Ci współczuję... Wiem jak to boli i jak długo pamięta się te ostatnie chwile, kiedyś też musiałam przez to przejść :-( Dobrze, że zakończyłeś jego cierpienie, już nic go nie boli... Wierzę, że przeżył u Ciebie wiele szczęśliwych lat i będziesz je kiedyś miło wspominać. Trzymaj się. Quote
brooklyngirl Posted November 9, 2007 Author Posted November 9, 2007 Lidan napisał(a):Bardzo Ci współczuję... Wiem jak to boli i jak długo pamięta się te ostatnie chwile, kiedyś też musiałam przez to przejść :-( Dobrze, że zakończyłeś jego cierpienie, już nic go nie boli... Wierzę, że przeżył u Ciebie wiele szczęśliwych lat i będziesz je kiedyś miło wspominać. Trzymaj się. Dawałam mu tyle ile moglam. Jednak czuje sie okropnie :( mimo iz sytuacja byla beznadziejna - nerki przestawaly pracowac, nic nie jadl dlugo , wezly mial powiekszone a stezenie mocznika bylo tragicznie wysokie - krew byla zatruta , ostatnia chwile probowal gonic kamyk - probowal bo nawet nie umial biec wrecz sie potykal o wlasne łapki , chyba czul , ze to JUŻ miala takie smutne oczy ;( Quote
ligia Posted November 10, 2007 Posted November 10, 2007 Ja kiedy wiele lat temu stanełam przed decyzja uspienia mojego 15 letniego Dzekusia tez sie wachałam Jaka to trudna decyzja wie kazdy na tym forum. Wtedy bardzo madry wet powiedział mi , ze moze dac mu cos na usmierzenie bólu ,ale to jest tylko oszukiwanie siebie i psa.Za tydzien Pani wrócii... A na koniec powiedział..."psu przynajmniej mozna pomóc.." Strasznie mi przykro bo wiem co to starcic najlepszego przyjaciela , ale pomysl o tych wspaniałych latach kiedy był przy tobie.Dałas mu miłosc,opieke,dobre zycie....byłas z nim do konca.On wiedział i czuł ,że jest kochany. Teraz biega sobie za TM , nic go nie boli, jest wesoły i szczesliwy ale zawsze bedzie czekał na ciebie [*] Quote
brooklyngirl Posted November 10, 2007 Author Posted November 10, 2007 Ona miała tylko 10 lat :( Był to wspanialy pies, mądry, kochany, potulny w domu , obrońca na dworze ;( Rok temu wykryto u niej guza może gdybym nie zgodzila sie na operacje ;( czuje sie podle mimo iz weterynarz twierdzi, ze rak rozwinal sie ze sledziony i nie mial nic wspolnego z guzem wokol sutka;( Quote
szajbus Posted November 11, 2007 Posted November 11, 2007 przeczytaj, może to ci pomoże. Tekst jest długi, więc wklejam ci go na dwóch postach Śmierć psa ... Każdy właściciel psa wcześniej czy później zetknie się z problemem śmierci ulubieńca oraz jej konsekwencjami. Niestety, życie psa jest dużo krótsze od ludzkiego przeciętnie około 15 lat; rzadko udaje im się dożyć wieku 18 - 20 lat. Psy rasowe żyją z reguły krócej niż kundle - wszystkie zaś o wiele za krótko w stosunku do naszych potrzeb, natomiast wystarczająco długo, żeby wytworzyć trwałą więź, wystarczająco mocna, aby ich odejście uczynić prawdziwa torturą. Szczególnie bolesny jest fakt, że zazwyczaj trzymamy psa od szczenięcia; jesteśmy świadkami jak rożnie i dojrzewa, jak z naszą pomocą odkrywa świat i swoje w nim miejsce. Przeżywamy niemal te same problemy co z dziećmi, bo a to ząbkowanie, a to za słaby apetyt / za dobry apetyt, tu oparzył nos, tu kuleje, bo ktoś mu nastąpił na łapę, tu pogryzł skarpety pana lub - gdy jakaś gapa zapomniała zamknąć szafkę w przedpokoju - ostrzył sobie zęby na butach, z niewiadomych powodów wybierając same lewe, za to z dziesięciu różnych par. I tak, jak przywiązujemy się do własnych dzieci, tak samo przywiązujemy się do szczenięcia, które stosunkowo szybko wyrasta na dorosłego psa, będącego pełnoprawnym członkiem rodziny, a jego potrzeby traktowane są tak samo, jak każdego innego domownika. Dostosowujemy harmonogram dnia ,,bo z psem trzeba wyjść", wcześniej wracamy z imprez, żeby nie był sam w domu, planując urlop przede wszystkim sprawdzamy, czy w danym miejscu akceptują psy. Wszystko układa się dobrze, aż pewnego dnia zauważamy, że nasz czworonożny towarzysz nie jest taki, jak był do tej pory , że coś się zmienia. Staje się mniej energiczny, bardziej leniwy, dużo śpi i tak jakby miał kłopoty z linieniem, bo coraz więcej sierści zostaje na meblach i dywanach. I dopiero widok siwizny na psim pysku uzmysławia nam, że nasz pupil nie jest już nastolatkiem, a raczej jest , ale w sensie dosłownym, czyli w przeliczeniu na psi wiek to już staruszek. Jego lenistwo i wygodnictwo to efekt typowych chorób wieku starczego: reumatyzmu, niewydolności serca, zaburzeń trawiennych. Nagle zaczynamy zdawać sobie sprawę z przerażającego faktu, że nasz pies nie będzie z nami ,,na zawsze". Nasz pierwszy odruch to bunt: nie, to niemożliwe, pewnie mu coś zaszkodziło, on nie jest jeszcze taki stary. Prowadzimy psa do weterynarza i podejrzenie staje się faktem. Lekarz wylicza długa listę psich dolegliwości, dodając podejrzane zgrubienie wokół wątroby, sugerujące zmiany nowotworowe. Na koniec słyszymy: ,, Cóż, sadzę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby uśpienie go". Na rozpaczliwy protest, że może jest jakiś sposób, może zastrzyki, może operacja... słyszymy krótkie: ,,to nie ma sensu". Konieczna jest tutaj mała dygresja: to, w jaki sposób lekarz zakomunikuje nam nieraz dramatyczną informację o stanie zdrowia psa i sugestię o ewentualnym uśpieniu, zależy wyłącznie od jego wrażliwości i nie ma nic wspólnego kompetencjami. Większość weterynarzy zakłada, że ich zadaniem jest dbałość o zwierzęta, a właściciele sami maja sobie radzić. A beznamiętna propozycja uśpienia nie wynika z jego obojętności ale z wiedzy i doświadczenia, które mówią mu, że w danym przypadku byłoby to tylko odwlekanie nieuniknionego i niepotrzebne przedłużanie cierpień zarówno psa jak i jego opiekuna. Ponadto weterynarze zdają sobie sprawę, że wiele osób nie zdobędzie się na odwagę, żeby przyprowadzić psa specjalnie do uśpienia i " kierując się wyrzutami sumienia, litości, fałszywą nadzieją ,,bo przecież on tak bardzo nie piszczy, więc chyba go nie boli" przedłużają agonię zwierzęcia. Każdy chciałby, aby ci, których kocha, żyli wiecznie, a jeżeli muszą umrzeć - to niech to będzie lekka, bezbolesna śmierć: ot, położył się, zasnuł i już nie obudził. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej okrutna, zwłaszcza jeżeli chodzi o zwierzęta domowe. Żyją one znacznie dłużej, niż w warunkach naturalnych, a to oznacza, że wydłużył im się okres starości. Natura nie przystosowała zwierząt do znoszenia cierpień wieku starczego, dając im w zamian drapieżniki i surowy klimat. W warunkach domowych, gdy pożywienie i schronienie nie stanowią problemu na pierwszy plan wysuwa się ucieczka od chorób, które nieodłącznie towarzyszą starości. W czasach współczesnych rzadko zdarza się, żeby ktoś umarł po prostu ze starości, zwykle towarzyszy temu szereg tzw. chorób cywilizacyjnych; dotyczy to również psów, zwłaszcza ,,miejskich". Wraz ze starczym spadkiem odporności słabnie serce, odzywają się skatowane spalinami płuca, nerki przefiltrowały już tyle chloru, fluoru, kamienia i innych zanieczyszczeń, że usypałby z nich piramidę, a wątroba dawno zgromadziła cały układ okresowy pierwiastków, z metalami ciężkimi na czele. Jeśli dołożyć do tego częste schorzenia nowotworowe i alergiczne uzyskujemy obraz daleki od złotej jesieni psiego żywota. Quote
szajbus Posted November 11, 2007 Posted November 11, 2007 Decyzja o uśpieniu jest bardzo trudna. Oczywiście, nie ma takiej potrzeby, jeśli pies nie cierpi (pamiętajmy jednak, że cierpieć a okazywać cierpienie , to dwie różne rzeczy). Podstawową wskazówką jest jego samopoczucie. Jeśli pies nadal próbuje aktywnie uczestniczyć w ,,życiu rodzinnym" wystarczy mu staranna opieka i drobne udogodnienia, typu dodatkowy stopień przy ulubionym fotelu. Jeśli natomiast zaczyna odizolowywać się od otoczenia, zaszywa się na swym legowisku, przestaje reagować na obcych czy zaproszenie na spacer , jest to już sygnał, że musimy ponownie odwiedzić weterynarza a dla naszego towarzysza będzie to prawdopodobnie ostatnia wizyta. Zaczynamy rozpaczliwie szukać wymówek, żeby jej uniknąć. Dręczą wyrzuty sumienia i poczucie winy, bo to niemal jak zdrada i morderstwo za jednym zamachem. Dochodzi do tego strach, że pies przeczuje własną śmierć i co sobie o nas pomyśli w ostatnich chwilach życia. Przypominają się zasłyszane opowieści, jak to psy wyły i próbowały uciekać od weterynarza i jak strasznie cierpiały przy uśmiercaniu. Dla niektórych usypianie psów jest równoznaczne z eutanazją ludzi i widzą tu dylemat natury moralnej. Ale najgorsza jest myśl: ,,Przecież będę musiał przy tym być! Ja tego nie zniosę! Nie mogę patrzeć, jak on umiera!" O ile nie ma możliwości, żeby pomóc właścicielowi psa, właściciel może pomóc swemu psu. Pierwsza rzecz, to pozbycie się poczucia winy. Nie usypiamy psa dla naszego widzimisię; robimy to wtedy, gdy pies cierpi i nie ma innej możliwości, żeby oszczędzić mu dalszego bólu. Odpowiedzialność za zwierzę nakłada na opiekuna konieczność podejmowania nieraz trudnych decyzji ale jest to regulowane przepisami prawnymi, a te stanowią jasno, że gdy stan zwierzęcia nie rokuje nadziei na poprawę, właściciel ma obowiązek podjąć wszelkie działania zmierzające do skrócenia jego cierpień. Pies nie przeczuwa własnej śmierci, on tylko rozpoznaje nasz lęk i frustrację i na te uczucia reaguje. Jeżeli wiemy, że nasza decyzja jest słuszna, pies również nie okaże strachu. Sam zabieg - przeprowadzony z odpowiednią ilością środka usypiającego - nie jest bolesny i pies zasypia spokojnie z łbem na kolanach właściciela, który dopiero po dłuższej chwili orientuje się, że jego czworonożny przyjaciel biega już po Ostatniej Łące. Śmierć kończy cierpienia psa ale dla jego właściciela rozpoczyna się długi i bolesny proces akceptacji straty i powrotu do normalnego życia. Nie ma różnicy, czy pożegnaliśmy bliskiego człowieka czy zwierzę , żal jest ten sam i tylko jego nasilenie zależy od siły wytworzonych między nami więzi. Wiele osób wstydzi się przyznać, że większym wstrząsem była dla nich śmierć domowego ulubieńca niż kochanego, ale rzadko widywanego krewnego. Tymczasem jest to reakcja jak najbardziej naturalna , jeśli nie mamy kogoś na co dzień, jego odejście nie burzy porządku naszego świata. Żal po stracie bliskiego przyjaciela (obojętnie, dwu- czy czworonożnego) przybiera różne formy, ale zawsze można wyróżnić kilka następujących po sobie etapów. - szok - gwałtowna reakcja, następująca natychmiast po stracie; nie wierzymy w to, co się stało. Nawet jeśli byliśmy przygotowani (starość, choroba), jeśli byliśmy obecni, gdy weterynarz uwalniał go od cierpień - patrząc na martwe ciało naszego psa, nie wierzymy, że to już koniec. Dużo gorzej, gdy śmierć nastąpiła nagle, np. wskutek wypadku lub gwałtownej choroby. Początkowo nie dopuszczamy do siebie informacji, że to się mogło przydarzyć, a gdy powoli zacznie to do nas docierać, następuje etap drugi: - gniew - to stadium żalu, trudne do opanowania, zwłaszcza gdy pies śmierć psa była przypadkowa; wyładowujemy frustracji poprzez irracjonalnš złość do wszystkich o wszystko. Największe pretensje mamy do tych, których psy żyjš i cieszš się dobrym zdrowiem. Po wybuchach gniewu przychodzi kolej na trzeci etap żalu: - izolacja i zrozumienie - wyczerpanie atakami złości daje o sobie znać i szukamy odosobnienia, zwykle w poczuciu wyobcowania, niezrozumienia przez otoczenie. Powoli dociera do nas, że cokolwiek byśmy nie zrobili , nic nie zmieni tego, co się stało. Nie ma sensu oczekiwać, że jakimś magicznym sposobem czas się cofnie i usłyszymy w nocy znajomy stukot pazurów po posadzce i węszenie pod drzwiami sypialni. Psa już nie ma i nigdy nie wróci. Gdy w końcu dociera do nas prawda o definitywnym rozstaniu z pupilem, rozpoczyna się najtrudniejszy etap: - poczucie winy - podczas gdy gniew skierowany był przeciw całemu światu, tym razem obwiniamy siebie. Zaczyna się katowanie ,,gdybaniem": ,,gdybym wcześniej zauważył, że jest chory..., gdybym poszedł do drugiego weterynarza..., gdybym nie spuścił go ze smyczy przy ruchliwej drodze...". Prawdziwe katusze przeżywają właściciele, którzy usypiali swoje psy , wszystkie wcześniejsze wątpliwości wracają z podwojona siłą. I chociaż po krótszym lub dłuższym czasie uzmysłowimy sobie, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, nie uchroni to nas przed kolejnym etapem: - depresja - w tym stadium jesteśmy już pogodzeni z naszą stratą ale nie z naszym bólem. Zapada twarda decyzja ,,nigdy więcej żadnego psa, drugi raz tego nie zniosę". Ból stopniowo przycicha, by co jakiś czas odezwać się gwałtownie, gdy podczas wiosennych porządków natkniemy się na jakieś zapomniane psie zabawki czy zapas kości, przemyślnie poutykanych w zakamarkach szaf. Przychodzi jednak czas, gdy zaczynamy tęsknić do normalnego życia. ,,Normalnego życia - czyli do spacerów przy każdej pogodzie; do radosnych powitań, niezależnie od naszego humoru; do wdzięcznego słuchacza, który nigdy nie sprzeciwia się naszym osądom a przede wszystkim do jedynego w świecie, psiego spojrzenia i jego absolutnej, bezwarunkowej miłości. Znaczy to, że doszliśmy do ostatniego już etapu żałoby: - akceptacja - to pogodzenie się z nierozłącznością życia i śmierci. Albo kochamy i ryzykujemy cierpienie albo nie kochamy wcale. W tym przypadku ceną za psie uczucie jest ból, jaki odczuwamy po jego stracie. Nie ma żadnych reguł, jak długo człowiek cierpi i ile powinny trwać poszczególne etapy. Jedno jest pewne: taktowne, przyjacielskie wsparcie może pomóc przetrwać najgorszy okres rozpaczy, a właśnie o nie jest najtrudniej. Propozycja prezentu w postaci nowego psa jest równie delikatna co swaty do wdowy podczas pogrzebu męża. Ktos wyraził się dosadnie, że w naszym kraju lepiej jest stracić kochankę niż psa , bo za kochanką to chociaż można popłakać. Dziecko, owszem, ma prawo się mazać , od tego jest dzieciak; stara panna również , bo wiadomo, dziwaczka i histeryczka. Ale żeby dorosły chłop jakieś brewerie wyprawiał z powodu psa? Nienormalny czy co? A niech se kupi drugiego i po krzyku. Trzeba przyznać, że na zrozumienie ze strony otoczenia mało kto może liczyć. W Stanach Zjednoczonych, które przodują pod względem różnorodności grup samopomocy, zorganizowane specjalne wolontariaty telefoniczne dla ludzi, którzy stracili swoich pupili. My chyba na to jeszcze długo poczekamy. Na razie możemy liczyć na zniecierpliwione zdziwienie, że ,,tyle hałasu o starego psa, gdy w kraju bieda i bezrobocie". Pozostaje więc wsparcie innych ,,psiarzy", z których część ma już te doświadczenia za sobą. I chociaż rzadko przyznają się do własnych uczuć, wiedzą jak dotkliwie boli taka strata. Nie mamy wielkiego wpływu na to, jak długie będzie życie naszych ulubieńców, ale tylko od nas zależy jak bardzo będzie ono szczęśliwe ! ! ! Tekst autorstwa dr Ewy Walkowicz Dla twojego skrabeczka, teraz jest zdrowy i biega szczęśliwy po wieczystych łąkach z naszymi psinkami. Quote
brooklyngirl Posted November 11, 2007 Author Posted November 11, 2007 :placz::placz::( bardzo dziekuje :( najgorsza jest ta codziennosc bez niej to dobija Quote
Agga Posted November 11, 2007 Posted November 11, 2007 Szajbus prawd, prawda i jeszcze raz prawda:-( Quote
Czekunia Posted November 11, 2007 Posted November 11, 2007 Brooklyngirl... Bardzo dobrze Cię rozumiem, zresztą jak każda osoba tutaj na forum. Ja musiałam uśpić mojego Aniołka 2 miesiące temu i nie będę Cię okłamywać, że czas koi ból, bo tak nie jest, poprostu uczymy się z nim żyć, w miarę upływu czasu staje się nieodłącznym towarzyszem naszego życia... Trzymałam mojego Axelka za łapkę, kiedy lekarz robił mu zastrzyk i kiedy tak nagle przestał oddychać... Ten moment zawsze pozostanie w mojej pamięci, tak samo jak w Twojej... Jeszcze długo będziesz go miała przed oczami... Wkleję Ci coś, co na swoim wątku zostawiła Szajbuś... Jesień uznawana jest za smutny okres nie tylko dlatego, że wtedy wspominamy naszych zmarłych. Cała przyroda wycisza się, zamiera, aby przez czas zimy zamarznąć aż do wiosny. Potem wybucha wiosennym, co rok nowym życiem. Przyroda nie boi się śmierci. Usłyszałam niedawno zdanie: „Ja nie godzę się ze śmiercią”. Cóż, każdy kto się urodził, mu si się z nią po godzić. Inaczej musiałby niegodzić się również z życiem. Śmierć nie jest ani strasz na,ani zła. Ona po pro stu jest. By wa niekiedy dobrą wróżką, która uwalnia z bólu i cierpienia. Zwierzęta nie boją się śmierci tak jak my. Mają zdrowy, normalny instynkt samozachowawczy. Każde z nich będzie walczyć o życie w obliczu za grożenia, ale nie dlatego, że boi się kostuchy. Będzie uciekać przed ogniem lub drapieżnikiem. Jednak kiedy przyjdzie ta chwila, gdy czas się wy czerpie, nasz pies czy kot spokojnie przyjmie to, co nie uniknione – śmierć. Chcemy, czy nie chcemy, musimy zrozumieć,że dla zwierząt liczy się nie długość, ale jakość życia. Musimy to zrozumieć dla dobra zwierząt, bo to my jesteśmy odpowiedzialni za jakość ich życia. Ale także za jakość ich śmierci. Szczęśliwie, zwierzęta z reguły żyją krócej niż ludzie. Odwrotna sytuacja byłaby tragiczna z ich punktu widzenia –zostawałyby same. Dzięki te mu, że pies czy kot żyje 10–15 lat, możemy zapewnić mu nie tylko godne życie, ale i godną śmierć. Wspaniale, jeśli śmierć czworonożnego przyjaciela przychodzi o czasie. Wspaniale,jeśli psi staruszek umrze na na szych kolanach,w poczuciu bezpieczeństwa. Takie sytuacje po winniśmy przyjmować z wdzięcznością dla losu. Uczymy się śmierci zgodnej z prawem natury, któremu i my podlegamy. Dzięki odejściu mniejszego brata możemy wypłakać łzy żalu, który zrozumie każdy, kto kochał nie tylko psa. Bywają jednak sytuacje,gdy nieuleczalna choroba zakłóca naturalny bieg rzeczy. Dziś ludzie i ich czworonożni towarzysze coraz częściej zapadają na choroby cywilizacyjne, takie jak nowo twory czy niewydolność nerek. W przypadku ludzi medycyna stara się za wszelką cenę przedłużyć ich życie to zrozumiałe, człowiek chce doczekać następnego dnia, aby być świadkiem sukcesu swoich dzieci, aby za kończyć dzieło życia. Pies żyje tu i teraz. Kot nie czeka na powrót przyjaciela z wyprawy czy na zdaną maturę córki. Jeśli leczenie choroby zwierzęcia ma tylko przedłużyć jego cierpienie, to nie wolno nam się na to godzić. Pozwólmy mu godnie umrzeć. W obliczu nieuleczalnej choroby i cierpienia zwierzęcia, eutanazja jest nie tylko godną śmiercią,ale i dobrą wróżką zdejmującą ból. Opiekunowie chorych psów i kotów pytają mnie: „Kiedy mam podjąć decyzję?Czy będę wiedział, że to ten moment?” Tak, będziesz wiedział. Zobaczysz to w oczach zwierzaka. Twoje kochające serce powie ci: nie pozwól mu dłużej cierpieć. Od ciebie za leży, jak pies przyjmie ostatnią wizytę weterynarza. Jeśli nie będziesz płakał, tylko tak jak zawsze przytulisz psa, będzie to dla niego po prostu kolejny zastrzyk. Płakać możesz do woli, kiedy pies już zaśnie. Znam te łzy. Sama wypłakałam ich już wiele. Wierzę, że kiedyś psy i koty wpuszczą mnie do swojego raju. d.suminska@polskatimes.pl Dr Doro ta Sumińska jest we te rynarzem i behawiorystą zwierzęcym Zwróć uwagę na te słowa: "Twoje kochające serce powie ci: nie pozwól mu dłużej cierpieć..." Tak właśnie postąpiłaś, jak wiele z nas... Jesteśmy z Tobą... Dla Twojej Pocieszki... Quote
gayka Posted November 11, 2007 Posted November 11, 2007 kochana....to co opisujesz to tak jakbym ja pisała.3 tygodnie temu odeszła moja sunia, miała guza, potem dwie operacje, wkrótce potem przerzuty...miała 15 lat.Dlatego wiem co przezywasz i wiem jaki to koszmar, jaki ból, jaka pustka i beznadzieja... Tutaj znalazłam tyle wsparcia i zrozumienia, że gdyby nie to to nie wiem.....:shake::shake: Pisz jaknajwiecej, tutaj wszsycy Cię rozumiemy!! trzymaj się... Quote
Iri Posted November 11, 2007 Posted November 11, 2007 <*> Bardzo wspolczuje... i strasznie mnie ruszylo to ze nie mozna bylo plakac na tej ostatniej wizycie u weterynarza, ja ryczalam tego dnia od rana, bo tylko czulam ze to koniec, ale nie wiedzialam, bylam strasznie zaskoczona... nagle wszystko stanelo w miejscu i zamarlo.... ernusia odeszla..... kazdy z nas p[rzeszedl swoje i kazdy z nas Ciebie rozumie i popiera... badz silna... my jestesmy z toba, a ty masz swojego aniolka w niebie... Quote
brooklyngirl Posted November 12, 2007 Author Posted November 12, 2007 Pierwsza operacja - miala byc niewinna, wyciecie ot cala filozofia - nie mialo byc powiklan i tez nie było. Zagoiło sie - pies zniosł to super. Połtora miesiaca temu pies stal sie osowialy, nie jadl, mial biegunke, wymioty -> weterynarz -> wyrok : rak od sledziony , ogromny niecałe 10% szans na podjecie sie wyciecia tego po otwarciu psa, ewentualna operacja dzien pozniej, zostawiamy, otwieramy i ewentualnie wycinamy(ale mala szansa ze w ogóle da sie) a jezeli byloby tragicznie to srodoperacyjne uspienie... noc - wielki dylemat , co zrobic , co lepsze, jak postapic, mama sie bała - ona nie chciala decydować, wiec ja doszlam do wniosku,ze wszystko albo nic -> operacja -> wyciecie choc wyrok, ze juz nerki sa zajete -> decyzja czy wybudzac psa -> zdecydowalismy sie wybudzic i wet powiedzial,ze tez by tak postąpił ( swoja droga trafilam na swietnych weterynarzy, ktorzy walczyli do konca o psa) , pies sie czul dobrze, zaczał jesc ! sukces bo po operacji wazył 20 kg a powinien ok.40 trwalo to ok.2 tyg. jeszcze w miedzy czasie mial zapalenie zoladka, podawalam mu zastrzyki, bo nie chcialam go stresowac wizytami u weta, ale mialo byc dobrze, nerki byly sprawne, wyniki troszke przekroczone ale pozniej juz zaczely opadać (mocznik i kreatynina), potem pies zaczal sie izolowac, nie jadl, tylko pił, jedzenie wciskałam mu na siłe, on wypluwał, probowalam wszystkiego-> gotowany kurczak,ryz,rosolek chudy,sloiczki dla dzieci, puszka dla szczeniaków -> nic:( sprowrotem do weterynarza choc juz przez droge i cala noc plakałam bo wiedzialam z czym to sie prawd. wiążę -> u wet. decyzja zrobienia badań -> lekarka powiedziala,ze domysla sie ze to nerki przestaly pracować ale wszyscy chcielismy byc pewni - nawet ona -> czekanie na wyniki, spacerowalam z psem, chciał być silny, chciał sie bawić i gonic kamyki, ale sie potykał , wywracał:(( ale widzialam w jego oczach, ze chce pokazac ze jest silna,że da rade ! słonce zaczelo swiecic-myslalam : "bedzie dobrze,musi być" powrót do kliniki-lzy w oczach mamy :( , wyniki tragiczne , góra 3-5 dni zycia psa w wielkich meczarniach, decyzja - usypiamy, byłam do konca,musiałam, chciałam, widziałam w oczach smutek, potem ją lekarka zabrała, niestety nie dane mi było ją pochować -> nie mam warunków :( Quote
szajbus Posted November 14, 2007 Posted November 14, 2007 Ja tez nie miałam warunków na pochowanie. Psonia została skremowana. Nie ma swojej mogiłki, dlatego ciesze się, ze mogę wejść tu, wyżalić się jej, opowiedzieć co sie zdarzyło itp. czuje, ze mam z nią jakiś kontakt. Choroba atakuje wbrew naszym oczekiwaniom. Probowałaś ratować ja z całych sił. Nie udało się. W domu jest potworna pustka, ale nie w sercu. Tu jest ból, tęsknota i ogromna miłość. Dla ciebie słonko Quote
Agga Posted November 14, 2007 Posted November 14, 2007 Ja niestety też nie mogłam zabrać mojej Sarci. Ale nie mogłam normalnie funkcjonować. Strasznie mi jej brakowało i brakuje. Dlatego na działce zasadziłam róże. Taki symbol. Mogę przyjść posiedzieć, podumać, uronić łezkę. Quote
gayka Posted November 14, 2007 Posted November 14, 2007 Ja tez nie miałam warunków na pochowanie Gusi...dlatego musiałamja oddać, bardzo to bolesne! W poniedziałek minie miesiąc jak moja sunia odeszła .Ja ciagle mam wrażenie, że ona gdzies jest i do mnie wróci...to jakby sliniejsze ode mnie!Moja sunia w momencie uspienia jeszcze funkcjonowała, miała tylko kłopoty z oddychaniem.lekarz uprzedził mnie , że ona może zacząć się nagle dusić...to było straszne.Bałam się, że jak tylko zostanie sama to tak się stanie! Miała zaatakowane pluca, watrobe i śledzione, nerki jeszcze funkcjonowały, ale widziałam że żle się czuła, nocą bardzo się tuliła, nie spała tylko na mnie patrzyła, ja tez mało spałam, patrzyłyśmy tak na siebie i wtedy jej powiedziałam, że nie wiem czy ją cos boli teraz, ale nie pozwole jej cierpieć...tej nocy podjęłam decyzję , rano o 11 Gusia zasnęła mi na rękach. Może mogła jeszce być ze mną, może miesiąc, może dzień, ale wiem, że od mojego cierpenia gorsze byłoby tylko jedno: jej cierpienie! Cieszmy się, że możemy od niego uwolnić swoich największych przyjaciół!! Quote
brooklyngirl Posted November 14, 2007 Author Posted November 14, 2007 :( pusto ciezko mi bez niej wchodze do domu i slysze jej kroki otwieram lodowke i slysze jej kroki ubieram buty i slysze jej kroki ;( Quote
Guest Elżbieta481 Posted November 14, 2007 Posted November 14, 2007 Rozumiem Cię jak wszyscy,którzy stracili przyjaciela..Mnie boli od bardzo wielu lat..Minęło ich już tyle od odejścia Sokratesa..Ja ciągle pamietam.. Elżbieta Quote
Lidan Posted November 21, 2007 Posted November 21, 2007 Myślę, że właśnie to cierpienie po stracie bliskich nam ludzi i zwierząt świadczy o naszej "ludzkości". Im bardziej byliśmy związani z ukochanym zwierzakiem tym dłuższy i większy jest nasz żal po ich odejściu. Wiele rzeczy i sytuacji nam je przypomina. Nasze pupile żyją jeszcze długo w naszych sercach i wspomnieniach, w zasadzie pamiętamy o nich chyba aż do śmierci. Z czasem ten żal się zmienia, jest bardziej "do przeżycia", mniej płaczemy, powoli wracamy do prawie normalnego życia. Po jakimś czasie już nawet nie myślimy codziennie o naszym ukochanym psiaku, kocie czy papużce ale co jakiś czas przypominamy sobie o wspólnie odwiedzanych miejscach, wspólnych zabawach, o przysmakach jakie nasz przyjaciel uwielbiał. Jednak po kilku miesiącach lub latach możemy już rozmawiać bez większych emocji o naszym nieżyjącym zwierzaku. Wielu z nas po jakimś czasie kupuje, dostaje bądź przygarnia kolejnego zwierzaka. Porównujemy go do poprzednika, odwiedzamy te same miejsca, spotykamy tych samych ludzi na spacerze i życie toczy się dalej, choć w chwili śmierci naszego przyjaciela wydaje nam się to niemozliwe. Siedem lat temu uśpiłam Psotkę, mieszańca, mojego ukochanego, pierwszego psa, wyciągniętego z paczki po jabłkach stojącej w oborze i zabranego do domu jako pięciotygodniowe szczenię. Była zapchlona, zarobaczona, piszcząca. Wiele razem przeszłyśmy, cały trudny okres mojego dorastania. Wiele rzeczy źle zrobiłam usiłując ją wychowywać, ale dbałam o nią jak tylko umiałam najlepiej. Nie była pieknym psem, choć mi wydawała się ósmym cudem świata. Nie była też łatwa w prowadzeniu i sprawiała wiele kłopotów, ale pokochałam ją całym sercem. Była ze mną zawsze, nawet gdy już wyszłam za mąż i przeprowadziłam się do nowego mieszkania Psotka pojechała ze mną mimo iz nie była już najmłodsza. W wieku 16 lat Psotce zaczęła szwankować wątroba. Jeszcze rok wymęczyłam ją na dietetycznym jedzeniu, ale w końcu 19 czerwca 2000 r koło południa sparaliżowało jej tylnią część ciała. Ponieważ już wcześniej cierpiała postanowiłam ją uśpić. Co ciekawe, na popołudnie tego dnia byłam już wcześniej umówiona z weterynarzem na badania i ewentualne uspienie. BArdzo to przeżyłam. Przez 2 tygodnie płakałam, wszędzie ją słyszałam, widziałam, wszystko mi ją przypominało. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać czy rozpaczam z powodu tego, że nie ma już Psotki czy też po prostu rozczulam się sama nad sobą. Stopniowo mój smutek słabł, ale tak naprawdę żałoba trwała ponad 2 lata, tzn. po tym okresie zdałam sobie sprawę, że (gdyby nie inne powody) byłabym gotowa na przyjęcie nowego psa. Od roku mam nową suczkę, tym razem przygarniętą bidulkę, którą ktoś wyrzucił pod lasem. Nie myślałam, że mogę jeszcze raz pokochać psa i to nie słodkiego szczeniaczka, a jednak stało się. Wpadłam po same uszy gdy tylko spojrzała na mnie swoimi wiernymi, wielkimi ślipiami, gdy wcisnęła mi, ze strachem ale i z pewną ufnością swoją kudłata mordkę w dłoń. Pamiętam o Psotce, nieraz wspominam ją ciepło. Gapa różni się od niej jak woda i ogień. Jedną kochałam, teraz swoje uczucie ulokowałam w drugiej. Taka jest kolej rzeczy i nic tego nie zmieni. brooklyngirl Wiem jak bardzo cierpisz i bardzo Ci współczuję. Chcę jednak, żebyś wiedziała, że z czasem to się zmieni. Nie zapomnisz nigdy o swoim cudownym psie, ale będziesz mądrzejsza i w jakis sposób silniejsza o to smutne doświadczenie. Być może i Ty kiedyś obdarzysz uczuciem innego psiaka i zapewnisz mu schronienie i pełną michę. Tego Ci życzę z całego serca. Trzymaj się :glaszcze: Quote
Ola164 Posted November 22, 2007 Posted November 22, 2007 Ja 3 miesiące temu straciłam sunieczkę w o wiele gorszy sposób... Twoja psina nie cierpiała pod koniec tego wspaniałego życia z TOBĄ! Quote
Lidan Posted November 28, 2007 Posted November 28, 2007 Jaka to ironia losu: my płaczemy, cierpimy, tęsknimy po stracie pieska :-( (a wcześniej robimy co tylko w ludzkiej mocy, żeby go uratować) a inni oddają, wyrzucają, wywożą do lasu, biją...i napewno nie płaczą, nie żałują nie rozpaczają :shake: pewnie nawet nie myślą więcej o tym. Trzymaj się brooklyngirl, myślami jestem z Tobą :glaszcze: I pamiętaj, że Twoja psineczka już nie cierpi, może biega teraz za Tęczowym Mostem razem z moją Psotką, Elzą i Atosem (rotek, który odszedł w czerwcu) :Dog_run: Quote
brooklyngirl Posted November 28, 2007 Author Posted November 28, 2007 Czuje sie okropnie choc staram sie nie myslec pusto mi bez niej :( to jest gorsze niz myslałam Quote
ma_ruda Posted November 28, 2007 Posted November 28, 2007 Kiedy przeczytałam historię choroby Twojego pieska, wstyd przyznać, pomyslałam: brooklyngirl miała szczęście. Szczęście, bo wiesz że walczyłaś, że możesz mieć pewność, że podjęłaś w porę właściwą decyzję. Wiem, że w tej sytuacji mówienie o szczęsciu jest niestosowne. Pomyślałam jednak w ten sposób chyba dlatego, że ja do dzisiaj nie mogę się pogodzić z tym, że o nowotworze, który mi odebrał moja sunię dowiedziałam się jeden dzien przed naszym rozstaniem. Też miała guza na śledzionie i podobnie jak w przypadku Twojego pieska, weterynarz dawał 20% szans na powodzenie operacji. Ale chociaż to o 10% więcej, niż wtedy gdy Tobie udało się uratować swojego przyjaciela, mnie się nie udało:placz:. Tylko "dzięki temu" nie musiałam podejmować tej najtrudniejszej decyzji, która wtedy była jedyna alternatywą dla operacji. Teraz nasze pieski biegają beztrosko za Tęczowym Mostem a nam pozostaje nadzieja, że kiedyś znowu będą z nami. Na razie możemy je odwiedzać tutaj i wspominać wspólnie przeżyte lata. Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.