Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted (edited)

Dziś po raz kolejny przeczytałam o ludziach, którzy chcą adoptować psa ze schroniska, ale tylko szczeniaka i tylko rasowego, przy czym rasa wydaje się byc im obojętna. Pomyślalam więc, że założę wątek swojemu stadku, przy czym historia Yody, mam nadzieję posłuży ku zastanowieniu.

Tak więc mimo, że Yoda pojawiła się w naszej rodzinie ostatnia od niej zacznę. Yoda, jak widać jest "rasowym wilczurem" - tak ludziska mówią. Mimio całej mojej ówczesnej głupoty, na swoją obronę mogę powiedzieć tyle, że to nie tak miało być. Z tym akurat psem połączył nas kaprysny los. A wszystkich, dla których schronisko jest miejscem znalezienia sobie "taniego rasowca" informuję, że przeróbka Yody na "prawie" normalnego psa kosztowała nas kilka miesięcy życia, kilka tysięcy złotych i kilka ran.

Przeprowadziliśmy się do wymarzonego domu na wsi. Oczywiście jak wszyscy wiemy, przy domu powinien mieszkać pies. Nie zależało nam na konkretnej rasie, więc pies ze schroniska. Dlaczego nie z bazaru, ani od ludzi? Cóż lata oglądania Animal Planet swoje robią, miałam konkretne (tak mi się zdawało) wymagania co do psa i uważałam, że tylko w schronisku, coś mi dopasują. Wyobrażałam sobie, że wejdę do czystego, ładnego biura, gdzie za ladą będzie czekać uśmiechnięta, miła pani, powiem jej, że chciałabym dorosłą, dość dużą sukę, która będzie trochę szczekać na obcych, ale nie za dużo, będzie wiedziała, że my jesteśmy jej właścicielami i nie będzie ganiała kotów, musi też mieć futro, które nie wymaga wielu zabiegów, ale pozwoli psu mieszkać w budzie, dopuszczałam możliwość sypiania psa w domu, zimą oczywiście, na to ta pani przyprowadzi mi pieska i wszyscy będziemy żyli długo i szczęśliwie. Zadzwoniłam nawet wcześniej do schroniska, żeby zapytać co muszę mieć przy sobie, żeby adoptować psa, usłyszałam - 50 złotych, ta odpowiedź pewnie powinna mnie zastanowić, ale coś mi się chyba w głowie zacięło.

No i pojechaliśmy do schroniska. Biuro było zamknięte, miłej pani nie było, był pan, który wężem zmywał boksy i wrzasnął, że jak chcemy psa, to se mamy wybrać. Wybrać! Uciekłam zaryczana. Ale tydzień czy dwa później pojechaliśmy znowu, do dziś nie wiem skąd wtedy wzięłam tyle siły, żeby spróbować raz jeszcze. Znowu nie było nikogo, kto zechciałby nam pomóc, poszliśmy do klatki ze szczeniakami. Dlaczego? Cóż, na boksach nie było żadnych opisów nie było też nikogo, kto zechciałby coś o psach nam opowiedzieć, a ja jak każdy wierzyłam, że szczeniak to się szybko przyzwyczai. Przecież wszyscy wiemy, że wychowanie szczeniaka to żaden problem, sama przyjemność i zabawa.

W boksie były same maluchy, wyglądały na takie co nie urosną duże, kilka suk, chyba coś w rodzaju zastępczych matek - też niewielkich i ona, siedziała i patrzyła nierozumiejącym wzrokiem wkoło siebie. Nie wiem co zwróciło moją uwagę, nie wiem dlaczego, ale od razu wiedziałam, że ten psiak będzie żył ze mną i będzie miał na imię Yoda. TZ poszedł szukać kogoś kto mógłby wydać psa, przyszła pani i młoda dziewczyna, chyba wolontariuszka. One dwie i TZ długo łapali psa po całym boksie, wreszcie zapakowali do transportera.

Nie myślałam nic.

Nie zapytałam o nic.

Nie założyli jej obroży.

Nie zapytali nas o nic.

Skasowali forsę i zamknęli drzwi.

Mój świat wywrócił się do góry nogami.

Edited by kaerjot
  • Replies 449
  • Created
  • Last Reply

Top Posters In This Topic

Posted

Yoda miała około 3-4 miesięcy i roztrzaskane serce. Była jeszcze dzieckiem, ale jedno już wiedziała, człowiek to ból i strach.
Pierwszego dnia po przyjeździe do domu otworzyłam transporter i tyle ją widziałam. Działka wkoło domu była pełna pozostałości po budowie i dorodnych chwastów, na szczęście była ogrodzona. Nie zaczepialiśmy jej sądząc, że zaraz się uspokoi i będzie ok, ale nic z tego, nie zamierzała łatwo się poddać. Co ciekawe nie bała się ludzi, jeżeli byli za siatką, od sąsiadów mogłam ją karmić z ręki, ale jeżeli byłam po tej samej stronie ogrodzenia natychmiast zamieniałam się w śmiertelne zagrożenie. Dałam jej ciepłe jedzenie i pamiętam jak siedziała w krzakach wytrzeszczając oczy, żeby nie zasnąć, głowa jej opadała, a ona była zbyt przerażona, by się choćby położyć. Spróbowaliśmy założyć jej obrożę i tu szok, oszalała ze strachu gryzła. Na noc udało się nam zwabić ją do garażu i tam zamknąć, nie mogła zostać w ogrodzie, gdyż okazało się, że przełazi pod niedokładnie naciągniętą siatką. Niestety nie mieliśmy żadnych drzwi wewnętrznych, więc nie udało nam się zasnąć, wyła calutką noc. Rano TZ pojechał do marketu po naciągi i do księgarni po książki o psach, a ja biegałam po ogrodzie pilnując, żeby nie uciekła.
Wtedy zadzwoniłam do schroniska, zrozumiałam, że potrzebujemy pomocy i zwróciłam się po nią do oczywistego dla mnie miejsca, telefon odebrał akurat pan, który przywiózł Yodę z interwencji do schroniska. Stąd wiem, że ktoś nocą wrzucił ją przez 2 metrowe ogrodzenie na teren fabryki, tam przerażona koczowała w śmietniku, jedni ludzie rzucali jej jedzenie, inni rzucali w nią kamienami, wreszcie po kilkunastu dniach ktoś zadzwonił do schroniska. Gdy ktoś się jej pozbył w ten sposób, musiała mieć ok 2 miesięcy, była śliczną, słodką, bezbronną kuleczką.
TZ z sąsiadem naprawiali ogrodzenie, a ja siedziałam w ogrodzie i czytałam, czytałam, czytałam. Wreszcie zauważyłam, że Yoda schowała się pod stertę drewna, wsadziłam tam ręce i zapięłam jej obrożę, przyczepiliśmy jej długą linkę i przywiązaliśmy do drzewa. Teraz mogłam podchodzić do niej, siadałam na ziemi, czytałam na głos i rzucałam psie smakołyki. Tak spędziłam trzy dni. Postanowiliśmy też zostawić ją tak na noc, była przywiązana, siatka naprawiona, więc nie ma sprawy. Oczywiście znowu nie spałam, bo co chwilę podchodziłam do okna i wpatrywałam się w ciemność za szybą. TZ robił dokładnie to samo, aż wreszcie powiedział, że chyba coś biegło przy drzwiach tarasowych. Nie wytrzymałam, poszłam sprawdzić. Linka przegryziona, psa nie ma.
Znalazłam ją schowaną w krzakach, podeszłam, pies zamarł, schyliłam się i wzięłam ją na ręce, ze strachu była sztywna, jak deska, ale nie uciekła. Zaniosłam ją do domu. To była pierwsza i ostatnia noc Yody na podwórku. Mój plan posiadania psa podwórzowego zawalił się zanim jeszcze kupiliśmy budę.



Posted

Chciałoby się powiedzieć, że od tej nocy, gdy przynisłam ją do domu było już tylko coraz lepiej, ale niestety nie było. Sypiała w garażu, schowana za gratami, rano żeby przypiąć smycz musiałam robić godzinne podchody, jadła tylko wtedy, gdy nikogo nie było w pobliżu. Ja czytałam wszystko co mi wpadło w ręce i głupiałam coraz bardziej. Wiele książek wyklucza się nawzajem, gubiłam się. Czytałam na przykład, że po przyjściu do domu należy ignorować psa. Fajnie, tylko, że pies siedział w krzakach i piszczał, bez względu na to co robiłam i czy byłam. Miałam bawić się z psem, niby jak go do tego namówić, skoro zwiewała na mój widok. Należy też przechodzić przez drzwi przed psem, a mój na widok otwartych drzwi dostawał takiego speeda, że nie miałam szans zdążyć przed nią.
Najgorsze było to, że ja wcześniej uważałam, że wiem co nieco o psach, w końcu odróżniałam boksera od jamnika, więc coś to znaczy, nie. Powoli stawało się jasne, że nie wiem nic i nigdy, przenigdy nie powinniśmy byli zaadoptować psa, a już na pewno nie dzikiego szczeniaka. Wtedy postanowiłam sobie, że jeżeli to się nie uda to już nigdy nie wezmę psa.
Niby z zewnątrz wyglądało to coraz lepiej, z czasem Yoda wyła coraz mniej, czasami pozwalała do siebie podejść i się pogłaskać (była przy tym tak napięta, że czasami zaczynała dygotać), przez siatkę brała nawet jedzenie z ręki. Tyle, że wciąż tak naprawdę nie mieliśmy z nią kontaktu. Pogodziła się z faktem, że mieszkamy w tym samym domu, ale najszczęśliwsza była, gdy zostawialiśmy ją w spokoju. Pewnie gdybyśmy wtedy kupili jednak tę nieszczęsną budę i przypięli ją, to byłaby nawet na swój sposób szczęśliwa. Tylko, że teraz ja zapragnęłam czegoś więcej, dla niej i dla nas.
Szukałam dalej w książkach i w inernecie, kombinowałam strasznie. Czasami ja dla odmiany miałam ochotę wyć, były dni gdy robiłyśmy krok na przód, ale były też takie gdy spadałyśmy daleko w tył.
Któregoś dnia szłam do ogrodu powiesić na sznurku ręcznik do wyschnięcia, niosłam go w ręku i nagle przeleciała obok Yoda i ukradła mi ręcznik, złapała go w zęby i ........................ nie wiedziała co dalej. Przerażona własną śmiałością schowała się czym prędzej. Pomyślałam więc, że może czas na zabawki, których cały karton leżał i czekał. Wzięłam piłkę i wyszłam do ogrodu. Takiego skowytu nie słyszałam jeszcze nigdy i nigdy więcej nie chcę usłyszeć. Ja nawet nie rzuciłam tej przeklętej piłki, miałam ją w ręku. Pies oszalał, wyła przerażona jakby ktoś ją obdzierał ze skóry, nie wystarczyły jej krzaki, usiłowała kopać, żeby schować się pod ziemią. TZ-a nie było, a ja siedziałam na ziemi i ryczałam razem z Yodą. Uspokoiła się po okolo 3 godzinach. Tego dnia byłam bardzo bliska poddania się.
A Yoda? Zaraz po tym zdarzeniu odkryła w sobie talent. Złodziejski. Unikając nas, wynosiła z domu różne rzeczy. Wszystko zanosiła zawsze w to samo miejsce, nigdy niczego nie zgubiła. Kradła wszystko co jej w zęby wpadło. Wieczorem przenosiliśmy do domu jej całodzienny urobek, były tam głównie narzędzia (śrubokręty, kombinerki i takie tam), nasze buty, piloty i inne. Może postanowiła zbudować sobie altankę? Kto wie?
A co do piłek, to TZ został wysłany na zakupy, przywiózł do domu masę piłek, różnej wielkości i koloru, trochę też pożyczyliśmy od dzieci sąsiadów. Wszędzie w domu i ogrodzie leżały od teraz piłki, nikt z nas ich nie dotykał. One po prostu były i Yoda przyzwyczajała się do ich widoku. Raz piłka poturlała się do drzwi tarasowych. Przeszłam obok, TZ przeszedł, Gizmo przeszedł. Yoda uznała, że ona też chyba może, wzięła rozbieg, wykonała skok, myślałam, że sobie wszystkie łapy połamie, ale przeżyła i nawet to całe skakanie jej się spodobało.
Tak więc czasami sukces, czasami porażka. Normalka. Tyle, że czas mijał, a Yoda nadal była dzikusem. Teraz wiem, że za długo kombinowałam, niepotrzebnie mieszałam w jej skołatanej głowie. Wreszcie poszliśmy na plac szkoleniowy.



To zdjęcie zawsze powoduję, że mam ochotę ryczeć. Niby na pierwszy rzut oka, wszystko ok, młody psiak na kanapie. Ale jak się człowiek przyjrzy dokładniej: przeraźliwy smutek w jej oczach, wystające kości miednicy, złamana końcówka ogona.

Posted

Postanowiliśmy poszukać pomocy, ponieważ Opatrzność ma tę miłą cechę, że czuwa nad gamoniami, trafiliśmy w dziesiątkę. Wtedy zalogowałam się już na owczarku i tam zapytałam, co sądzą o szkole, która jest najbliżej nas. Pierwsze dwie odpowiedzi były na tak, więc zadzwoniłam i umówiłam się na spotkanie, tak się złożyło, że akurat na ten sam dzień, przynajmniej nie miałam czasu kombinować.
Trafiliśmy do szkoły dla psów sportowych i .............. agresywnych, często szkolenie tu jest ostatnią szansą dla psa. Podejmują się każdego wyzwania, oczywiście jeżeli właściciel chce pracować z psem. Tego dnia przyszliśmy na rozmowę wstępną i pierwsze co zobaczyliśmy to biszkoptowego labradora, który rzucił się na właścicielkę. Nie zwiałam, tylko dlatego, że nadchodził inny pies i musiałam wejść z Yodą na taras. Tam padłam na krzesło i udawałam, że nas nie ma. Później nadeszła nasza kolej.
Usłyszałam, że mam kupić psu klatkę, nie dać mu w piątek jeść, kupić kiełbasę i przyjechać w sobotę. Po tej klatce od razu wiedziałam, że to nie dla mnie, nic z tego. Na drugi dzień poszłam do pracy, a TZ pojechał do zoologicznego i kupił ...................... klatkę. Rozłożył ją, do środka włożył legowisko Yody i całość nakrył kocem. Pies wreszcie odetchnął, miała swój azyl, swoją twierdzę. Spała tam, jadła smakołyki i uparcie wyganiała Gizma. Jak on jej zazdrościł!!!! Pchał się na siłę, wreszcie poszłam po rozum do głowy i na klatce postawiłam transporter. W ten sposób w naszym salonie, wznosił się piętrowy dom dla zwierząt.
Ponieważ klatka była dobrym pomysłem, postanowilam jednak spróbować skorzystać też z pozostałych rad. Pojechaliśmy w sobotę z głodnym psem. Wyobraźcie sobie dorosłych ludzi, leżących na ziemi i rzucających wkoło siebie i na siebie kawalątki kiełbaski. A głodna Yoda, zadziwiając nas i siebie, szła do nich i jadła, jadła, jadła. Momentami uciekała, wystraszona nagłym ruchem czy głośniejszym dźwiękiem, ale to i tak było coś niesamowitego. Mój dziki szczeniak, sam, dobrowolnie podchodził do ludzi. Okazało się, że kiełbasa była naszym wybawieniem. Od tego dnia miałam zawsze pełne kieszenie (a jakie brudne), chodziłam z Yodą po osiedlu i zaczepiałam ludzi, prosząc, żeby karmili mojego psa. Przed nami była jeszcze długa, kręta i wyboista droga, ale to był bardzo ważny krok i zrobiony w dobrym kierunku. Yoda zauważyła, że człowiek może dać jej coś dobrego.
Chodziliśmy do szkoły przez 8 miesięcy, czasami razem, czasami tylko jedno z nas jechało (Yoda była oczywiście zawsze). Bardzo trudno jest mi ułożyć cały ten okres w jedną całość, wiele zapomniałam, części nie chcę pamiętać. Uczyliśmy się siebie nawzajem. Jak na ten, dość długi okres szkolenia, to Yoda nie zna wielu komend czy sztuczek, ale nigdy nam o to nie chodziło.
Tak jak pisałam, to jest szkoła taka trochę "specjalna", więc reguły w niej obowiązujące są bardzo sztywne i rygorystycznie przestrzegane. Potrzebowaliśmy tego, Yoda też. Wystarczająco długo żyła nie rozumiejąc świata wokoło, teraz zaczynała powoli rozumieć czego i gdzie może się spodziewać. Wielu naszych znajomych i członków rodziny bardzo źle reagowało np. na klatkę, długą linkę bez, której nie wychodziliśmy czy wreszcie na moje ciągłe prośby: kucnij przed psem, nie nachylaj się nad nią, nie głaszcz jej po głowie, .......................
Yoda jest inteligentną suką, tyle, że strach przechodzi u niej w histerię bardzo szybko, wtedy przestaje myśleć. Byłaby o wiele szczęśliwsza, gdyby trafiła do kogoś, kto potrafi postępować z psami. Niestety była u nas, a my musieliśmy się dopiero wszystkiego uczyć i wiele razy skrzywdziliśmy ją naszą głupotą, ignorancją, gniewem. Na początku denerwowałam się zawsze, gdy obrywałam na szkoleniu od treserów, dziś wiem, że mieli rację. Nie powinniśmy byli brać tego psa i nie tłumaczy nas fakt, że mogła trafić gorzej. A teraz już wiem, że nigdy jej nie oddam, nikomu.
Po pewnym czasie okazało się, że ulubionym przedmiotem Yody jest .................. obrona. Gdy pierwszy raz odważyła się szczeknąć, dostałyśmy oklaski od pozostałych kursantów, a w dniu gdy wyniosła z placu rękaw, pękałam z dumy. To była oczywiście obrona sportowa, Niunia po prostu zdobywała taką fajną zabawkę. Skakała przy tym jak zwariowany zając, kręciła ogonem młynki i ujadała pełną piersią. Ależ miała frajdę.
Niestety bywały też fatalne chwile. Uczyłyśmy się chodzenia przy nodze, szłam z Yodą z jednej strony jeden treser, z drugiej drugi. Rozmawiali, machali rękoma, zachowywali się dość głośno. Yoda się zdenerwowała, nie chciała tego, miała dość i chciała, żeby to się skończyło. Ja trzymałam smycz i byłam najbliżej. Dobrze, że to była zima i byłam ciepło ubrana, kurtka i spodnie przestały istnieć. Ona rzucała się, ja mówiłam "równaj" i szłam dalej, tak długo, aż odpuściła. Zrozumiała, że bez względu na wszystko, to ja postawię na swoim. Ta lekcja bolała, przez kilka następnych tygodni nie mogłam się pogodzić z tym co się stało. W tym czasie Yoda sypiała już razem z nami, w łóżku, wtulała nos w moją dłoń, a gdy ja się przesuwałam, ona przez sen podążała za mną. Nie mogłam zrozumiec, jak to możliwe, że pies, który tak mnie potrzebuje, równocześnie jest w stanie rzucać się na mnie z zębami.
Yoda jest psem, przy którym trzeba mieć oczy dookoła głowy, nigdy nie zostawiam jej samej z gośćmi. Przez to, że pokochała zabawę, stała się żywiołowa i baaaaaaaaaardzo niedelikatna, zdarza się jej złapać w zęby dłoń, wraz z piłką. Nam to nie przeszkadza. Gdy wychodzę przed dom i pokazuję jej piłkę, a ona pędzi do mnie jak wariatka, wtedy wierzę, że teraz jest szczęśliwa. Ufa nam i wie, że jest bezpieczna. Klatka leży złożona w garażu, Yoda sypia w łóżku, żeby tak jeszcze Klara i Zuzia zostawiały więcej w miseczkach.

Posted

Schronisko to nie miejsce dla szczeniąt!!!!!!!!!! Nigdy nie powinny tam trafiać, a jeżeli już to powinny jak najszybciej iść z nich do nowych domów. Ale każdy kto chce w ten sposób zaoszczędzić na "zakupie psa", powinien mieć świadomość, że koszty "poadopcyjne" mogą przekroczyć jego wyobrażenia, a pies też może być "nieco" inny, niż ten wymarzony.
Więc zastanów się człowieku. Proszę.

Posted

A żeby nie było, zapomniałam napisać, niczego nie żałuję. Piętro domu mam wykończone rok później, do dziś nie odkupiłam sobie sportowej kurtki, ale nie ważne. Dla niej było warto.

Posted

Przeczytalam jednym tchem.
Gdy mysle,ze nikt nie sobie da rady z trudniejszym schroniskowym psem,zawsze przypominam sobie psa kaerjot i Millarcki (ma mieszanca spaniela,wyrwanego weterynarzowi spod igły,byl przyniesiony do uspienia,a powodu agresji):kiedys kazdy z nas staje sie psiarzem,kiedys na ktoryms psie uczy sie
A Yoda-Yodulca poznalam.Wszystko wydaje sie normalnie,gdyby nie natezona uwaga kaerjot i jej wyczulenie na uprzedzanie kazdej sytuacji zapalnej.Czasem,ktos moglby powiedziec,ze kaerjot przesadza,przeciez to grzeczny pies.Ale własnie dlatego jest grzeczna.
kaerjot,prosze o dalsza opowiesc!

Posted

No to i ja w końcu przeczytałam.
Oj - to Ty kaerjocie jesteś dopiero wielka. Matko - to ja biorąc do kupy wszytkie moje przygarnięte zwierzaki nie małam aż takiej jazdy.

Zatkało mnie i już.

A Yoda jest przepięknym psem. Widać jaka jest szczęśliwa - nareszcie jest kochana.

Posted

Nareszcie Yoda doczekała się swojego wątku :multi: :multi: :multi:
Troche się już znamy, a niewiele o Yodzie widziałyśmy poza tym, że urocza z niej piecha.
To jest historia! Jaki to pies, jacy piękni i dobrzy Ludzie!
Wiesz Kaerjot, wiele z nia przeszliście, ale więź, która Was łączy nie każdemu jest dana. Myślę, jakies przeznaczenie wybrało Was na jej opiekunów.

Czekam na dalszy ciąg opowiesci. I na foteczki też...

Posted

Kaejrot wielkie wielkie ukłony dla Ciebie, Yoda jest piękna:loveu:
a ja już nigdy nie będę narzekać na Nuśkę, a niech sobie nastepne 25kg cemementu po ogrodzie roznosi , nigdy w żadnego psa takiej pracy ogromnej nie musiałam włożyć:oops:

Posted

Teraz to mi głupio, ja nie zamierzałam się chwalić, ani nic takiego. Wstyd mi i tyle :oops:.

Więc dziś o Yodzie nie będzie.

Dziś prezentują się koty:

Kot nr.1 czyli Klara - kot jednego pana, ona jast TZ-a i tyle, reszta świata jak dla niej może iść i się utopić, dopóki ma swojego Pańcia, to wszystkich innych ma w .....



Kot nr. 2 czyli Zuzia - histeryczka i beksa, podstawowym celem jej życia jest jedzenie, przez to musiała przejść drastyczną kurację odchudzającą, czego chyba nigdy mi nie wybaczy.



Kot nr.3 czyli Gizmo - brat blliźniak Yody (mają w książeczkach wpisaną tę samą datę urodzenia), jedyny chłop wśród futrzastych, niby mieliśmy mu szukać domu, ale jakoś tak wciąż zapominamy o ogłoszeniach.

Posted

Pierwsza odpowiedź i od razu doskonała. Chyba muszę wymyślić jakieś trudniejsze zadanie.

Zanim wymyślę, to se powklejam.

Uwaga

Uwaga

Uwaga

Przedstawiam, zadziwiająco niepodobne bliźnięta, brak podobieństwa może wynikać, z tego, że nie są to bliźnięta jednojajowe, nie są też dwujajowe, są to jedyne w swoim rodzaju bliźnięta absolutnie BEZJAJOWE.

Tu akurat zagapiły się na kiełbasę i Yoda nie zauważyła, że tuż obok usiadł TZ. Gizmo od początku był jej "przewodnikiem".


A tu jest domek "piętrusek", taki sobie awangardowy akcent w naszym salonie stał, przez jakiś tam czas. Prawda, że szał!!!!!!!!!
Choć różowych kapci do czarnych skarpet nic nie przebije:oops:.

Posted

Przeczytałam o Yodzie jeden raz, drugi i trzeci i nadal siedze jak wryta!

"Nie powinniśmy byli brać tego psa i nie tłumaczy nas fakt, że mogła trafić gorzej. A teraz już wiem, że nigdy jej nie oddam, nikomu."


Kaerjociki jesteście WSPANIALI, takie pokłady miłości, wrażliwości i determinacji!!!!!!!
Jedno jest pewne gdybyście TEGO PSA nie zabrali to kto?
Może kogoś by przyciągnął widok ładnego szczeniaka ale co dalej. Albo by wciąż wracała albo ............. nawet nie chce myśleć co by było gdyby. Uratowaliście jej życie, zycie które kiedyś ktoś po kawałeczku unicestwiał.

Napisze więcej jak się odryje:p

Posted

Dalej tematy "łóżkowe"

Tu mała psina, która jeszcze nie do końca jest pewna, wolno tu spać, czy każą się wynosić.


A tu, dwa lata później, pannica zdegustowana, że zawracam jej głowę w czasie drzemki.

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Popular Contributors

    Nobody has received reputation this week.

  • Forum Statistics

    • Total Topics
      87.9k
    • Total Posts
      13m
×
×
  • Create New...