Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

[quote name='Kuna']Nasz Doktor stanął na wysokości zadania i wydobył informacje. Wynik badania w kierunku wścieklizny UJEMNY!!!!!!!!!!!!!!!!!

Kuna, naprawdę bardzo się cieszę :)

Żałuję tylko, że ta informacja nie przybliża nas nawet o krok do przyczyny nagłego pogorszenia się stanu zdrowia i w konsekwencji przedwczesnej śmierci Vegi


  • Myślę o niej często... :(

    • Replies 231
    • Created
    • Last Reply

    Top Posters In This Topic

    Posted

    Wynik ujemny mnie nie zaskoczył. Ale dobrze, że jest pewność.
    Choć wiwatów nie ma co wznosić, sunia nie żyje... :(

    Sekcja też by dla niej nic nie zmieniła, aczkolwiek szkoda, że nie wiemy co się stało. (Absolutnie nie twierdzę, że "ktoś' powinien - ja nie mogłam zapłacić za sekcję i trudno mi wymagać by kto inny płacił). Męczy mnie czy Vega miała coś ukrytego od początku, czy inna (dobra) opieka uratowałby jej życie, czy zostawiając ją w tym dt skazaliśmy ją (nieświadomie) na śmierć :(
    Wstawienie tych ludzi na CK jest mi obojętne - jeśli zechcą psa to i tak wezmą z dowolnego schroniska, od osoby prywatnej, kupią szczeniaka, wezmą od sąsiada... Natomiast podejścia do Vegi im nie wybaczę.

    Bonsai, trzymaj się. Chciałaś dobrze, zrobiłaś, ile byłaś w stanie. Nie przewidzimy wszystkiego..

    Posted

    Bonsai napisał(a):
    Myślę o tej sprawie nieustannie, naprawdę kosztuje mnie to dużo nerwów.

    Zadaję sobie pytanie - kto zawinił? Czy udałoby się ją uratować? Gdy ją zabieraliśmy z drogi była słaba, ale nie umierająca (chyba - teraz już nieczego nie jestem pewna). Weterynarz z Bielska Podlaskiego też nie zauważył niczego niepokojącego, wyniki krwi były ok - mogę je tu nawet wkleić... Jej stan pogorszył się w Sylwestra, po wybuchu fajerwerek, co łączyliśmy wyłącznie z tym faktem - ze stresem.
    Gdy zastanawialiśmy się gdzie ją umieścić, zadzwoniliśmy do znajomych z Łomży - to kolega z pracy mojego TŻ. Szukali jakis czas temu psa, owczarka, choć chcieli młodego. Zgodzili się jej pomóc - choć ogólnie przedstawiliśmy sytuację tak, że sunia wymaga spokoju i odżywienia, bo na tamtą chwię tak to wyglądało (albo tak nam się wszystkim wydawało). Wiedziałam o nich tyle, że mieli dwa psy w życiu - z opowieści o nich nie wynikało nic niepokojącego, ot ludzie, którzy mają psy, lubią, ale może zbyt wielkiej wiedzy na ich temat nie mają. Opowiadałam im o CS'ach, nawet przeczytali książkę Turid, ogólnie otwarci na wiedzę. Jednocześnie są bardzo proekologiczni - co uważałam za zaletę, ale chyba poszli trochę za daleko - ogólnie nie wierzą lekarzom, antybiotykom, lekom, chemii. Moim zdaniem wszystko ok, ale pytanie gdzie postawić granicę. Suka miałą trafić do nich na tymczas z możliwością zostania na stałe. Gdyby miało być bardzo źle z nią (głównie rozmawialiśmy wtedy w kontekście jej stanu psychicznego), to ją miałam zabrać, ogólnie na określenie tego mieliśmy dać jej troche czasu - minimum 2 tygodnie.
    I chyba wyszło to w praniu - nie wierzyli lekarzom weterynarii, którzy według nich przyczynili się do śmierci ich pierwszego, ukochanego psa (miał powikłania po złamanej łapie), więc konsultowali się ze znajomym technikiem weterynarii - którgo nie znam, ale osobiście na podstawie tego, co słyszałam od niego o owczarce, to najchętniej gdzieś bym zgłosiła (niestety nie znam jego nazwiska). Ale oni mu ufają i na jego opinii się opierali.
    Zadaję sobie pytanie kiedy powinnam zareagować, czy gdybym wcześniej zabrała ją stamtąd, to czy dziś by żyła? Gdy suka u nich była, nie wiedziałam tak naprawdę co się z nią dzieje. Miałam z nimi kontakt telefoniczny praktycznie codziennie - jednak tak naprawdę niewiele z tych rozmów wynikało. Nie wiedziałam czy pies jest chory (bo weterynarz nie widział psa, ostatecznie sama zaczęłam poszukiwać weta, który by do nich podjechał), czy w złym stanie psychicznym. Trudno było mi uwierzyć, że pies, którego zawoziłam w dobrym stanie zdrowia do nich, marnieje z dnia na dzień - zwłaszcza, że nie miałam bezzstronnej, wiarygodnej opinii na ten temat. Wiedziałam, że oni nie znają się na psach, a ten ich technik weterynarii... raz uważał, że to wścieklizna (pierwszego dnia już, ledwo wyjechaliśmy z Łomży), potem twierdził, że wypadek i ma złamaną łapę - i to wszystko nie widząc psa, a jak go w końcu zobaczył, to poza tym, że jest beznadziejnie, to nic nie zalecił. Zobaczył psa, zobaczył, że umiera i sobie pojechał. Oni też nie zapewnili psu choremu takiej opieki, jakiej wymagał - nie powinien być na dworze, na gołej ziemi, bez opieki, gdy już nie mógł się nawet podnieść - choć z drugiej strony mam na uwadze to, iż nikt z nas - ani oni, ani ja - nie był świadomy, że daję im tak chorego psa. Byłam świadoma, że to nie są dogomaniacy, a zwykli posiadacze psów, bez większej wiedzy i doświadczenia, ale nie miałam świadomości, że daję im chorego psa, na dzień oddania go im fizycznie Vedze nic nie dolegało poza wycieńczeniem i tasiemcem - albo tak nam się wydawało. Ich niechęć do lekarzy też niewiele pomogła, a ich technik weterynarii zamiast pomóc, tylko ich straszył, realnie psu nie pomagając - moim zdaniem.
    Może powinnam wcześniej zabrać psa od nich, może nie powinnam go im dawać - ale nic nie wskazywało na to, że to się potoczy tak, jak się potoczyło... Czy oni powinni mieć psa? Nie wiem czy mi dane to oceniać... Nie wiem co mogło sprawić, że w niecały tydzień praktycznie zdrowy pies po prostu zdechł. Swojego psa leczyli, jeździli z nią do Białegostoku... Vegi nie leczyli, bo... nie wiem czemu, bo nie byli przygotowani psychicznie i czasowo na chorego psa?



    Teraz nie dojdziemy do tego, czy decyzja o oddaniu Vegi była słuszna czy nie..........za późno.

    Najważniejze to, ze pomogłaś jej, bo zabrałaś z ulicy. Niestety z opisu wynika, ze trafiła w ręce nieodpowiedzialnych ludzi.

    Ciekawa jestem czy gdyby tym osobom cos było (bo jednak różne choroby nas - ludzi dopadają, to czy tez konsultowaliby sie z kimś telefinicznie czy cyzm prędzej biegli do lekarza. Myślę, ze wybraliby to drugie,.........dla mnie ich postępowanie jest okrutne i nieludzkie..........choć, tylko człowiek tak potrafi.


    bela51 napisał(a):
    Bonsai, wiem ze jestes w niekomfortowej sytuacji. I naprawde chyba nikt Ciebie nie wini, chciałas dobrze, nie mogłas przewidziec jak rozwinie sie sytuacja, nie przedstawili Ci uczciwie stanu Vegi w rozmowach telefonicznych.
    Jednak, jesli nawet nie zawinili smierci Vegi, to poweidz, gdyby to byli obcy dla Ciebie ludzie, tez miałabys obiekcje i próbowałabys ich tłumaczyc ?
    Czy człowiek, ktory ma choc odrobine ludzkich uczuc, wyniesie umierające zwierze na dwór, aby nie patrzec jak kona?
    Ja nie chciałabym takich ludzi wiecej znac, ani widziec.
    Nie teoretyzuje.
    Przyjaciólka mojej córki miała kota. Czesto bywała w naszym domu. Po jakims czasie, córka dowiedziała sie ( od niej ), ze kot stał sie niewygodby ( brudził, niszczył ) wiec jej mąz wywiózł go na ogrodki działkowe na drugim koncu miasta i porzucił.
    Córka wygarneła jej co o tym mysli i zerwała z nimi wszelkie stosunki. Całe szczescie, bo ja na pewno zatrzasnełabym przed nia drzwi, gdyby przyszła.
    Było to kilka lat temu.
    Kazdy postepuje tak, jak dyktuje mu sumienie, nie twierdze, ze to jest zawsze łatwe.



    Ta sytuacja przypomina mi wiele podobnych sytuacji, które maja miejsca w rodzinach, u ludzi - gdy człowiek stary, chory, robi pod siebie, trzeba pampersować, zmieniac podkłady i myć, to staje się nagle niepotrzebny, i przez rodzinę zostaje oddany do jakiegoś przytułku.............przepraszam za porównanie, ale mam takie skojarzenie...........tu było jednak gorzej........chorego psa wyrzucono na dwór..........nie jestem w stanie wybaczyć takiego postępowania.


    Bonsai napisał(a):
    Ja nie mam już z nimi kontaktu. Nie usprawiedliwiam - staram się obiektywnie opisać sytuację, bo nie mnie ją oceniać - ja chyba też się przyczyniłam, choć na pewno nie świadomie, do śmierci Vegi... Kwestię kontaktów z nimi zostawiam TŻ'towi - bo to on codziennie widuje tego znajomego w pracy, i to nie tak, że po prostu się mijają, ale pracują w tym samym, 3-osobowym dziale...


    Twój mąz faktycznie ma mało konfortową sytuację............

    Posted

    [quote name='morisowa']Wynik ujemny mnie nie zaskoczył. Ale dobrze, że jest pewność.
    Choć wiwatów nie ma co wznosić, sunia nie żyje... :(

    Sekcja też by dla niej nic nie zmieniła, aczkolwiek szkoda, że nie wiemy co się stało. (Absolutnie nie twierdzę, że "ktoś' powinien - ja nie mogłam zapłacić za sekcję i trudno mi wymagać by kto inny płacił). Męczy mnie czy Vega miała coś ukrytego od początku, czy inna (dobra) opieka uratowałby jej życie, czy zostawiając ją w tym dt skazaliśmy ją (nieświadomie) na śmierć :(
    Wstawienie tych ludzi na CK jest mi obojętne - jeśli zechcą psa to i tak wezmą z dowolnego schroniska, od osoby prywatnej, kupią szczeniaka, wezmą od sąsiada... Natomiast podejścia do Vegi im nie wybaczę.

    Bonsai, trzymaj się. Chciałaś dobrze, zrobiłaś, ile byłaś w stanie. Nie przewidzimy wszystkiego..[/QUOTE]


    No ja muszę Wam powiedzić, że się jednak denerwowałam... analizując cały przebieg choroby, oczywiście na tyle na ile się dało, wiele rzeczy do wścieklizny pasowało i tylko fakt, że naprawdę mało jej mamy dawał pewność, ze to nie będzie to.
    Natomiast co do sekcji zwłok... mój wet twierdzi, ze tylko podejrzenie choroby wirusowej uzasadniałoby zrobienie jej, a takiego nie było i ja się z Nim zgadzam. Gdyby Vega była pod naszą opieką przez te 12 dni i umarła, to tak - dobrze byłoby wiedzieć na co, bo wtedy możemy szukać przyczyny śmierci i dowiedzieć się, gdzie został popełniony błąd przy diagnostyce, leczeniu itp. My tak naprawdę nie wiemy o niej nic. Choć nie, wiemy, ze pomoc przyszła za późno - no chyba, ze był to Aujuszki - wtedy też nic nie można byłoby dla niej zrobić. Choć nie, nieprawda - mogłaby umierać otoczona troską... ale prawda jest taka, powtarzam się, w tych okolicznościach wiedza o przyczynie śmierci Vegi nic nam nie da i niczego nie zmieni. Może gdybym przyjechała dzien wcześniej... może... wtedy było już za późno. :(
    Co do tych ludzi... słów brak. Mam nadzieję, ze nigdy nie będą mieli już psa. Wiem też, że Bonsai zrobiła wszystko co powinna zrobić, aby pomóc Vedze i nie była w stanie przewidzieć, że ci ludzie tak się zachowają... Pozwólmy Vedze spokojnie przejść na drugą stronę Tęczy, a Bonsai samej podjąć decyzję co do tych ludzi... łatwiej jest zerwać relacje z przyjaciółmi czy nawet rodziną niż zepsuć je tam, gdzie musimy współpracować na gruncie zawodowym...

    Posted

    To nie był właściwy dom tymczasowy, ale tego wiedzieć nie mogłaś Bonsai. Czy by żyła, gdyby była gdzie indziej? Tego się nie dowiemy. Na pewno byłaby inaczej potraktowana i by o nią walczono w dobrym dt. Żałuję, że nie wiemy, co się stało. Jednak to są koszty, a nikt nie ma ot tak wyłożyć pieniędzy. Najbardziej żal mi Vegi, jej już nic życia nie wróci, a co przeżyła, tylko ona wie.... Żegnaj Veguniu, byłaś tu na chwilę i szkoda, że tak się skończyło........... [TM*] :(

    Join the conversation

    You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

    Guest
    Reply to this topic...

    ×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

      Only 75 emoji are allowed.

    ×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

    ×   Your previous content has been restored.   Clear editor

    ×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


    • Popular Contributors

      Nobody has received reputation this week.

    • Forum Statistics

      • Total Topics
        87.9k
      • Total Posts
        13m
    ×
    ×
    • Create New...