Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

przysni cie sie jak poczuje ze z Toba jest lepiej...zobaczysz...moj Bobek dlugo mi sie nie snil dopiero jak przestalam rozpaczac zaczal mi sie snic, ba..moze ktos sie bedzie smial ale przychodzil do domu...w nocy slyszalam jego pazurki na panelach...a snil mi sie zawsze szczesliwy i gotowy do spaceru i zawsze we snie zakladam mu smycz i obroze:)

Posted

[quote name='sleepingbyday']mysza, i co?[/QUOTE]
Jagielski powiedział, żeby jednak zaczekać, że to raczej krwiak ale pewności nie ma. Zaczekam więc 2 tygodnie, powtórzę usg i w razie czego tniemy...

Wlascicielkajaminczka bardzo współczuję, wiem jak to boli :(

Posted

na smutek po śmierci psa nie ma lekarstwa. ale można sobie pomóc. jak poppy umarła z miejsca wzięłam zośkę. i nie było tak, ze nie płakałam wciąz po poppy, owszem, dalej tęskniłam, dalej wyrzucałam sobie, ale zapoznawanie się z nowym psem złagodziło ból. zrównoważyło go.
no, ale to zalezy - od psa, od sytuacji. bo przeciez poppy (ta suńka przed zosią) przyszła do nas ok roku po smierci mojej pierwszej, ukochanej suki. nie postało mi w głowie wcześniej pytanie, czy ja chcę, czy nie kolejnego psa. nawet nie chodziło o to, ze "nigdy więcej", po porstu nie było tematu. a po roku - nagle bum, poryczałam się mamie, ze zwierzęcia w domu nie ma i że to skandal. i w najbliższa sobotę byłam na paluchu.
ale ja to chyba o tym na tym wątku juz pisałam?

Posted

Jeszcze niedawno miałam nadzieję, ale wydaje mi sie ,że Rokiś powoli od nas odchodzi. Ta łapa nie chce dojść do siebie, a on robi się osowiały , mam wrażenie ,że przestaje walczyć.Przesypia większość dnia.Nie wydaje mi się,żeby teraz cierpiał ( zawsze histerycznie reagował na najmnieszy ból), ale po prostu traci siły.
Ja nie mogę przestać płakać , przypominam sobie jak do nas trafił i,że wcale go wtedy nie chciałam. Został uratowany 9 lat temu przed uśpieniem - tak chciała się go pozbyć jego pierwsza rodzina , dla której był prezentem świątecznym.
Mi też mówiono,żebym zaczęła myśleć o nowym piesku, ale na razie nie mogę i nie wiem czy i kiedy to nastąpi.Rokuś jeszcze jest z nami - wczoraj 10/10/2010 skończył 10 lat.

Posted

My dzisiaj dowiedzieliśmy się, że mój aniołek ma 3cm guza na śledzionie, przy okazji znaczny obrzęk nerek, jest też coś na wątrobie;
nerki od dawna były pod kontrolą, ale poza karmą nic innego nam nie zalecono, badania kontrolne miał co pół roku,
do podleczenia nerek, operacja odłożona, jutro ciąg dalszy,
a jeszcze wczoraj wieczorem chciał wyeliminować brata, zazdrośniczek szary,
ma siedem lat, z tego tylko trzy bez chorób, bez bólu :-(

dawno tu nie zaglądałam, ale jedną z pierwszych myśli po informacji była dogomania
pozdrawiam

Posted

nie wiem co mam robić!!!Rocki czuje się żle. Wczoraj myślałam o etanazji , dzisiaj było lepiej , mój mąż może przyjechać w sobotę...okazuje się ,że wątroba zużywa się nie tak szybko , ale chyba to cóś co zawiaduje mięśniammmi nie działa ok. Nie wiem czy możemy poczekać do soboty , czy lepiej zakończyć to dzybciej

Posted

Rokuś apetyt ma wilczy, pije sika , ma błysk w oczach , ale również problemy z podniesieniem się i chodzeniem. Wet. zrpbił badania krwi i był zdziwiony - wątrpba się pogorszyła , ale nie aż tak bardzo jak myślał, niestety spada ilość czerwonych wzrasta białych - anemia.

  • 2 months later...
Posted

Kochani, potrzebna nam pomoc.
Prześlijcie do łódzkich dogomaniaków o ile takich znacie:

Wczoraj koło południa ARES ZAGINĄŁ.

Nie ma na sobie szelek z adresówką. Potrzebna jest nam pomoc w stworzeniu plakatu, oplakatowaniu Łodzi i poszukiwaniach.
Ares wygląda tak:




Może być lękliwy w stosunku do obcych ale nie agresywny.

Kontakt do właścicielki:

PANI LUCYNA 798 656 937

lub do mnie

GUSIA 510 833 888

Posted

3 x napisał(a):
a sledziona była ze zmianami nowotworowymi?
czy tak jak mój michaś mial usuwaną sledzionę prawie rok temu ( w pazdzierniku minie rok)
tylko u nas nei było zmian nowotworowych


cioteczko to co to było? musiała być w takim razie ta operacja?

mysza 1 napisał(a):
Mam do Was prośbę. Czy możecie napisać co o tym myslicie?
Niedawno mój Huguś odszedł z powodu wykrwawienia na skutek pęknięcia guza śledziony.

Teraz moja sunia ma na śledzionie guzek (ognisko hipoechogenne podtorebkowe ok. 1,52x1,23 cm, krawędź regularna. Śledziona tez jest powiększona do ok.3,4 cm grubości, brak deformacji powierzchni śledziony w miejscu guza. Diagnoza dr Marcińskiego- obraz wskazuje na krwiak lub początek nowotworzenia.
Zalecenia- ponowne usg za miesiąc.

Nie sądzicie, że lepiej zareagować wcześniej? Usunąć śledzionę? Idę na konsultację do chirurga ale chciałabym wiedziec jakie macie doświadczenia, jak same rozumiecie, okropnie się boję po tym, co spotkało Huga :(


mysza 1 napisał(a):
Jagielski powiedział, żeby jednak zaczekać, że to raczej krwiak ale pewności nie ma. Zaczekam więc 2 tygodnie, powtórzę usg i w razie czego tniemy...
(


i jak mysza??

ja tez dołączyłam do grona, a raczej moja sunia:(

kilka tygodni temu dostała strasznej biegunki krwotocznej - jakis wirus, ale przy okazji zeby wyeliminowac cialo obce miala RTG, wykazalo cos nie halo na sledzionie, wiec natychmiast do Marcinskiego na USG i wyszedl obszar zmieniony o wielkosci 3,5 na 4 cm i ze moze wskazywac na poczatek nowotworzenia, zalecenie albo ciac albo za 1 miesiac powtorzyc USG. Wszyscy na Gagarina, gdzie byla leczona kazali ciąć, pojechałam jeszcze na konsultacje do naszego doktora Czerwieckiego i tez zalecil ciąć. Operacja juz byla umowiona, ale zeby nie bylo za proto to na EKG wyszla arytmia, wiec pojechalam na SGGW na echo, a tam dodatkowo niedomykalnosc zastawek, poczatek kardiomiiopati rozstrzczeniowej... :shake:
no wiec mialam dylemat czy tez operowac czy nie i znow z pomoca przyszedl nasz wet, ktory stwierdzil, ze wieksze zagrozenie jest ze strony sledziony niz serca, ze da rade! Dostala Vetmedin na wzmocnienie serca i cos jeszcze i po 2 tyg na powtornym echo wyszla malenka poprawa, lewa komora pracowala lepiej. Dostalysmy jeszczxe zalecenie zrobienia RTG płuc przed samą operacją, zeby sprawdzic czy nie ma zatorow na zyle plucnej... No wiec z sercem na ramieniu zawiozlam moja ukochaną Lulę na operację 30 grudnia i dała rade! Operację przeszla bez komplikacji.
Teraz jest juz 10 dni po operacji, czuje sie swietnie. Ja jeszcze nie do konca bo nie wiem co to jest, czekamy na badania....

  • 3 weeks later...
Posted

Dzięki Wszystkim , za wsparcie ...Długo mnie tu nie było... Pewnie domyśliliście się ... Rockiego już nie ma... Musiałam podjąć decyzję o uśpieniu, i było to straszne doświadczenie... 15 pażdziernika , dopiero teraz mogę to napisać - i ciągle płakać mi się chce - i pusto w domu- i brak tego cholernego szczekania na każdy dzwonek... i kudłów wszędzie , i spacerów o 6 rano, i tego ciepełka kiedy się przytulał jak czytałam książkę, i rozmów przez telefon ( a jakże..),... tego spojrzenia mądrego i wyrozumiałego- brązowych oczu ....

Posted

[FONT=MS Shell Dlg 2]Witam wszystkich. Szkoda ,że spotykam się z wami w takich okolicznościach. Ciężko jest mi o tym pisać, ale chce aby o moim przyjacielu szybko nie zapomniano (ja na pewno nie zapomnę) a każdy kto będzie to czytał wspomnie o nim. to jest tylko jeden z powodów dlaczego to piszę. chce także przestrzec przed objawami tego strasznego choróbska. Miałem pieska swojego kochanego Ramzesa. był to amstaff pomieszany z bokserem. piękny i mądry pies. cieszył się na widok wszystkich. miał 6 lat. pewnego dnia pies nie był tak wesoły jak zwykle był troszkę osowiały ale nikt na to nie zwrócił uwagi. teraz z perspektywy wydarzeń, które się stały wiem ze to był pierwszy objaw. zawsze był chętny do wychodzenia na spacery, a teraz troche mniej jak go wołałem to nie przychodził od razu tylko po chwili tak jakby musiał. Ślinienie już mogło dać trochę do myślenia. wystąpiło ok 1 miesiąc przed. byłem u lekarza powiedział, że to może być genetycznie po bokserze. trochę mi sie wydawało to dziwne. przez 5 lat nic a teraz się ślinił. uznałem ze lekarz miał racje. miał problemy z chodzeniem na łapę prawdopodobnie kiedyś zwichnął łapę więc pojechałem na rtg (5 dni przed) miał wzdęty brzuch. stał się duży i twardy akurat tego dnia jak pojechałem do kliniki. poprosiłem o usg i wyszedł guz śledziony wielkości pięści. umówiona była operacja. w ciągu 3 dni brzch urósł okropnie. ten najpewniejszy objaw (nie wiem jak to powiedzieć) wzdęty brzuch na tyle by to zauważyć powstał 3 dni przed operacją. ostatniego dnia nie będe opisywał. po prostu psa rozcieli, stwierdzili wszędzie guzgi więc psa trzeba było uśpić. bardzo mi ciężko ale wiem że to już mi nic nie pomoże. trzeba żyć dalej ale jest cholernie ciężko :( proszę was. jeśli macie kogoś kto ma psa, nawet zdrowego niech przeczyta ten post. nie wtedy jak już jest późno tylko jak pies jest zdrowy. niech ludzie wiedzą na co trzeba uważać, a nie jak zwalczać tą ciężką chorobę. psa musiałem uśpić 26 stycznia 2011roku. ślinienie było ok 1 mieś przed tym a wzdęty brzuch 3 dni przed
[/FONT]

Posted

przykro mi razmzes :(

ale wydaje mi się, ze objawy które opisałes nie wskazuja jednoznacznie na guza śledziony
fakt ze powinny dac do myslenia
ale np mój michał ogólnie je niewiele wiec nie zauwazylam, ze jje jakoś mniej
za to po operacji jadł duzo duzo więcej
osowiały i z objawami przeziębienia czyli osowiały i bez energii był w lutym, guza odkryliśmy w pażdzierniku
składajac wszystko po fakcie do kupu wychodzi nam, ze w lutym to tez był guz
my mieliśmy szczęście - guz nienowotworowy

niestety to upiorstwo ma to do siebie ze nia daje jednoznaczych objawów :shake:
(moim zdaniem)

Posted

Przykro mi Ivovita, przykro mi Ramzes...

Lulka, jak Twoja sunia? Moja Sara miała operację 17 grudnia, bo prof., u którego byłam na konsultacji powiedział, że może żyć bez śledziony tak samo jak bez macicy :). Dotyczy to zwłaszcza starszych psów, bo u nich bez problemu funkcje śledziony przejmują naczynia włosowate i szpik.
Bardzo długo czekałam na wynik hist-pat, bo lekarka badająca guza powiedziała, ze podejrzewa chłoniaka, musiała więc gruntownie to sprawdzić.

W każdym razie, wynik okazał się zmianą łagodną, przerostem tkanki. Cały czas wierzyłam w to, bo przecież Huga zabił guz śledziony :( nie mogło to się powtórzyć...
Sara po operacji była obolała, dosyc długo jednak, oszczędzała się. Teraz już jest dawnym szaleńcem ;)

Życzę wszystkim, którzy zmagają się z guzami śledziony, żeby były łagodne.

Posted

ramzes01 napisał(a):
[FONT=MS Shell Dlg 2]Witam wszystkich. Szkoda ,że spotykam się z wami w takich okolicznościach. Ciężko jest mi o tym pisać, ale chce aby o moim przyjacielu szybko nie zapomniano (ja na pewno nie zapomnę) a każdy kto będzie to czytał wspomnie o nim. to jest tylko jeden z powodów dlaczego to piszę. chce także przestrzec przed objawami tego strasznego choróbska. Miałem pieska swojego kochanego Ramzesa. był to amstaff pomieszany z bokserem. piękny i mądry pies. cieszył się na widok wszystkich. miał 6 lat. pewnego dnia pies nie był tak wesoły jak zwykle był troszkę osowiały ale nikt na to nie zwrócił uwagi. teraz z perspektywy wydarzeń, które się stały wiem ze to był pierwszy objaw. zawsze był chętny do wychodzenia na spacery, a teraz troche mniej jak go wołałem to nie przychodził od razu tylko po chwili tak jakby musiał. Ślinienie już mogło dać trochę do myślenia. wystąpiło ok 1 miesiąc przed. byłem u lekarza powiedział, że to może być genetycznie po bokserze. trochę mi sie wydawało to dziwne. przez 5 lat nic a teraz się ślinił. uznałem ze lekarz miał racje. miał problemy z chodzeniem na łapę prawdopodobnie kiedyś zwichnął łapę więc pojechałem na rtg (5 dni przed) miał wzdęty brzuch. stał się duży i twardy akurat tego dnia jak pojechałem do kliniki. poprosiłem o usg i wyszedł guz śledziony wielkości pięści. umówiona była operacja. w ciągu 3 dni brzch urósł okropnie. ten najpewniejszy objaw (nie wiem jak to powiedzieć) wzdęty brzuch na tyle by to zauważyć powstał 3 dni przed operacją. ostatniego dnia nie będe opisywał. po prostu psa rozcieli, stwierdzili wszędzie guzgi więc psa trzeba było uśpić. bardzo mi ciężko ale wiem że to już mi nic nie pomoże. trzeba żyć dalej ale jest cholernie ciężko :( proszę was. jeśli macie kogoś kto ma psa, nawet zdrowego niech przeczyta ten post. nie wtedy jak już jest późno tylko jak pies jest zdrowy. niech ludzie wiedzą na co trzeba uważać, a nie jak zwalczać tą ciężką chorobę. psa musiałem uśpić 26 stycznia 2011roku. ślinienie było ok 1 mieś przed tym a wzdęty brzuch 3 dni przed
[/FONT]

ramzes01 bardzo mi przykro. Jestem Ci wdzieczna, że opisałeś objawy choroby Ramzesa. Nie tylko dlatego, ze to może uwrażliwić innych na czasem pozornie banalne dolegliwości. Jestem wdzięczna tez dlatego, że mimo upływu czasu, po ponad czterch latach od śmierci mojej Puni, mam poczucie winy, że nie zauważyłam w porę, że jest cięzko chora. Myśle jednak, że to nie nasza wina. Punia była starsza niż Ramzes (miała 14,5 roku), więc takich nietypowych objawów, które ja tłumaczyłam wiekiem, było więcej. Od gwałtownego załamania stanu zdrowia Puni do diagnozy guza na sledzionie i nieudanej operacji minęło zaledwie 2 doby.

Posted

nigdy nie wiedziałem i nie doświadczyłem i nie chciałem doświadczyć jak to jest stracić przyjaciela, baa członka rodziny z którym spałem pod jedną kołdrą na jednym łóżku. on był dla mnie kimś więcej niż psem. oczywiście nie wątpię w to, że wy mniej kochacie swoje zwierzaki, nawet twierdzę inaczej. wiem tyle, że on będzie mieszkał już tylko w mojej głowie. fizycznie już go nigdy nie spotkam. jest ciężko, ale dlatego odważyłem się napisać tamten post, aby to była przestroga dla innych. chodzi mi o to abyście mówili swoim znajomym na co zwracać uwagę po takich objawach jak miał Ramzes, Punia itd. ja wiem ze nasi przyjaciele nie opuścili nas na darmo. jeśli będziemy przestrzegać innych właścicieli na 100% będziemy mieli mniej przykrych przypadków na tym forum. ja jeszcze długo będe płakał i myślał o Ramzesie, ale jedyne co mi przychodzi na myśl to to, aby wszyscy wiedzieli co mu się stał o jak postępowało aby pan Marek wiedział "ocho coś jest nie tak" nie bagatelizował tego. to moze go dużo kosztować tak jak mnie. jeśli choć jedna osoba ocali swojego psa bo pozna objawy to będe szczęśliwy. to że ja już nie mam psa, nie znaczy że wszystkim tego zazdroszczę. teraz wiem jak się zachować aby było ok. tyle, że jest za późno. wiem że wam ciężko ale umówmy się że jeśli nawet nie uda się ocalić zwierzęcia napiszcie co było i jakie objawy, innym może to uratować życie (i nie tylko mówię tu o psach, bo ich właściciele wcale mniej tego nie przeżywają)

Pamięć o Ramzesie pozostanie na zawszę tutaj ....... czyli w mojej głowię

Posted

ramzes01 napisał(a):
/.../ale umówmy się że jeśli nawet nie uda się ocalić zwierzęcia napiszcie co było i jakie objawy, innym może to uratować życie (i nie tylko mówię tu o psach, bo ich właściciele wcale mniej tego nie przeżywają)

Pamięć o Ramzesie pozostanie na zawszę tutaj ....... czyli w mojej głowię


Na dogomanię trafiłam po smierci mojej Puni. Szukałam wtedy wyjasnienia jak to sie mogło stać, że odeszła tak nagle, że nie było czasu na leczenie, ze nie tylko ja, ale weterynarz, u którego byłam dwa-trzy dni wcześniej nie zauważyliśmy objawów tej śmiertelnej choroby itd. Niemożliwe przecież, zeby nowotwór rozwinął się w ciągu kilku godzin. W tych ostatnich dniach Punia była leczona na...stawy. Chodzi o to, że objawy guzów na śledzionie (podobnuie zresztą jak wielu innych chorób)nie są charakterystyczne. Świadczą o tym choćby nasze opisy na tym wątku. Ja też tu pisałam o dolegliwościach Puni, które obserwowałam kilka tygodni a może nawet miesięcy wcześniej. Te najbardziej niepokojące skłoniły mnie do wizyty u weterynarza. Ale właściwą diagnozę udało się ustalić, kiedy już było za późno. Za późno dla Puni. Tylko czy historia przebiegu jej choroby może pomóc innym chorym psom? Mam nadzieję, ze tak; dlatego o tym piszę. Z drugiej strony obawiam się, żeby nie przesadzic i nie panikować... Mój pierwszy pies- wyżełka Kama umarła na parwowirozę. Miała tylko 6 miesięcy. Choroba rozwinęła się też błyskawicznie. Leczenie zaczęłam, kiedy jedynym objawem, który mnie zaniepokoił był brak apetytu: pobiegłam do weterynarza natychmiast, wtedy kiedy po raz pierwszy Kama nie okazała zainteresowania pełną miską. Weterynarz nie widzał w tym niczego niepokojącego ale na wszelki wypadek podał jakieś leki. Kiedy dzień później już było wiadomo, że to jednak poważna choroba, walczyłam o życie Kamy przez 2 dni. Przegrałam. Od tego czasu byłam (i jestem) chorobliwie uwrażliwiona na brak apetytu u moich psów; do dzisiaj wpadam w panikę, kiedy Fraszka obojętnie traktuje moje wołanie na "kolację". Na szczęście u niej taka "obojętność" rzadko trwa dłuzej niż kilka minut.

Ramzes01 zapraszam Cię na wątek Puni http://www.dogomania.pl/threads/32072-PUNIA-odeszła-tak-szybko i zachęcam do założenia Rmzesowi watku na Tęczowym Moście. Z doświadczenia wiem, ze to pomaga godzić się ze stratą przyjaciela. Ale masz rację pamięć pozostaje przede wszystkim w głowie i w ...sercu.

Posted

Cześć. Współczuję wszystkim którzy stracili swojego psa. Dla mnie, a straciłem 6 letnią sukę owczarka to wielki dramat. To była moja połowa, pies może być nawet lepszym przyjacielem niż człowiek. Rozumieliśmy się bez słów. Tydzień temu pies po spacerze osłabł i zrobił się*apatyczny. W niedzielę udałem się w Szczecinie na Odzieżową do weta. Zaaplikował antybiotyk i jeszcze jeden zastrzyk. Psu wróciła energia. Następnego dnia wet poinformował mnie, żeby się nie cieszyć jeszcze, gdyż to był zastrzyk przeciwbólowy. Podejrzewa jakąś infekcję. Wieczorem moja kochana sunia miała lekki paraliż, takie wygięcie z bólu i pazurkami drapała podłogę. Przez moment, moze 30 sekund. Pojechałem na Pogotowie na Wojska Polskiego. Tam o 21 USG i wstępna diagnoza ropomacicze. Umowienie na natychmiastowa operację rano i potwierdzenie diagnozy. Rano, już we wtorek, lekarz ktory miał operować stwierdza, ze ma wiele wody w brzuchu ( wodobrzusze ). Ze operacji nie będzie, to nie ropomacicze. Dostanie moczopędne i kontynujację osłonowo antybiotyku, przeciwbolowe. Tak chodzilem co dzien do czwartku ( ostatnie zastrzyki ). W lesie pies szedł za mną 50 metrow, nie interesowało go nic. Dostała 1/2 u weta eneraneaalu ( podejrzewali ze wodobrzusze jest od serca ). Dzwonię do weta, mowi nie podawać erenealu więcej. Raz serce bilo slabo raz mocno w calym tygodniu. Brzuch duży i napęcznialy. Pies męczył się idąc po schodach a m i serce martwiało.
W piątek już miałem nie iść, tylko podawać tabletki moczopędne. Pies byl na spacerze i taki lepszy, machała ogonkiem, patrzyła na mnie, bylem szczesliwy i ona też. Około 14 nagle cos ja zabolalo. Pojechałem do kolejnej kliniki na Chopina, z bardzo dobrymi opiniami. Dodam, że miala trochę badan, jeden wskaznik watrobowy powiekszony 3 razy, nerki, cukier w porządku. Na chopina w piątek zrobili jej punkcję i ściagneli plyn do strzykawki z brzycha. Lekarz mowi, ze to krew jak z żyły i pokazuje. Moja sunia miała nie wodę a krew w brzuchu. USG kolejne ( juz 3 w tym tygodniu ) i wykryto raka śledziony.
Lekarz mowi, ze stan jest psa krytyczny i wymagana natychmiastowa operacja. Nie bylo chirurga, wiec zadzwonil do doktora L. z Wojska Polskiego, ponoc bardzo dobrego i doswiadczonego ( tak zapewniał tez z Chopina ). Zgodził sie na operację wyciecia sledziony. Szanse oceniano, że są, pies moze bez sledziony żyć. Uperzedzono mnie o ryzyku itd, ale powiedzieli że jak nie bedzie operacji, zgon moze nastapic w kilka godzin. Jadę na Wojska Polskiego a moja sunia ufa mi i jak zawsze wszedzie ze mną idzie. Jest osłabiona. Robią USG kolejne, widzą guza na śledzionie, dostaje głupiego jasia... a ja jeszcze nie wiedzialem ze to juz koniec... Do dzis płaczę na glos i przezywam. Najbardziej mi brakuje jej, ze nie moze byc szczesliwa kolo mnie jak co dzien i ze to ja wydalem wyrok. Ale po kolei. Operacja sie zaczyna ja jestem pelen dobrych mysli, poczytalem ze bez sledziony moze zyc a 4 usg i tylko n 2 widziano guza sledziony i nic wiecej a na 2 nawet sledziony ( krew zaslaniała ). Wracam p o15-20 z bankomatu. Doktor czeka i mowi ze pies ma raka rozpadowego, krawiacego jak wulkan na watrobie dodatkowo, oprocz sledziony i ze nic sie nie da zrobic i trzeba psa uspić. Nie jestem lekarzem, byl to dla mnie szok ta watroba... Jak jakis thriller... Mowie, a jak zaszyjemy psa i obudzimy? Z cicha nadzieją. Lekarz od razu, proszę tego psu nie robić. Bedzie cierpiał bardzo to jedyne wyjscie, prosze mi uwierzyć. Mi tez zalezalo aby psa ratowac ale guz jest nieoperacyjny.. Zaskoczony, w stresie, pod namową lekarza ktory prowadzil operacje zgodzilem się. Wszystko w wielkim pospiechu ( z Chopina nakazali natychmiastowa operację , stan krytyczny ). Co chwilę inna diagnoza. Raka watroby nie widzieli na USG, byli zaskoczeni, byl wiekszy od piesci,ale zaslonięty krwią i jeszcze jakims ulozeniem czegos.Wylecialo z brzuszka 4 litry krwi wodą, czyli ok min 2 litry jej wlasnej krwi. Dzis rano dzwonie do chirurga i mowie ze mam watpliwosci.
On mnie uspokaja mowi, ze nie bylo wyjscia, ze on chcial ratowac ale się nie dalo. Ja juz bogatszy o wiedze z forum, wiadomo nie pełną etc, ale mowie ze moze mozna bylo podac krew i usunac tylk osledzione. Pies nie mial jeszcze objawow z ukladu trawienia i watroba byla wydolna, guz nie zajal 50 % watroby. Lekarz ze technicznie moglby wyciac ( wczesniej zaswiadczyl ze nieoperacyjny ) ale pies by nie przezyl, ze on gwarantuje. Ze zrobilem wszystko co mozna i nic wiecej nie mozna byl ozrobić. Zadzwonilem do innego lekarza, ktory asystował. Powiedzial ze zrobilby dla swojego psa to samo. Ze watroby sie nie szyje, ze ona krwawila, guz watroby byl rozpadniety a do tego na sledzionie. Na krew by trzeba byl oczekac 2 dni z Warszawy ale nie ma o czym mowic, on by taka sama decyzje podjal. Nie znam się i usiluje wierzyc lekarzom. Miala tylko 6 lat i bardzo ja kocham, Wierze ze gdzies jest i mnie kocha nadal. Czuję się*jakbym nie zrobil wszystkiego i uleglem niepotrzebnie lekarzowi, nasuwaja sie watpliwosci czy zrobilem dobrze. Wszystko odbylo sie tak nagle i tak szybko jak w makabrycznym thrillerze. Pies idzie na usuniecie sledziony a tu rozpadniety guz watroby wielkosci piesci, krwawiacy i nieoperacyjny, kolo aorty i decyzja lekarza aby psa uspic i pytanie do mnie. Cierpię z dwoch powodow PRzykro mi ze jej nie ma, ze nie oglada swiata, ze nie chodzimy na spacerki, tulimy sie do siebie i czuje sie ze moze zle zrobilem sluchajac chirurga. Straszne.

Posted

Albert, kondolencje...
Z tego co piszesz nie wynika jednoznacznie, ze weci sie mylili i sunia mogła żyć. być może obciążenie organizmu było w takim stadium, że mieli podstawy tak sądzić? straciła tyle krwi...

jednak w takich przypadkach jesteśmy niesety skazani na domysły, a miłość i tęsknota skłaniają do przypuszczeń, że dało się psa uratować - bo zwyczajnie nie chcemy sie pogodzic z tym, że pies musiał umrzeć. mimo, że to straszne żyć ze świadomościa, że psa dałoby sie uratować. ale też pozwala skonkretyzowac winnego - nie los, nie świat, tylko weta.

nie mysl, że ich bornię, nie znam sie, nie wiem, czy twoja sunia miała szansę. jednak z twojego pisu nie wynika jednoznacznie, że miała, w każdym razie w mojej ocenie.
nie zadręczaj się. śledziona jest zdradliwa.

------------------------
po historii mojej suki i innych, czytanych na tym wątku wiem jedno - krew raz do roku nie wystarczy, regularne usg brzucha musi być robione, im pies starszy, tym częsciej.
a swoją drogą my jesteśmy naprawdę trzeci świat, żeby krew nie była w każdym większym mieście, ech...

Posted

Albert, ja tez nie wiem, czy Twoja sunia mogła żyć gdyby...Tak samo jak nie wiem i nigdy nie dowiem się, czy moja Punia żyłaby dłużej, gdyby operacja guza śledziony się udała. Wyobrażam sobie, że czułam sie wtedy podobnie jak Ty. Diagnoza nowotworu u Puni była dla mnie szokiem- kilka godzin wcześniej nie miałam pojęcia, ze jest chora. Pierwszy lekarz, który postawił tę diagnozę nawet nie wspomniał o możliwości operacji. Zrobił tylko zastrzyk, który miał "poprawić komfort" i poinformował mnie, gdzie mogę uśpić psa. Dopiero dzień później, inny weterynarz dał nam szansę. Pamiętam, że mówił wtedy, ze jeżeli guz jest tylko na śledzionie, to jest szansa (20%), że uda się go usunąć. Gdyby jednak okazało się, że zajęta jest też wątroba, to niestety rokowanie jest beznadziejne. Zdecydowałam się na operację, żeby nie pozbawic Puni tych "20%", chociaż przyznam, że nawet w to nie wierzyłam. Decyzja o operacji była jednak łatwiejsza niż o eutanazji. A tylko taka miałam wtedy alternatywę. Nie chciałam ryzykować, że Punia umrze w męczarniach za kilka, kilkanaście godzin. Wydaje mi się, że Ty miałeś też tylko taki wybór. Stan Puni (i gwałtowny przebieg choroby)był podobny jak Twojej suni- ogromny brzuch i postępujące osłabienie. Operacja nie udała się. Z tego co zrozumiałam, powodem było silne krwawienie i "wrastanie" guza w klatkę piersiową?. Wątroba była podobno zdrowa.

Albert, jestem przekonana, że podjąłes słuszną decyzję i zrobiłes wszystko co możliwe, żeby ratować swoją przyjaciółkę. Możliwe, że nawet gdyby przeżyła operację, to nowotwór wątroby nie pozwoliłby jej na długie życie.

Tak jak pisze sleepingbyday "śledziona jest zdradliwa" ale za to można bez niej żyć. Wątroby niestety nie można usunąć.
To dlatego guzy śledziony dają stosunkowo najlepsze rokowania w leczeniu i na szczęście wielu psom udaje się nie tylko przeżyć operację ale żyć normalnie przez wiele lat.

Posted

o ile nie objawi się za pięć dwunasta :-(.


moja zosia miała farta, ale w gaciach mam pełno, jak pomyślę, że mogłaby nie posikiwac się, nie robilibysmy usg, żeby wykryc przyczynę i te niegroźne zmiany cichaczem by urosły. teraz, to ja jestem mądra i robimy usg. nawet niziołka ostatnio napadłam, czy wszystko z sercem ok, bo naprawde mam juz ostra jazde hipochndryczną na tle zośki.


nawet kiedyś z koleżanką się smiałyśmy, że marzy nam się mieć w domu podstawowy sprzęt diagnostyczny, jakies walizkowe usg, zestawik do morfologii i moczu...

Posted

ma-ruda Dziękuję bardzo, wiem co przeżyłaś i bardzo mi szkoda Twojej Puni. Dziękuję za słowa otuchy, pozwalą*może przestać się*zadręczać i zaakceptować straszną rzeczywistość
Sleepingbyday dziękuję za słowa. Nie potępiam veta, doktor L. ma bardzo dobrą opinię w sieci, choć klinika juz nie. On zas uwazany jest za perelke, strzał w 10, z powołania, podejsciem do zwierzat i wlascicieli. Polecono mi go na Chopina i czytalem pozytywnie opinie w necie. Jezeli lekarz zdecydowany na usunie guza sledziony nie odwaza sie na operacje po otwariu i zobaczeniu guza rozpadowego watroby, to jakis powod musi być. Serce mnie pyta, moze jednak powienien starac sie usunac oba guzy, watroba nie byla zajeta powyzej 50 %.
Zamknal mnie miłym podejsciem, rozumiejacym bol, twierdzeniem ze jest rak watroby krwawiacy i nieoperacyjny.
Ze to jedyne wyjscie
Moze niepotrzebie, uspokajajac mnie w sobotę, powiedzial, ze technicznie to on by dal rade usunac, jednak gwarantuje ze pies by nie przezyl tego. Skad taka pewnosc? Czy taka gwarancja moze odwrocic moje obawy czy zrobilem wszystko?
Jeszcze raz bardzo WAM dziękuję.

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...