zachraniarka Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Każdy żyjąc z psem popełnia jakieś błędy, biografia polega na tym by opisać życie, nie na tym by przekazywać czytelnikom jakim to jest się genialnym i nieomylnym.. "Marley i ja" to nie poradnik o wychowaniu. Ja przeczytałam ją z przyjemnością i z dużym sentymentem. Rauni coś się udało, ale to momenty na przestrzeni lat.. Najpiękniejsze jest to co jest na codzień, a na codzień mój 9letni lab wita mnie z moim kapciem w pysku, odstawia "Marley mambo" i mało ogon mu się nie urwie kiedy widzi jak załamana podnoszę do połowy zjedzonego pilota od tv. Na co dzień jest zbieranie biszkoptowych kłaków, które są wszędzie, korzystanie z obgryzionych krzeseł.. a mimo to człowiek uważa, że ma wielkie szczęście, że ma takiego potwora u boku. I dla mnie o tym była ta książka :roll: Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 zachraniarka napisał(a):Rauni coś się udało, ale to momenty na przestrzeni lat.. Tu jeszcze trzeba dodać, że zach poświęciła Hugusiowi kawał życia. Trudno oczekiwać od przeciętnego człowieka, który kupuje psa dla swojej rodziny, żeby pośiwęcał mu taki kawał życia, jak to zrobiła zach. I tak, biorąc pod uwagę zwyczaje w kraju, w którym żył, Marley był traktowany w sposób zupełnie szczególny: na przykład, był brany na spacery i do miasta, podczas gdy znakomitej większości amerykańskich psów musi wystarczać ich własny ogródek. zach napisał(a):Najpiękniejsze jest to co jest na codzień, a na codzień mój 9letni lab wita mnie z moim kapciem w pysku, odstawia "Marley mambo" i mało ogon mu się nie urwie kiedy widzi jak załamana podnoszę do połowy zjedzonego pilota od tv. Na co dzień jest zbieranie biszkoptowych kłaków, które są wszędzie, korzystanie z obgryzionych krzeseł.. a mimo to człowiek uważa, że ma wielkie szczęście, że ma takiego potwora u boku. I dla mnie o tym była ta książka :roll: W pewnym momencie w tej książce (a może nawet w kilku momentach) jest napisane, że właściciele kochali go pomimo wszystko, a może nawet właśnie z powodu wszystkiego, czy jakoś tak. I w tym jest również sedno sprawy - oni niby może chcieli, żeby Marley był grzeczniejszy, ale najbardziej jednak chcieli, żeby właśnie się nie zmienił, żeby był sobą. I książka kończy się nadzieją, że znaleźli drugiego podobnego szkodnika... Może to jest trudne dla nas do zrozumienia, ale im taki pies odpowiadał - po prostu dlatego, że taki właśnie Marley był. Byli z nim szczęśliwi, a on z nimi. :niewiem: Quote
puli Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Mnie jednak zgrzytało w tej miłosnej historii.Zrobiło mi się przykro,gdy własciciele oddali do hotelu starego,schorowanego psa, który mógł w kazdej chwili odejść na zawsze.Zrobili to dla przyjemności a nie z konieczności - chcieli wyjechać wszyscy razem na tygodniowe wakacje. Może to takie amerykańskie zwyczaje,ale ja nie zrobiłabym tego psu,którego dni są już policzone. :shake: No,ale ja w ogóle czuje sie nieszczęśliwa,gdy muszę się nawet na krótko rozstać z burkami Quote
Gazuś Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Flaire - ja jednak uważam, że wszystkie psy powinny być brane przez TYLKO odpowiedzialncyh właścicieli, którzy się nimi potrafią zająć (Jakwspomniana Zach ;-)). A ani amerykańsie realizmy, anio nic innego dla mnie nie usprawiedliwiają ludzi, którzy biorą 'Coś', a później nie dają temu Czemuś wszystkiego co powinni. Całą książke uważam za powieść doskonałą, napisaną z humorem - dla rozrywki, właśnie jest to swoista biobrafia z plusami i minusami życia. Bardzo chętnie przeczytałabym kolejną ksiażke autora ;-) Też mam retrievera, który nosi wszystko w pysku i odstawia "Marley Mambo" - co prawda nie boi się zadnego hałasu, nie niszczy i od początku bardzo dobrze mu szło na szkoleniach, ale mają wiele wspólnego - ta nadpobudliwość, kiedy są szczęśliwe, noszenie wszytskiego w zębach, ślinienie, KOCHANIE samochodów (O właśnie, wczoraj Doc przywalił w szybę, bo chciał wskoczyc do auta przez okno), je śmieci i przynosi do domu tony błota - ale mimo wszytsko jest najkochańszym psem świata ;-) Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 puli napisał(a):Mnie jednak zgrzytało w tej miłosnej historii.Zrobiło mi się przykro,gdy własciciele oddali do hotelu starego,schorowanego psa, który mógł w kazdej chwili odejść na zawsze.Zrobili to dla przyjemności a nie z konieczności - chcieli wyjechać wszyscy razem na tygodniowe wakacje. Może to takie amerykańskie zwyczaje,ale ja nie zrobiłabym tego psu,którego dni są już policzone. :shake:Ja się zaczynam zastanawiać, czy ja czytałam tę samą książkę, bo ja takiej sytuacji nie pamiętam :shake: . Faktem jest, że w Stanach dużo częściej zostawia się psy w psich hotelach, z rozmaitych powodów. Rodziny sa tam rozrzucone po całym kraju i żeby widywać się od czasu do czasu, czasem trzeba psa zostawić. (Z tego co pamiętam, Marley w podeszłym wieku został w hotelu gdy Jenny zabrała dzieci w odwiedziny do swojej siostry.) Amerykańskie psie hotele są, w moim doświadczeniu, na trochę innym poziomie niż to, co miałam okazję widzieć w Polsce i o ile oczywiście większość psów (nie wszystkie!) czuje się lepiej u siebie w domu, o tyle w takim hotelu krzywda się psu nie dzieje, szczególnie jeśli jest do tego przyzwyczajony od szczeniaka. Zwyczaj - czy też potrzeba - zostawiania psa w hotelu to rzeczywiście duża różnica kulturowa. Ja bym jednakże radziła tylko zauważyć to jako różnicę raczej niż próbować ocenić, w którym społeczeństwie podejście do psów jest "lepsze". Większość hoteli w USA nie przyjmie "starego,schorowanego psa, który mógł w kazdej chwili odejść na zawsze". I o ile dobrze pamiętam to w książce Marley był w hotelu jako pies rzeczywiście w podeszłym wieku, ale na pewno nie schorowany i na pewno nie w niebezpieczeństwie jakiejś natychmiastowej śmierci. Skręt żołądka, który trafił mu się w hotelu, jest niestety przypadłością, która może trafić się każdemu psu, w każdym wieku - i po prostu był to przypadek losu, że trafiło to się akurat w hotelu. Dodam, że całkiem prawdopodobnie był to szczęśliwy przypadek losu... Skręt żołądka jest przypadłością, której wiele psów nie przeżywa. Gdyby nie fakt, że pies był w hotelu, gdzie natychmiast wyłapano, że coś jest nie tak, gdyby zamiast tego pies był, np. sam w domu choćby na kilka godzin - mógłby tej przypadłości nie przeżyć. Mamy tu, w Polsce wyjątkowo jednolite społeczeństwo, co jest z jednej strony bardzo wygodne, bo daje wszystkim wspólne doświadczenia i, co za tym idzie, pewną automatyczną bliskość. Ale z drugiej strony, ta jednolitość poskiego społeczeństwa często powoduje, że do tego, co jest inne odnosimy się z nieufnością, albo nawet gorzej, z wrogością, z negatywną oceną, z "jak oni tak mogą", z "ja bym tego nigdy". A moim zdaniem ważne jest, żeby jednak próbować oceniać to, co czytamy, we odpowiednim kontekscie, a nie starać się dopasować do naszych realii. Tylko w ten sposób naprawdę wyciągniemy z obcej lektury wszystko, co ma nam ona do zaoferowania. Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Gazuś napisał(a):Flaire - ja jednak uważam, że wszystkie psy powinny być brane przez TYLKO odpowiedzialncyh właścicieli, którzy się nimi potrafią zająć (Jakwspomniana Zach ;-)).Przepraszam bardzo, ale co to ma do rzeczy? Czy sugerujesz, że John i Jenny byli nieodpowiedzialnymi właścicielami, którzy nie potrafili się Marley'm zająć? Jeśli tak, to co Ci się w tej książce podobało? :crazyeye: :crazyeye: :crazyeye: Gazuś napisał(a):A ani amerykańsie realizmy, anio nic innego dla mnie nie usprawiedliwiają ludzi, którzy biorą 'Coś', a później nie dają temu Czemuś wszystkiego co powinni. Tu właśnie widzę przykład oceniania poza kontekstem, o którym pisałam powyżej... "Wszystko co powinni" jest pojęciem bardzo kulturowo względnym. Quote
zaba14 Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Z tego co ja wyczytałam to Marley na koniec ksiazki nie został oddany do hotelu a do kliniki gdzie mial calo dobowa opieke weterynaryjna, psa nie mozna bylo oddac do hotelu bo obecnosc innych psow go podniecalo. ja tez plakalam jak bobr :placz: Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 zaba14 napisał(a):Z tego co ja wyczytałam to Marley na koniec ksiazki nie został oddany do hotelu a do kliniki gdzie mial calo dobowa opieke weterynaryjna, psa nie mozna bylo oddac do hotelu bo obecnosc innych psow go podniecalo. No ja czytałam już ponad rok temu i po angielsku, więc pewnie nie do końca wszystko pamiętam... Quote
Irviers Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Dziwi mnie to ze tak wiele osob podchodzi do tej książki tak ambicjonalnie i emocjonalnie. ta ksiązka to czytadło a nie poradnik jak postepowac z psem. Jej zadaniem jest rozrywka a nie wpajania zasad dobrego wychowania psa- troszke wiecej luzu i wszyscy będą bardziej zadowoleni :) Bo to tak jakbysmy zaczeli oceniac wlascicieli rysunkowego Reksia... jak oni mogli trzymac go przy budzie??!?! wiecej dystatnsu wszystkim zycze i milej lekturki, tym ktorzy jeszcze nie przeczytali. Pozdrawiam! Quote
puli Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Flaire napisał(a):Ja się zaczynam zastanawiać, czy ja czytałam tę samą książkę, bo ja takiej sytuacji nie pamiętam :shake: . Faktem jest, że w Stanach dużo częściej zostawia się psy w psich hotelach, z rozmaitych powodów. Rodziny sa tam rozrzucone po całym kraju i żeby widywać się od czasu do czasu, czasem trzeba psa zostawić. (Z tego co pamiętam, Marley w podeszłym wieku został w hotelu gdy Jenny zabrała dzieci w odwiedziny do swojej siostry.) Większość hoteli w USA nie przyjmie "starego,schorowanego psa, który mógł w kazdej chwili odejść na zawsze". I o ile dobrze pamiętam to w książce Marley był w hotelu jako pies rzeczywiście w podeszłym wieku, ale na pewno nie schorowany i na pewno nie w niebezpieczeństwie jakiejś natychmiastowej śmierci. Skręt żołądka, który trafił mu się w hotelu, jest niestety przypadłością, która może trafić się każdemu psu, w każdym wieku - i po prostu był to przypadek losu, że trafiło to się akurat w hotelu. Dodam, że całkiem prawdopodobnie był to szczęśliwy przypadek losu... Skręt żołądka jest przypadłością, której wiele psów nie przeżywa. Gdyby nie fakt, że pies był w hotelu, gdzie natychmiast wyłapano, że coś jest nie tak, gdyby zamiast tego pies był, np. sam w domu choćby na kilka godzin - mógłby tej przypadłości nie przeżyć. Po skręcie żołądka,lekarka której sie udało odratowac psa wyraziła opinię,ze stres hotelowy + towarzystwo innych psów mogły się w znacznym stopniu przyczynić do tego wypadku. Powiedziała tez jasno,ze operacja jest śmiertelnym ryzykiem,że skręt może sie powtórzyć w kazdej chwili i to będzie koniec życia Marleya. Dlatego gdy właściciele postanowili wyjechac na wakacje (a nie w odwiedziny czy z konieczności zawodowej) zafundowali psu separatkę żeby nie podniecała go obecność innych psów.Opiekował sie nim ten sam personel co poprzednio- życzliwy i kompetentny.Co nie zmienia faktu,ze pies miał 13 lat i był w hotelu drugi raz w życiu. Nie mam zamiaru oceniać i porównywac które społeczeństwo jest lepsze:to które oddaje psy do hotelu,czy to które przywiązuje je w lesie. Po prostu: ja w takiej sytuacji nie umiałabym sie bawic na wakacjach.Wolałabym spędzić z psem ostatnie tygodnie i wyjechac gdy go juz nie będzie.. PS Hotel był przy klinice dlatego pies był pod doskonała opieką 24h/dobę,ale nie chodzi o opiekę,a o emocje i uczucia zwierzaka i właścicieli A co do amerykańskich zwyczajów,to zaciekawił mnie fakt,ze Marley był pod troskliwa opieka weterynaryjną przez całe życie,własciciel długo szukał lekarza godnego zaufania a jednocześnie serwował psu przysmaki zrobione m.in. z zuzytego tłuszczu po smazeniu hamburgerów. Quote
ma_ruda Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Zgadzam się z Puli i nie bede powtarzać, bo pisałabym niemal to samo. Właśnie ten fragment opowiadania najbardziej utkwił mi w pamięci i sprawił, że cała historia straciła troche wiarygodność. Nie potrafie sobie wyobrazić, że mogłabym zostawić swojego psa w obcym miejscu wtedy, gdy wiedziałabym, że są to jego ostatnie dni. Bardziej zrozumiała była dla mnie ta "depresja poporodowa". Oczywiście to tylko powieść, ale autor deklaruje, że autobiograficzna, co tym bardziej usprawiedliwia te "serio" komentarze. Niezależnie od oceny zachowań jej bohaterów- warto przeczytać. Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 [quote name='puli']Co nie zmienia faktu,ze pies miał 13 lat i był w hotelu drugi raz w życiu. W to aż tak mi się nie chciało wierzyć (zaraz napiszę dlaczego), że sprawdziłam w książce. I znalazłam takie zdanie: We decided to board him at a local kennel we used every summer when we went on vacation. Czyli, Marley bywał w hotelu (pewnie przez tydzień-dwa) każdego lata. Dlaczego nie chciałam wierzyć puli, że 13-letni pies był w hotelu tylko dwa razy w życiu? Bo to się w USA w rodzinach takich, jak ta z książki, po prostu bardzo rzadko zdarza - psy są zostawiane w hotelach bardzo często. Dla mnie jest to oczywiste, bo jestem Amerykanką. Z drugiej strony, dla polskiego czytelnika, fakt, że Marley przebywał w hotelach regularnie jest faktem bardzo łatwym do przeoczenia, bo to się w Polsce prawie nie zdarza (założywszy, że jest to w ogóle dobrze przetłumaczone - nie mam polskiego wydania tej książki). Wszystko to piszę dlatego, żeby podkreślić te różnice kulturowe, o których pisałam. Polskie i amerykańskie - to są dwa bardzo różne społeczeństwa - po co oceniać wszystkich tą samą miarką? W USA np. większość hodowców nie sprzedałoby psa osobie, która nie ma domu z dobrze ogrodzonym ogródkiem - nie sprzedałoby psa do bloku, bo uważałoby, że to nie są odpowiednie warunki dla psa. Takie postępowanie w Polsce, gdzie większość mieszka w blokach, nie miałoby sensu, i tak samo przebywanie z psem bez przerwy, bez oddawania go do hotelu, nie ma sensu w USA. Zgadzam się z MartąReksKiwi - więcej luzu! Quote
puli Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Flaire - gdyby w polskim tłumaczeniu było takie zdanie,to nie uderzyłby mnie tak wspomniany fragment. Czytelnik nie wróżka-czyta co napisano a nie co prawdopodobne. Tym bardziej,ze w młodości Marleya nie oddano do hotelu,tylko zafundowano mu niańke,która z nim zamieszkała w jego domu. Wychodzi na to,ze faktycznie różne książki czytałyśmy. Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 puli napisał(a):Flaire - gdyby w polskim tłumaczeniu było takie zdanie,to nie uderzyłby mnie tak wspomniany fragment. Czytelnik nie wróżka-czyta co napisano a nie co prawdopodobne. Tym bardziej,ze w młodości Marleya nie oddano do hotelu,tylko zafundowano mu niańke,która z nim zamieszkała w jego domu. Wychodzi na to,ze faktycznie różne książki czytałyśmy. No i to nie byłby pierwszy raz, gdy błąd translatorski zmienia sedno sprawy... :roll: Jak już napisałam, tłumaczenie, z tych kliku zdań, które po polsku w tej książce przeczytałam - nie zachwyciło mnie. Mój polski niestety jest kiepski, więc może nie powinnam na ten temat pisać... Ale o ile pamiętam, w tej polskiej wersji znalazłam, zaraz na początku, zdanie "Zabierz swój czas", czy coś takiego. Czy tak się po polsku mówi? :crazyeye: :crazyeye: :crazyeye: Bo gdy to zdanie przeczytałam, to byłam pewna, że po angielsku to było "Take your time" - tyle że to znaczy "nie spiesz się". A co u licha znaczy "zabierz swój czas"??? :crazyeye: puli, jeśli masz tę książkę, to sprawdź, co z tym zdaniem o hotelach, ok? To zdanie powinno być w rozdziale o tym, jak Marley zostaje oddany do hotelu właśnie podczas wizyty Jenny u siostry. To jest rozdział 25, angielski tytuł "Beating the Odds". W angielskiej wersji, czwarty akapit tego rozdziału, w połowie tego akapitu. Po polsku to może być troszkę inaczej, ale z grubsza w tym miejscu powinno być. Quote
PATIszon Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Flaire napisał(a): puli, jeśli masz tę książkę, to sprawdź, co z tym zdaniem o hotelach, ok? To zdanie powinno być w rozdziale o tym, jak Marley zostaje oddany do hotelu właśnie podczas wizyty Jenny u siostry. To jest rozdział 25, angielski tytuł "Beating the Odds".[ Po polsku to "Na przekor losowi" Zdanie o hotelach brzmi: "Postanowilismy ulokowac go wpobliskim hotelu dla psow, gdzie zostawal kazdego lata, gdy wyjezdzalismy na wakacje" Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 PATIszon napisał(a):"Postanowilismy ulokowac go wpobliskim hotelu dla psow, gdzie zostawal kazdego lata, gdy wyjezdzalismy na wakacje" No to nie jest aż tak źle. ;-) Dzięki, PATI. I to tylko potwierdza moją opinię, że Flaire napisał(a):dla polskiego czytelnika, fakt, że Marley przebywał w hotelach regularnie jest faktem bardzo łatwym do przeoczenia, bo to się w Polsce prawie nie zdarza Quote
Rauni Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 A ja trochę nie rozumiem uwag w stylu "więcej luzu".:roll: Osobiście nie zamierzam dać się pociąć za swoje zdanie o tej książce :razz: Ale po prostu podczas lektury przebiegały mi przez głowę pewne myśli i pytania, którymi się z Wami podzieliłam, bo dlaczego nie? Lubię rozmawiać o książkach, m.in. dlatego, że w jednym tekście każdy co innego widzi. A to co widzi, zależy między innymi od naszych doświadczeń, inaczej czyta Flaire, która zna Amerykę, inaczej czyta Zachraniarka, która zna nadpobudliwego labradora, jeszcze inaczej czytam ja... Przecież to jest fajne właśnie. Odnośnie nadpobudliwości Marleya, nikt z nas nie wie, czy on tak naprawdę był czy nie był nadpobudliwy. Przypomina się mi tu taki fragment z mojej naprawdę ukochanej książki "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)", jak bohater zaczyna sobie czytać coś w stylu "Domowej encyklopedii zdrowia" i z chwili na chwilę jest bardziej przerażony, bo odkrywa, że cierpi na abolutnie wszystkie wymienione w niej choroby, za wyjątkiem puchliny kolan. Myślę, że zdiagnozować u swojego psa nadpobudliwość równie łatwo. ;) Nota bene, a propos więcej luzu, to uśmiałam się strasznie przy opisie kręcenia filmu. :lol: Również dlatego, że miałam wątpliwą przyjemność być z moimi psami parę razy na planie filmowym... Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Rauni napisał(a):A ja trochę nie rozumiem uwag w stylu "więcej luzu".:roll:W moim przypadku była to uwaga do osób, które krytykowały książkę, bo obawiały się o los potencjalnych właścicieli szczeniąt, którzy mogliby potraktować tę książkę jako poradnik na temat wychowania. :roll: Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 Rauni napisał(a):Myślę, że zdiagnozować u swojego psa nadpobudliwość równie łatwo. ;)Ale ja nie pamiętam, żeby autor diagnozował swojego psa jako nadpobudliwego (może to znów moja pamięć). On go po prostu opisał - diagnoza pochodzi chyba z tego topiku. ;-) Tak czy owak, on go kochał dokładnie takiego właśnie, jakim był. Właśnie przejrzałam jeszcze raz (aczkolwiek bardzo pobieżnie) tę książkę i to jest wątek, który się ciągle powtarza... Quote
puli Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 PATIszon napisał(a):[ Po polsku to "Na przekor losowi" Zdanie o hotelach brzmi: "Postanowilismy ulokowac go wpobliskim hotelu dla psow, gdzie zostawal kazdego lata, gdy wyjezdzalismy na wakacje" No rzeczywiście,stoi jak byk! :czytaj: :crazyeye: A książkę przeczytałam 2 dni temu i nic takiego nie widziałam :wallbash:. To tylko potwierdza moją psią obsesję.To chyba nie jest normalne,ale predzej bym sie sama do schroniska oddała niz psa do Sheratona.....Choćbym nigdy nie miała na wakacje wyjechać. Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 puli napisał(a):To tylko potwierdza moją psią obsesję.To chyba nie jest normalne,ale predzej bym sie sama do schroniska oddała niz psa do Sheratona....Dla mnie po prostu różnice kulturowe... :niewiem: Quote
zaba14 Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 puli napisał(a): Po prostu: ja w takiej sytuacji nie umiałabym sie bawic na wakacjach.Wolałabym spędzić z psem ostatnie tygodnie i wyjechac gdy go juz nie będzie.. doskonale Cie rozumię...:roll: Quote
Rauni Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 [quote name='Flaire']Ale ja nie pamiętam, żeby autor diagnozował swojego psa jako nadpobudliwego (może to znów moja pamięć). On go po prostu opisał - diagnoza pochodzi chyba z tego topiku. ;-) Tak czy owak, on go kochał dokładnie takiego właśnie, jakim był. Właśnie przejrzałam jeszcze raz (aczkolwiek bardzo pobieżnie) tę książkę i to jest wątek, który się ciągle powtarza... Jest tam taki fragment, kiedy on czyta jakąś książkę o wychowaniu psa, dochodzi do rozdziału o psach nadpobudliwych i stwierdza "No tak, cały Marley!". Po czym dociera do stwierdzenia, że nic się z tym nie da zrobić i może lepiej psa pod igłę... No i chwała mu za to, że jednak tego nie zrobił, ani nawet tego nie rozważał. Czytałam kiedyś amerykański poradnik dla weterynarzy nt radzenia sobie z rozmaitymi problemami behawioralnymi. I kilkukrotnie, przy różnych problemach, powtarzały się tam zalecenia, żeby dać psu więcej zajęcia, mianowicie iść z nim codziennie na pół godziny do parku, żeby się pobawił z innymi psami. Sugestie pracy właściciela z psem ograniczały się do nauczenia go czterech czy pięciu komend (bodajże siad, leżeć, noga, do mnie i nie pamiętam, co jeszcze) i ćwiczeniu ich od czasu do czasu. No jakby to było całe zajęcie moich psów, to chyba okazałoby się, że nawet Sunday jest psem z problemami... Czytając ten podręcznik odniosłam wrażenie, że normalny pies to taki, który za wiele nie wymaga, któremu wystarcza pohasanie po ogródeczku, albo ten półgodzinny spacer. A jak już piesek żwawszy, albo z jakimiś popędami, to kwalifikuje się do terapii... Quote
Flaire Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 [quote name='Rauni']Czytając ten podręcznik odniosłam wrażenie, że normalny pies to taki, który za wiele nie wymaga, któremu wystarcza pohasanie po ogródeczku, albo ten półgodzinny spacer. A jak już piesek żwawszy, albo z jakimiś popędami, to kwalifikuje się do terapii... To jest z grubsza trafne: psy z mocnymi popędami nie są uważane w USA za idealne psy "rodzinne" - raczej są jako takie psy źródłami problemów. A ponieważ większość psów właśnie trafia do rodzin, na kanapy, do domów z ogródkami, do sytuacji, gdzie - nawet jakby właściciel chciał spacerować z psem bez smyczy, to i tak by nie mógł, bo nie miałby gdzie - to również większość hodowców stara się produkować psy bez mocnych popędów. Ja nie odnoszę się do tego tak krytycznie jak Ty wydajesz się odnosić - bo wiem, że przynajmniej w USA, osób, które chcą psa do np. sportu jest stosunkowo bardzo niewiele w porównaniu z liczbą osób, które chcą psa na kanapę, a pies bez mocnych popędów bardziej nadaje się na kanapę i będzie na kanapie szczęśliwszy. Tak że ja to kwalifikuję jako kolejną różnicę kulturową. NB, częściowo odnośnie tej różnicy, już kilku Polaków, które miały okazję przebywać jakiś czas w USA, a wiedzą, że ja interesuję się psami, pytało mnie, dlaczego w USA psy są generalnie o wiele mniej agresywne... Quote
puli Posted December 30, 2006 Posted December 30, 2006 [quote name='Flaire']To jest z grubsza trafne: psy z mocnymi popędami nie są uważane w USA za idealne psy "rodzinne" - raczej są jako takie psy źródłami problemów. Jest kilkaset ras,z których całkiem sporo posiada typowe cechy psów rodzinnych i mozna wybrac sposród nich psa na kanapę,zamiast produkowac kukiełki z psów ras użytkowych.Ale cóż,taka kultura.... NB, częściowo odnośnie tej różnicy, już kilku Polaków, które miały okazję przebywać jakiś czas w USA, a wiedzą, że ja interesuję się psami, pytało mnie, dlaczego w USA psy są generalnie o wiele mniej agresywne... Takie sa równiez w Skandynawii i Anglii mimo,ze rasy uzytkowe maja sie tam całkiem nieźle Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.