Jump to content
Dogomania

MartaBłonie

New members
  • Posts

    2
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by MartaBłonie

  1. Niestety nie opadły i jeszcze jakiś czas nie opadną. Podczas pierwszej rozmowy w kilku zdaniach powiedziałam co mogę zaoferować. Rodzina z małymi dziećmi, duży ogród i najbliższe towarzystwo małego psa mieszkającego na podwórku. Nikt wtedy mnie nie zatrzymał nie wyjaśnił, że ten pies nie nadaje się do takich warunków. I to właściwie o to mam żal. To, że naginacie sobie prawdę i formuujecie dramatyczne hasła w sumie służy osiągnięciu dobrego celu. Potrafię to zrozumieć. Nie jestem młotkiem rozumiem argumenty - Pipi nie nadaje się na podwórko. OK Ale należy też pamiętać, że mieszkanie w domu nie zagwarantuje psu miłości ze strony opiekuna. Tak bardzo chciałam Wam wyjaśnić, że są sytuacje szczególne i warto widzieć a nie tylko patrzeć. Nie znając moich motywacji, (nie pytając mnie o nie) nie mając odrobiny wyobraźni - Panie zafiksowane na czynienie dobra dla swoich podopiecznych nie zauważyłyście sytuacji wyjątkowej. Nazwałyście mnie złym człowiekiem, nieczułą matką i obrońcom powierzchni płaskich. Po krótkim telefonie posiadając zapewne nienajlepsze doświadczenia z ludźmi i marne wyobrażenie o osobie z którą rozmawiamy łatwo przykleić komuś łatkę. Żałuję jednak tego mojego wywnętrzania się które absolutnie nic nie wniosło w Was. Włożyłyście mnie do jednego worka z tymi ludźmi którzy są przyczyną cierpień tych stworzeń. Wszystkie moje psy były "uratowane od złego", zdrowe i szczęśliwe doczekiwały swoich ostatnich dni. Gratuluję Paniom wolontariuszkom po mistrzowsku przeprowadzonego kontaktu z potencjalną rodziną adopcyjną. A może przy okazji tej historii warto obok informacji, że pies ładnie chodzi na smyczy i nadaje się do towarzystwa innych psów wpisywać "nie nadaje się do budy". Hop! - Tobie dziękuję, wiem już jak znajdę tego psiaka którego przygarnę. Poradzę sobie. Ta historia kosztowała mnie zbyt dużo. To mój ostatni wpis. Ale nie martwcie się nie złamałyście mnie - znajdę go wyleczę, wysterylizuję (nikt mi wtedy nie wypomni kosztów) i będziemy go/ją kochać ja i moja rodzina.
  2. Dzień w którym odarto mnie ze złudzeń i o tym jak wołanie o pomoc w moich oczach staje się zwykłym tekstem reklamowym. Piszę to dla Wszystkich mam które chciałyby przygarnąć psa kiedy w domu czeka na nie wrażliwe dziecko. Moja historia. 24 lata temu – czarny mały cwaniak Mucha. Pojawiła się w moim życiu bardzo niespodzianie. Nakarmiłam ją kanapką którą mama dała mi do szkoły. Miałam 8 lat i od trzech lat prowadziłam batalię z moimi rodzicami o psa. Rodzice wykręcając się zbyt dużą odpowiedzialnością i niepoczytalnością mojej młodszej siostry odmawiali moim prośbom. A ona była tam (pod naszym płotem) następnego dnia i następnego. Dobre mama robiła te kanapki. Pomogła mi babcia. Wtrąciła swoje 3 grosze obiecała pomoc rodzice poddali się. Zyskałam przyjaciela. To była sunia o wyjątkowej inteligencji, mądra, zrównoważona, kochana. 15 lat temu – po długiej bardzo długiej żałobie po małej Muszce pojawiła się w moim sercu Sunia. Mama postawiła mi warunek wysoka średnia ocen w szkole. Pracowałam na nią kilka miesięcy. Od decyzji do realizacji minął semestr ale udało się. Świadectwo było najlepsze na jakie było mnie stać. Wtedy też pierwszy raz w życiu odwiedziłam schronisko. Ten widok zostawił we mnie ślad do dziś. Niektóre psy skakały z radości, niektóre groźnie warczały i była ona stała na środku kojca bez reakcji. Jakby ktoś zabrał jej nadzieję i chęć do życia. Wiedziałam, że będzie moja po jednym spojrzeniu w smutne ślepka. Złamałam daną mamie obietnicę. Obiecałam, że psiak którego przywiozę będzie niedużym psem a przygarnęłam dość dużą suczkę. Sunia znalazła jednak sposób na szybkie rozbrojenie mojej mamy. Weszła do domu usiadła przy niej i jakby wiedząc, że to właśnie jej należy się podlizać położyła łepek na jej kolanie popiskując cichutko. Była z nich cudowna para. Moja mama do dziś wspomina swojego najlepszego leśnego towarzysza (rodzice mieszkają w sąsiedztwie lasu a mama jest zapalonym grzybiarzem). 5 lat temu – Aśka czarny maluch po przejściach. Znalazłam ogłoszenie na allegro i jej krótką historię. Sama byłam już mamą a moja córcia miała 3,5 roku. Była bardzo gotowa na swojego pierwszego pieska. Aśkę uratowali przypadkowo dobrzy ludzie, w odpowiednim czasie poszli na spacer do lasu znaleźli ją i jej szczenięta w kartonowym pudle w śniegu. Jak zawsze w takich przypadkach szczeniaczki szybko znalazły swój dom a ich mama nie. Ludzie którzy ją znaleźli nie mogli jej przygarnąć tak trafiła do Pani która pracowała jako wolontariusz w schronisku. Ta mając wiele własnych psów rozpaczliwie szukała jej docelowego domu. Asia jest z nami do dziś. Mieszka w budzie ustawionej na naszym tarasie. Lubi siedzieć na moim brzuchu kiedy bujam się na hamaku. Kochamy tego psiaka i jest członkiem naszej rodziny. 3 lata temu – biała miaucząca potrzeba siedziała dwa dni głodna na drzewie zagoniona przez psy. Przygarnęliśmy tego kociaka zyskał imię Kitka (bo znaleziona nad rzeką rokitką). Jesienią zeszłego roku Asia została osierocona. Naszego kota z którym mieszkała w jednej budzie potrącił samochód. To wtedy podjęliśmy decyzję o uzupełnieniu tej luki i przygarnięciu jeszcze jednego stworzonka. Musiało się to odbyć na wiosnę aby nowego przybysza łagodnie wprowadzić w życie Asi i dodatkowo aby zagwarantować mu dużą atencję. Muszę zatrzymać tu swoją opowieść i zrobić małą retrospekcję i wprowadzić w świat mojego starszego dziecka. Które miłość do zwierząt ku mojej uciesze dzieli ze mną. Jest wyjątkowa – wiem, wiem większość matek tak mówi o swoich dzieciach. Posłuchajcie. Dwa lata temu moja córcia znalazła w Internecie stronę www schroniska. Zaadoptowała wirtualnie psa. (Mając 6 lat) Wypełniła poprawnie formularz. Wystraszyłam się, że moje dziecko ma taką moc sprawczą w Internecie. Dla nauki, że tak niewolno odkręciłam to wszystko tłumacząc dziecku, że nie może podejmować samo decyzji. Szczególnie tych które mają konsekwencje finansowe dla jej mamy. Aby złagodzić jej rozczarowanie po nieudanej próbie pomocy biednemu pieskowi zapewniłam ją, że jej własne pieniądze może na ten cel wydać i że podwoję każdą wydaną przez nią złotówkę. Znalazła schronisko i psa którego chce wesprzeć. Miała 100 zł uciłanego kieszonkowego. W ostatnim momencie poprosiła mnie o dzień zwłoki. Zapytałam dlaczego? Ruszał się jej ząbek. Miała nadzieję, że jak wypadnie niebawem wróżka zębuszka przyniesie pieniądze i będzie ich więcej. Lała się krew tego wieczoru - moje dziecko postarało się o stratę zęba. Miało tym sposobem 130 zł. Przelew na podwojoną kwotę spłynął na konto schroniska. Mała prosiła o adnotację na przelewie. Wsparła najbrzydszego jakiego udało się jej znaleźć ze słowami „mamo nie czarujmy się kto mu pomoże jak nie my”. Po tym incydencie w tym samym roku był jeszcze jeden. Latem ktoś podrzucił pod płot tego samego schroniska (dodam iż oddalonego od naszego miejsca zamieszkania ponad 250km) miot szczeniąt. W tym czasie panował diabelny upał. Zanim pracownicy schroniska zorientowali się - maluchy były już w kiepskim stanie. Odwodnione walczyły o życie. Moja córka zalewała się łzami wymuszając na nas deklaracje przygarnięcia jednego z nich – Filipka. Niechętni ze względu na odległość jednak czuli na emocje córki razem z mężem złożyliśmy deklarację, że pojedziemy po tego psiaka. Prosiłam wtedy moją córeczkę żeby się nie nastawiała bo ten maluch walczy o życie. Te deklaracje złożyliśmy po 22.00 od rana moja córcia chodziła za mną z tel. czekała na godzinę otwarcia schroniska o 8.01 zadzwoniłam aby zorientować się jak możemy go zaadoptować. Usłyszałam: „tej nocy Filipek zmarł. Pracownicy schroniska właśnie aktualizują stronę www. „ Chyba nie chcę opisywać ile ta sytuacja kosztowała moje dziecko. Ale w pół roku po tym wydarzeniu moja córeczka zapytana przed Świętami o to co chce dostać na mikołaja odpowiedziała: „Chcę aby Mikołaj znalazł tego faceta który wyrzucił mojego Filipka i spuścił mu lanie.” Wracam ze swoją opowieścią do czasu aktualnego. Tydzień temu wpadłam na stronę dogomanii. Kilka nocy spędziłam na przeszukiwaniu, mój mąż widząc moje niedospane oczy skwitował „masz kotka wiesz?”. Opowiadałam o tym jak dobrzy ludzie potrafią się zorganizować. Pokazałam mężowi wątek Pipi uśmiechał się i powiedział… no tak TAK. Pokazałam go również swojej starszej córce przeczytała wszystko. To była niedziela, zapowiedzieliśmy swoje zainteresowanie i zadeklarowaliśmy chęć zaadoptowania małej Pipi. Wiedzieliśmy, że w poniedziałek nie damy rady dojechać zostawiliśmy sobie na ten cel wtorek lub środę. We wtorek zostaliśmy bez auta nie mając jak dojechać do małej Pipi. Julcia płacząc, że tak się ułożył dzień rysowała laurki i czekała na środę. Wstała rano, nie poszła do szkoły… wspominała o ogólnym złym samopoczuciu, że wszystko ją boli. (Myślę, że to był mały wykręt a chodziło o ten wyjazd w odwiedziny do Pipi). Potwierdziło się wszystko o czym przeczytałam: Mama Gi - mała sunia jest cudowna, delikatna, ufna, miła. Ale nie daruję sobie, że nie oszczędziłam tego co stało się póżniej mojej córce. Kiedy wracaliśmy z odwiedzin wykonałam telefon do opiekunki suczki składając kolejne deklaracje – i usłyszałam, „ale absolutnie pies nie nadaje się do budy. Szkoda było Pani czasu. Żadnego psa nie wydałam do buty nawet największego włochacza.” Moje dziecko zalewając się łzami zapytało … mamusiu co teraz będzie? czy Pipi trafi do schroniska? Bo przecież tam było napisane: malutka sunieczka wyrwana z psiego piekła, nie ma pieniędzy, czeka ją schronisko. Choroba mijają godziny a ja nie śpię. O 4.00 włączyłam kompa aby napisać to - przede wszystkim dla innych mam. Złapałam się na ten blichtr i czuje się oszukana a co dopiero musi czuć moje dziecko. To dramatyczne wołanie o pomoc nie jest niczym więcej jak tekstem reklamowym. Nie wątpię w dobre chęci ludzi którzy to zamieszczają. Ale gdybym wpadła na to wcześniej oszczędziłabym swojemu dziecku łez. Skąd mogłam wiedzieć, że ta biedna psinka w krytycznej sytuacji ma zaplanowany przez swojego opiekuna los kanapowa i żaden inny nie wchodzi w rachubę. Kochamy zwierzęta ale nie śpimy z nimi w łóżku i nie jemy z nimi z jednej miski. Dla tej Pani buda to tyle samo co samotne, zmarznięte stworzenie. Nawet nie miałam szansy podjąć rozmowy wytłumaczyć, że nasze zwierzaki są blisko nas i to właściwie my przeprowadzamy się na ogród wiosną a zimą zabezpieczamy je odpowiednio przed zimnem. Tłumaczyłam wczoraj swojej córeczce, że małej Pipi nic złego się stać nie może. Że ma dobrą opiekę i to co napisane w Internecie to nieprawda. Że nie musi się martwić o tego pieska… tyle, że dla niej to zwykłe gadanie bo ona już pokochała tę małą suczkę. Uczę swoje dzieci wrażliwości i empatii na krzywdę ale i odpowiedzialności za towarzystwo zwierząt. Stać mnie na psa rasowego wiem, że można kupić, że to łatwiejsze… ale to dla mnie od zawsze było za proste rozwiązanie. Dopóki jest na świecie jakieś bezdomne potrzebujące w momencie kiedy u mnie pojawia się możliwość będę go szukać. Nie wiem kiedy wykonam kolejny krok. Póki co chyba powinnam poczekać ze względu na córeczkę. Chciałam aby brała udział, również w poszukiwaniach - zawiodłam ją i naraziłam na stres. Powinnam była wszystko obgadać w tajemnicy przed dzieckiem narażając na ew. rozczarowanie Panią opiekunkę w razie rezygnacji z adopcji psa. Z lekcji „jak być dobrym człowiekiem” wyszło mi „uważaj, nie wszyscy który o pomoc wołają jej potrzebują lub potrzebują ale warunkowo” Możliwe, że to też cenna lekcja ale moja córka jest jeszcze za mała i za wrażliwa. Malutkiej Pipi życzymy powodzenia bardzo trzymamy za nią kciuki.
×
×
  • Create New...