Witajcie.
To jeszcze nie Tęczowy Most, ale sama nie wiem, czy nie powinnam pomóc mojej suczce przejść na tę drugą, szczęśliwszą już chyba, stronę.
Moja suczka to kundelek, ma sędziwe 17 lat.
Jest schorowana - ze względu na przewlekłą ostrą niewydolność nerek ma nieoperowany nowotwór (na szczęście bez przerzutów), ma chorą wątrobę, chore stawy. Nie widzi właściwie, nie słyszy - ale to "normalne" u psów w tym wieku.
Martwi mnie to, że tak, jak do tej pory trzeba było ją na dwór wynosić i wnosić, ale jeszcze sama była w stanie się przemieszczać, tak teraz po wyniesieniu kładzie się na chodnik i tyle, nie chodzi już. W domu czasami się przemieszcza, ale rzadko. Bardzo często piszczy w nocy, nie może znaleźć sobie miejsca, kręci się w kółko, bo nie może się położyć. Często rozjeżdżają jej się łapki na boki i nie może się podnieść, trzeba ją przytrzymywać.
Systematycznie jest coraz gorzej, coraz gorzej...
Nie wiem, czy nie powinnam ukrócić jej cierpienia. Do tej pory wmawiałam sobie: "chodzi, załatwia się, je, więc eutanazja nie wchodzi w grę", ale gdy patrzę jak niknie w oczach, od dawna nie macha już ogonem, nie ma w niej życia, przestaje chodzić, jęczy w nocy, to zastanawiam się, czy nie powinnam poważnie zacząć nastawiać się na uśpienie mojej suni. Nie chcę o tym myśleć, ale boję się, że niepotrzebnie przedłużam jej życie.
Je, chociaż z trudem czasami, nie zwraca. Prosi o wyjście na dwór, choć często zdarza się jej załatwić w domu - ale to wiek, to "normalne" jest.
Nie wiem, co mam robić. Czekać, "co dalej"? Zostawić ją w spokoju i obserwować?
Wiem, że przez Internet nie uzyskam odpowiedzi, że sama musze to wyczuć.
Ale Wy, w tym dziale, wiecie, że nie jest łatwo wyczuć ten moment.
Szukam wsparacia, po prostu...
A może niej jest z nią tak źle i czekać dalej, głaskać, wynosić... Kochać.