Dziękuję za słowa otuchy. Naprawdę ciężko jest dać mi sobie radę, przedwczoraj połknęłam 9 tabletek uspokajających, wczoraj 4, a to mimo wszystko nie pomaga. Najbardziej boli mnie to, że nie byłam w domu, przy Nim, tylko tutaj, a to też sprawia, że ciągle traktuję to jak jakąś abstrakcję, ciągle nie mogę uwierzyć. Próbuję myśleć o tym, że miał dobre życie, ale to na mnie działa jeszcze gorzej, bo nie pamiętam, co myślałam, gdy z Nim byłam, co mówiłam do Niego, a tak bym chciała mieć te wspomnienia ze sobą. Naprawdę nie daję sobie rady, z każdym dniem jest coraz gorzej, bo coraz bardziej zaczynam sobie to wszystko uświadamiać. Rodzice już nie mogą mnie słuchać, mówią, że histeryzuję. Wiem, że dla nich to też jest bardzo ciężkie i po prostu przez to ciągłe rozdrapywanie ran ja nie pozwalam im się z tym wszystkim pogodzić, ale jakoś mam taką potrzebę ciągłego bycia z Nimi - tylko wirtualnie, ale mimo wszystko bycia razem, bo teraz czuję się sama jak palec na tym świecie. Nie wiem, co ja mam zrobić ze swoim życiem w tym momencie. Ja wiem, że to takie egoistyczne, ale On był częścią mnie i teraz już naprawdę czuję się jak w jakiejś próżni bez Niego. Czasami gdy widziałam, jacy jesteśmy szczęśliwi z Nim, jak uświadamiałam sobie, ile radości wniósł On do naszego domu, to zastanawiałam się - Boże, co to by było, gdyby Go zabrakło - moja Mama chyba by się na śmierć zapłakała. W najczarniejszych snach bym jednak nie przypuszczała, że to będzie aż takie ciężkie. Nie potrafię po prostu żyć dalej, nie potrafię. Rodzice na początku mówili, że może weźmiemy drugiego pieska, ale teraz mówią, że na pewno nie, chyba że się jakiś przybłąka, bo to wszystko tak bardzo boli, bo tak ciężko sobie poradzić z ewentualną stratą. Ja już sama nie wiem, co mam zrobić ...