To jest chyba najbardziej paskudna myśl jaka mi się w głowie kołacze. Tak jak pisałam, mam wrażenie że którą stroną się nie ustawię, będę w bagnie po szyję.
Z jednej strony - oddam ją, będę tęsknić, jak szalona, bo była u mnie od momentu pomarszczonego, rozkosznego szczeniaczka. Kocham ją okropnie i to będzie zrobienie sobie krzywdy, oddając ją.
Z drugiej - jest sporym psem o konkretnych potrzebach ruchu. Jest najszczęśliwsza biegając, widać w niej tą radość biegu, napawanie się prędkością. Doganiają ją tylko charty. Kocha inne psy, piszczy i się wyrywa do nich.
I ja, nie mogąc zmusić się do wyjścia z nią na dłuższe, dalsze spacery - popadam w okropne poczucie winy. Że jestem złym człowiekiem, nie nadaję się na bycie właścicielem psa, nie zasługuje.
Mam też dwa koty, one nie cierpią, a wręcz się cieszą jak jestem w domu, prztulają się i mruczą. Sunia, a właściwie Beksa, bo tak ma na imię - nie rozumie. Jest grzeczna, zwija się w kłębek w drugim pokoju, albo obrabia swoje kości i tylko smutno na mnie patrzy. Zdaję sobie sprawę że do pewnego stopnia to jest uczłowieczanie zwierzaka, ale mam wrażenie że ona jest empatyczna do pewnego stopnia. Zmiany w nastroju człowieka bieże bardzo do siebie i je naśladuje. Więc ja jestem nieszczęśliwa, ona jest nieszczęśliwa, przez co ja jestem nieszczęśliwa i kółko się kręci...