rozważymy ;-)
Niestety, teraz trochę gorsze wieści - Ursa kilka dni temu szalała z piłką, po powrocie do domu nie dała sobie dotknąć kolana w tylnej łapie, więc poszłam z nią do naszej Pani Wet pierwszego kontaktu żeby skontrolowała co się dzieje. W tym miejscu zaznaczę, że Ursa ma nieziemski temperament i parę rogów, które to w niej pokochałam od razu - do badania bez kagańca nie podchodź. Jak jesteś weterynarzem to też nie podchodź. Wetka odesłała nas na prześwietlenie stawów, chociaż początkowo wszystko wskazywało na naciągnięcie mięśnia, kolejne badanie da ło już niepokojące rezultaty. Dziś byliśmy na zdjęciach (bo jak pstrykać to już co sie da, za jedną narkozą) i okazało się, że Ursa w lewej tylnej łapie praktycznie nie ma miejsca na staw kolanowy, tzn. schodzą jej się kości, nie ma przestrzeni na chrząstkę.
Jak ją to musi cały czas niemiłosiernie boleć... Ale nic nie okazywała, nie kulała, nie unikała ruchu, ba, dopiero tego jednej dnia po kilkugodzinnych szaleństwach z aportem dała coś po sobie poznać. W czwartek mamy umówioną konsultację z ortopedą z Uniwersytetu Warszawskiego (jest ponoć dobry, weterynarze nam go polecili, są lepsi, ale nie chcę czekać ponad miesiąc na wizytę żeby potem kolejnych kilka miesięcy czekać na wolny termin zabiegu skoro to, co się dzieje jest oczywiste...) a potem czeka ją operacja i to ASAP.