To, co piszecie jest wielką niesprawiedliwą.
To była decyzja weterynarzy oraz nasza. Żadne schronisko, darczyńca, największe doświadczenia nie zmienią faktów.
Pepiś przyjechał ze schroniska wygłodzony, z uszkodzonym okiem i bardzo smutny. Dostał w naszym domu, co mogłyśmy mu dać. Pełną miskę jedzenia, wody, dużo miłości, spacery, głaskanie, a dziś w nocy... czuwanie. Nieustanne czuwanie.
W poprzednim poście pisałam, że walczyć będziemy do wygranej, nie do utraty sił. Nie przewidziałam cierpienia, na które nigdy byśmy się nie zgodziły. Wiem, że wszyscy tutaj bardzo czujnie śledzili Jego życie wcześniejsze i teraźniejsze. Przepraszam, ale nie uważam, by był ktoś, kto wie więcej niż weterynarze (nie, nie jeden!).
W naszym domu był już wcześniej pies z udarem. Wiemy, jak to jest walczyć i mieć nadzieję, kiedy są rokowania. Wiemy też, jak ciężko jest gdy słyszymy: "nie można nic zrobić". Dzisiaj poczułyśmy to z Kasią i moją Mamą ponownie.
Może tego nie wiecie, ale kiedy mówimy o udarze, to nie mówimy o jednostce chorobowej o typowych objawach. Dla jednych jest szansa. Inni jej po prostu nie mają.
Nie byliście tutaj. Nie widzieliście. Nie płakaliście. Widziałam dziś w nocy i nad ranem psa w stanie agonalnym. Psa, który wył z rozpaczy i bólu. Dla którego każdy ruch wzmagał ból i strach.
Powiedzcie, dlaczego potraficie napisać, że pies jedzie po śmierć?
Co zrobić, gdy pies zwalnia? Gdy każdy oddech to walka i najgorsze... gdy nie pomaga żaden lek? Kiedy czuje się bezsilność wobec Kochanego Psiaka u którego zawodzi farmakologia, cała medycyna?
Co zrobić? Poprosić, by był dzielny? Poprosić, by wytrzymał kilka dni, bo może mu przejdzie?
Tu nie pomogłoby schronisko, darczyńcy czy góra pieniędzy.
Pepino dostał od nas jeszcze wczoraj wieczorem jedzenie, spacer, dużo przytulania i drapania. A potem przyszedł ten moment, którego wszyscy się spodziewali...
Nie dane nam było wywalczyć wygranej, ale walczyliśmy do końca. Wszyscy.
Uszanujcie to.