Naprawdę, naprawdę nie jestem dziewczynką, która lubi się roztkliwiać nad łzawymi historyjkami. To opowiadanie umieszczone na początku wątku czytałam jednak już wiele razy i wciąż nie potrafię powstrzymać się od płaczu.
Psy to najokropniejsze stworzenia, jakie chodzą po tej ziemi - żyją za krótko i za długo jednocześnie.
Od kiedy odeszła Pusia, nic nie jest już takie jak wcześniej. Uwielbiałam ją, ale myślę, że poświęcałam jej za mało czasu. Ona po prostu... była. (dostałam ją, gdy miałam 6 lat) I choć teoretycznie wiedziałam, że kiedyś jej zabraknie, w ogóle o tym nie myślałam. Bawiłam się z nią i "rozmawiałam", zdawałam sobie sprawę z tego, że ona na pewno czuje i coś tam sobie po psiemu myśli. Przede wszystkim jednak zajmowałam się swoimi sprawami.
Żałuje, że tak niewielką wagę do tego wszystkiego przykładałam. Że zachowało się tylko kilka jej zdjęć, choć przecież cały czas była wśród nas obecna. Że nie poświęcałam jej tyle czasu, na ile zasługiwała. Że nie zauważyliśmy tego przeklętego kleszcza, który zaraził ją babesziozą. Tydzień przed śmiercią tryskała zdrowiem i energią! Mogła pożyć jeszcze parę lat.
Zgodziliśmy się ją uśpić, dopiero gdy już naprawdę nie było nadziei. Byliśmy z nią do samego końca. Pamiętam, kiedy ostatni raz pomachała ogonem, pozycję, w której usnęła po podaniu narkozy oraz to, że podczas pogrzebu wydawała mi się strasznie mała - a była w typie owczarka podhalańskiego. I że po powrocie do domu przez ułamek sekundy wydawało mi się, że widzę ją przez okno, biegającą w ogrodzie.
Nigdy jej nie zapomnę. Funia jest wspaniała, ale zupełnie inna - i dobrze. Chyba nie jestem jeszcze gotowa na psa podobnego do Pusi.
Zdaję sobie sprawę, że piszę jak potłuczona, ale z powodu łez ledwo widzę klawiaturę. Tyle czasu minęło, a mi wciąż trudno jest się z tym pogodzić.