Jump to content
Dogomania

Albert

Members
  • Posts

    5
  • Joined

  • Last visited

Albert's Achievements

Newbie

Newbie (1/14)

10

Reputation

  1. Tak to prawda. Mam juz odpowiedz od lekarza. Uspokoiła mnie. " Nie mógł zrobić tej operacji.Kazdy lekarz ma jakies tam doswiadczenie i mniej wiecej orientuje sie co moze zabic pacjenta .Sa pewne struktury w organizmie ktore sa nienaruszalne.Ja operowalem Panskiego psa w przeswiadczeniu,ze wynik bedzie pozytywny ale okazalo sie inaczej .Osobiscie uwazam ,ze naleze raczej do tych odwaznych operatorow i potrafie podjac ryzyko.W wypadku Pana pieska pozostalo mi tylko go uspic lub zaszyc ale prosze mi uwierzyc ,ze po tym co zobaczylem jego koniec byl nieuchronny i bardzo bliski,zupelnie nie potrzebnie by cierpial Proba odciecia tego guza bylaby nieetyczna bo skazywalaby psa na vivisekcje czyli sekcje zwlok wykonywana na zywym zwierzeciu a to zmienia lekarza w sadyste.Przepraszam ,ze opisuje tak dobitnie ale wiem ,ze Pan rozumie co mam na mysli.Osobiscie cenie Wlascicieli o takim podejsciu do zycia swoich pupili jednak przychodzi mi czasem stanac jako wyrocznia i spelnic swa powinnosc.Nie jest to dla mnie mile zadanie ale tak juz ten swiat jest urzadzony.Gorsza rzecza byloby dla mnie patrzenie na niepotrzebne cierpienie zwierzecia i wyrzuty sumienia z powou zludzen jakie zapewne by Pan mial.Gdybysmy go nie operowali prawdopodobnie tez by juz odszedl .Pan zrobil wszystko co mozna bylo zrobic wiec prosze nie miec wyrzutow sumienia.". Otrzymałem też piękny list na priv, za ktory bardzo dziękuję! Z bardzo podobną*sytuacją. Wiem, że nie jestem sam i że niestety muszę*się*pogodzić. Lekarz nie mógł tej operacji wykonać. Konsultowałem jeszcze z Chopina i też potwierdzili definitywną konieczność. Zacytowałem, aby każdy, kto stanie, nie zadręczał się jak ja. Kochamy swoich przyjaciół, jak dzieci, jak siostry, braci. Ważne aby kazda chwilę, jaką spedzamy z ukochanymi psiakami, ale tez rodziną wykorzystać. Miłość jest wieczna i na zawsze pozostanie między nami. Kiedyś się spotkamy a teraz, pies jest gdzieś, gdzie nie cierpi. Będziemy nawzajem o sobie myśleć. --wiadom. oryg.--
  2. Mam w zasadzie tylko jedno pytanie. Wiemy, już ze rak watroby był nieoperacyjny. Cytat Veta: "usunięcie spowodowałoby natychmiastową śmierć zwierzęcia,stąd nazwa "nieoperacyjny" Guz przerastał duże naczynia tzn aortę brzuszną i na prawdę wyjścia nie było" Skoro efekt operacji jest ten sam co uśpienia, dlaczego się nie podejmuje jednak operacji? Ona juz byla na stole, otwarta i przygotowa do operacji sledziony ( raka watroby zobaczyli po otwarciu ) Nadal sobie wyrzucam, że się zgodziłem, a nie poprosilem o probe usunięcia nieoperacyjnego guza watroby, krwawiacego, ktory ma spowodowac smierc mojej przyjaciolki. Pytanie, ktore mnie przesladuje, to dlaczego się operacji lekarz nie podejmuje, skoro efekt ten sam koncowy ( odejscie )? Czy naprawdę zero szansy, najmniejszej nie ma i dlatego? Mam przyjac tą wiadomość? Nie miec wyrzutów? Czy ktoś to rozumie?
  3. Zadalem takie pytanie, mailem dziś: przepraszam że jeszcze pytam, wie Pan że to sa trudne momenty. Dziekuje za wyjaśnienia, chęc pomocy ( Nolly owczarek 6 lat z piatku ). Wiem że ma Pan ogromne doświadczenie i bardzo dobrą opinię. Nurtuje mnie tylko jeszcze jedno, w dniu operacji, dowiedzialem się że jest krwawiacy rak watroby oprocz sledziony i jest nieoperacyjny. Ze musimy psa uspic. Ze nie ma wyjscia innego. Gdybym wtedy powiedzial ze prosze usunac guza watroby ( nie powiedzialem tak poniewaz guz byl nieoperacyjny )? W sobotę powiedzial Pan że technicznie to dałby Pan radę, jednak pies by tego nie przezyl, ze Pan to gwarantuje. Ale czy nie warto bylo sprobowac? Tak sie czuje jakby nie dostała tej szansy. Gdybym wiedzial ze technicznie jest operacyjny poprosilbym. Czy byl wiec operacyjny czy nie? Czy to bylo naprawdę jedyne wyjscie? Wiem że ma Pan podejscie i do zwierzaków i wlascicieli, bede wdzięczny za odpowiedz. Bez psa nie mozemy żyć, kupilsmy owczarka z hodowli na Goclawiu. Rozpaczamy a nowy maluch nie jest niczemu winny. Ufam Panu i będę odwiedzał z nowym psem, to jest dowod. Wierzę że nie bylo innego wyjscia, w koncu tak Pan powiedzial. Za odpowiedz z gory bardzo dziękuję. Juz nie chcialem dzwonic, dlatego pozwolilem sobie na ostatni email. Wiem ze to smutny mail ale wielu zwierzakom ratuje Pan zycie i to naprawdę jest godne uznania. Odpowiedz ( krotka, telefonicznie rozmawialismy w sobotę dłuzej, jednak dosc wyczerpujaca ). Panie Albercie,akurat jestem trochę zajęty ale pragnę sprostować to co powiedziałem.Mianowićie padło stwierdzenie że technicznie mógłbym guz usunąć.Miałem na myśli to,że usunięcie spowodowałoby natychmiastową śmierć zwierzęcia,stąd nazwa "nieoperacyjny" Guz przerastał duże naczynia tzn aortę brzuszną i na prawdę wyjścia nie było." KONIEC Więc Dlasze rozwazania to juz zadręczanie, muszę się chyba pogodzić. Pytac mozna by bez konca, czy nie warto bylo sprobować i pies by nie przezyl, moze to lepsze od uspienia. Ale to juz chyba bez sensu. Lekarz widział gdzie jest guz i ze nie jest do usunięcia. Gwarantował że nie przezyłby operacji. Krwawił więc zaszycie to ubytek krwi, operacja = sie smierc. Wet (nazwiska nie podaję)
  4. ma-ruda Dziękuję bardzo, wiem co przeżyłaś i bardzo mi szkoda Twojej Puni. Dziękuję za słowa otuchy, pozwalą*może przestać się*zadręczać i zaakceptować straszną rzeczywistość Sleepingbyday dziękuję za słowa. Nie potępiam veta, doktor L. ma bardzo dobrą opinię w sieci, choć klinika juz nie. On zas uwazany jest za perelke, strzał w 10, z powołania, podejsciem do zwierzat i wlascicieli. Polecono mi go na Chopina i czytalem pozytywnie opinie w necie. Jezeli lekarz zdecydowany na usunie guza sledziony nie odwaza sie na operacje po otwariu i zobaczeniu guza rozpadowego watroby, to jakis powod musi być. Serce mnie pyta, moze jednak powienien starac sie usunac oba guzy, watroba nie byla zajeta powyzej 50 %. Zamknal mnie miłym podejsciem, rozumiejacym bol, twierdzeniem ze jest rak watroby krwawiacy i nieoperacyjny. Ze to jedyne wyjscie Moze niepotrzebie, uspokajajac mnie w sobotę, powiedzial, ze technicznie to on by dal rade usunac, jednak gwarantuje ze pies by nie przezyl tego. Skad taka pewnosc? Czy taka gwarancja moze odwrocic moje obawy czy zrobilem wszystko? Jeszcze raz bardzo WAM dziękuję.
  5. Cześć. Współczuję wszystkim którzy stracili swojego psa. Dla mnie, a straciłem 6 letnią sukę owczarka to wielki dramat. To była moja połowa, pies może być nawet lepszym przyjacielem niż człowiek. Rozumieliśmy się bez słów. Tydzień temu pies po spacerze osłabł i zrobił się*apatyczny. W niedzielę udałem się w Szczecinie na Odzieżową do weta. Zaaplikował antybiotyk i jeszcze jeden zastrzyk. Psu wróciła energia. Następnego dnia wet poinformował mnie, żeby się nie cieszyć jeszcze, gdyż to był zastrzyk przeciwbólowy. Podejrzewa jakąś infekcję. Wieczorem moja kochana sunia miała lekki paraliż, takie wygięcie z bólu i pazurkami drapała podłogę. Przez moment, moze 30 sekund. Pojechałem na Pogotowie na Wojska Polskiego. Tam o 21 USG i wstępna diagnoza ropomacicze. Umowienie na natychmiastowa operację rano i potwierdzenie diagnozy. Rano, już we wtorek, lekarz ktory miał operować stwierdza, ze ma wiele wody w brzuchu ( wodobrzusze ). Ze operacji nie będzie, to nie ropomacicze. Dostanie moczopędne i kontynujację osłonowo antybiotyku, przeciwbolowe. Tak chodzilem co dzien do czwartku ( ostatnie zastrzyki ). W lesie pies szedł za mną 50 metrow, nie interesowało go nic. Dostała 1/2 u weta eneraneaalu ( podejrzewali ze wodobrzusze jest od serca ). Dzwonię do weta, mowi nie podawać erenealu więcej. Raz serce bilo slabo raz mocno w calym tygodniu. Brzuch duży i napęcznialy. Pies męczył się idąc po schodach a m i serce martwiało. W piątek już miałem nie iść, tylko podawać tabletki moczopędne. Pies byl na spacerze i taki lepszy, machała ogonkiem, patrzyła na mnie, bylem szczesliwy i ona też. Około 14 nagle cos ja zabolalo. Pojechałem do kolejnej kliniki na Chopina, z bardzo dobrymi opiniami. Dodam, że miala trochę badan, jeden wskaznik watrobowy powiekszony 3 razy, nerki, cukier w porządku. Na chopina w piątek zrobili jej punkcję i ściagneli plyn do strzykawki z brzycha. Lekarz mowi, ze to krew jak z żyły i pokazuje. Moja sunia miała nie wodę a krew w brzuchu. USG kolejne ( juz 3 w tym tygodniu ) i wykryto raka śledziony. Lekarz mowi, ze stan jest psa krytyczny i wymagana natychmiastowa operacja. Nie bylo chirurga, wiec zadzwonil do doktora L. z Wojska Polskiego, ponoc bardzo dobrego i doswiadczonego ( tak zapewniał tez z Chopina ). Zgodził sie na operację wyciecia sledziony. Szanse oceniano, że są, pies moze bez sledziony żyć. Uperzedzono mnie o ryzyku itd, ale powiedzieli że jak nie bedzie operacji, zgon moze nastapic w kilka godzin. Jadę na Wojska Polskiego a moja sunia ufa mi i jak zawsze wszedzie ze mną idzie. Jest osłabiona. Robią USG kolejne, widzą guza na śledzionie, dostaje głupiego jasia... a ja jeszcze nie wiedzialem ze to juz koniec... Do dzis płaczę na glos i przezywam. Najbardziej mi brakuje jej, ze nie moze byc szczesliwa kolo mnie jak co dzien i ze to ja wydalem wyrok. Ale po kolei. Operacja sie zaczyna ja jestem pelen dobrych mysli, poczytalem ze bez sledziony moze zyc a 4 usg i tylko n 2 widziano guza sledziony i nic wiecej a na 2 nawet sledziony ( krew zaslaniała ). Wracam p o15-20 z bankomatu. Doktor czeka i mowi ze pies ma raka rozpadowego, krawiacego jak wulkan na watrobie dodatkowo, oprocz sledziony i ze nic sie nie da zrobic i trzeba psa uspić. Nie jestem lekarzem, byl to dla mnie szok ta watroba... Jak jakis thriller... Mowie, a jak zaszyjemy psa i obudzimy? Z cicha nadzieją. Lekarz od razu, proszę tego psu nie robić. Bedzie cierpiał bardzo to jedyne wyjscie, prosze mi uwierzyć. Mi tez zalezalo aby psa ratowac ale guz jest nieoperacyjny.. Zaskoczony, w stresie, pod namową lekarza ktory prowadzil operacje zgodzilem się. Wszystko w wielkim pospiechu ( z Chopina nakazali natychmiastowa operację , stan krytyczny ). Co chwilę inna diagnoza. Raka watroby nie widzieli na USG, byli zaskoczeni, byl wiekszy od piesci,ale zaslonięty krwią i jeszcze jakims ulozeniem czegos.Wylecialo z brzuszka 4 litry krwi wodą, czyli ok min 2 litry jej wlasnej krwi. Dzis rano dzwonie do chirurga i mowie ze mam watpliwosci. On mnie uspokaja mowi, ze nie bylo wyjscia, ze on chcial ratowac ale się nie dalo. Ja juz bogatszy o wiedze z forum, wiadomo nie pełną etc, ale mowie ze moze mozna bylo podac krew i usunac tylk osledzione. Pies nie mial jeszcze objawow z ukladu trawienia i watroba byla wydolna, guz nie zajal 50 % watroby. Lekarz ze technicznie moglby wyciac ( wczesniej zaswiadczyl ze nieoperacyjny ) ale pies by nie przezyl, ze on gwarantuje. Ze zrobilem wszystko co mozna i nic wiecej nie mozna byl ozrobić. Zadzwonilem do innego lekarza, ktory asystował. Powiedzial ze zrobilby dla swojego psa to samo. Ze watroby sie nie szyje, ze ona krwawila, guz watroby byl rozpadniety a do tego na sledzionie. Na krew by trzeba byl oczekac 2 dni z Warszawy ale nie ma o czym mowic, on by taka sama decyzje podjal. Nie znam się i usiluje wierzyc lekarzom. Miala tylko 6 lat i bardzo ja kocham, Wierze ze gdzies jest i mnie kocha nadal. Czuję się*jakbym nie zrobil wszystkiego i uleglem niepotrzebnie lekarzowi, nasuwaja sie watpliwosci czy zrobilem dobrze. Wszystko odbylo sie tak nagle i tak szybko jak w makabrycznym thrillerze. Pies idzie na usuniecie sledziony a tu rozpadniety guz watroby wielkosci piesci, krwawiacy i nieoperacyjny, kolo aorty i decyzja lekarza aby psa uspic i pytanie do mnie. Cierpię z dwoch powodow PRzykro mi ze jej nie ma, ze nie oglada swiata, ze nie chodzimy na spacerki, tulimy sie do siebie i czuje sie ze moze zle zrobilem sluchajac chirurga. Straszne.
×
×
  • Create New...