Ok, żeby nie było, że zła ze mnie kobieta i coś ukrywam, to wszystko od początku:
Suczkę wzięliśmy pod koniec lipca, kiedy byłam w 7 miesiącu ciąży. Do czasu urodzenia dziecka miałam nauczyć ją większości rzeczy (typu załatwianie potrzeb na zewnątrz). I zabrałam się za szkolenie jej, ale co do zachowania czystości w domu, to najpierw były szczepienia i kwarantanna, a potem, na początku września, trafiłam do szpitala. Troszkę tam przeleżałam i w efekcie urodziłam 2 tyg przed terminem-cesarskim cięciem. Podczas mojego pobytu w szpitalu, jak i w pierwszych tygodniach po powrocie, psem zajmował się mąż, jednak większość dnia sunia była sama w domu (mąż zaraz po pracy jechał do szpitala, a jak już byłam w domu, to jej unikałam ze względu na bliznę - sunia spokojnie sięga łapkami do mojego brzucha). Chodzili wieczorem na spacery. Wszystko było w porządku, aż do czasu, kiedy moja blizna się zagoiła i też zaczęłam zajmować się psem. Nasze dzieciątko dostało wysypki. Karmię piersią, więc normalne, że najpierw podejrzewałam się coś z pokarmów, więc wykluczałam kolejne rzeczy ze swojej diety. Przez miesiąc się z tym męczyłam, a w końcu miałam dość i przez dwa tygodnie jadłam tylko sam chleb (dodam, że nie pszenny, bo ten też może uczulać) i piłam wodę. I nawet wtedy wysypka nie minęła. W zasadzie to z każdym dniem było coraz gorzej. Lekarze twierdzą, że to na 100% alergia. Podejrzewalismy psa, i dlatego ograniczyłam kontakt z sunią do minimum. W zasadzie znów siedzi sama całymi dniami, a ja z dzieckiem zamknięta w pokoju. Z psem bawię się tylko wieczorem, chwilkę przed kąpielą. I co? Skóra mojego maluszka wygląda dużo lepiej. Czyli na 99% to sunia jest przyczyna problemów skórnych naszego dziecka. Nie można tego stwierdzić z całą pewnością, bo nie robi się testów u tak małych dzieci.
Moglibyśmy zatrzymać sunię, ale jaki jest sens, skoro nadal musiałabym unikać z nią kontaktów? W tej chwili boje się jej dotknąć, żeby nie przenosić alergenów na dziecko. Taka sytuacja jest chora, bo ani pies nie jest szczęśliwy (bo niby jak), ani ja nie czuję się swobodnie w swoim własnym domu. Co chwilę znajduję gdzieś sierść i od razu się złoszczę na psa, choć niczemu przecież nie zawinił. Nie mogę przez kilkanaście lat jej unikać. A jak dziecko zacznie raczkować to co? Będę przed każdym położeniem go na podłogę odkurzać i prać dywan?
Część z Was powie pewnie, że przesadzam, że z alergią na psy, można mieć psa. Jasne, że w niektórych przypadkach tak, ale mój mąż ma bardzo silną alergie na trawy, więc obawiam się, że alergia syna też może być taka. Problemy ze skórą, jakie ma teraz mogą przerodzić się np w atopowe zapalenie skóry, a to jest paskudne. W dodatku moje dziecko nie ma kilku lat, a ledwie dwa miesiące, więc normalne, że nie będę ryzykowała trzymając suczkę dłużej.
Moim błędem było, że założyłam, że dziecko alergii mieć nie będzie. A jednak chyba ma i muszę zrobić wszystko, by w swoim domu nie było narażone na kontakt z alergenem.
Tyle, możecie mnie krytykować, że nie trzeba było brać psa w ciąży. Ano, nie trzeba było, teraz to wiem. Ale jest za późno i szkoda, że zrozumiałam to kosztem suczki, ale teraz już nic na to nie poradzę. Wiem, że nigdy już żadnego zwierzaka mieć nie będę.
O suczkę dbaliśmy bardzo od początku, i dbamy nadal. Zostala przez nas odrobaczona, odpchlona, zaszczepiona, dostaje dobrą karmę (purina dog chow), przysmaki, wielkie kości do gryzienia, ma swoje zabawki. Mąż ja kąpie, szczotkuje. Nie zdążyliśmy jej jedynie wysterylizować.