Teraz ja stoję przed decyzją co zrobić. Laurę zabrałem ze schroniska a w zasadzie została mi wciśnięta ;) - wyprowadzaliśmy psy i właśnie ona była w ciężkim stanie. Zabrałem ją na pewien czas i została. W domu toleruje (tolerowała? :( ) tylko mnie (chyba za to, że ją uratowałem) i moją mamę - za nią chodziła dosłownie wszędzie. Wystarczyło, że nie widzi jej kilka minut i już rozgląda się po całym domu gdzie może być. Nie lubiła za to mojego taty i brata - mimo, że nic jej nigdy złego nie zrobili. Mamy ją 6 lat, teraz może mieć około 15. Wszystko zaczęło się trochę ponad tydzeń temu. Uciekła na spacer przez otwartą bramę i wróciła kulejąca. Na drugi dzień było lepiej. Myślałem, że ktoś ją kopnął, bo moją okolicę zamieszkują takie "lumpy". Kilka dni później zawiozłem ją do szczepienia, w drodze powrotnej zwymiotowała, wtedy powiązałem to ze szczepieniem i transportem do domu. Od tego czasu przestała jeść, wymiotowała. Wet stwierdził mocznicę, po kilku dniach okazało się, że są jakieś zmiany nowotworowe. Walka farmakologiczna raz dawała pomyślny skutek a raz nie, raz myślałem nawet, że wyjdzie z tego... Dziś Laura leży w swoim legowisku i wegetuje, rozgląda się swoimi ślepiami i nas obserwuje albo śpi. Zostawiliśmy ją w domu, żeby odeszła przy nas bo mam wrażenie, że nie cierpi już. Cały czas zastanawiam się czy to dobra decyzja...
Laura z początku choroby - jeszcze pełna życia :)
[IMG]http://img835.imageshack.us/img835/1760/laurawet.jpg[/IMG]
Laura z wczoraj - ostatni uśmiech :)
[IMG]http://img543.imageshack.us/img543/1664/laura5q.jpg[/IMG]
Zobaczymy co i kiedy los przyniesie...