Mam małego psa, uwielbianego przez dzieci na osiedlu i nie tylko, nieszczekliwego, prowadzonego na smyczy, czystego i ufryzowanego ;) który obsikuje kilkoma kropelkami krzaczki, żeby oznaczyć teren. Z psem wychodzę na spacer poza osiedle na okoliczne łąki/gruzowiska/polną drogę i tam załatwia swoje kupki, ale mieszkam na ogrodzonym osiedlu i do bramy wyjściowej mam jakieś 150-200 m i po drodze kilkadziesiąt nowo posadzonych krzaczków wzdłuż kilku bloków. Dzisiaj małżeństwo po 50-tce zwróciło mi uwagę: "I jeszcze pani tak spokojnie patrzy, jak ten pies obsikuje krzew! On od tego uschnie! (który swoją drogą posadzili niezależnie od projektu architekta zieleni na wspólnym trawniku bez pytania wspólnoty o zdanie) "Jak pani może na to pozwalać? Powinien robić do jakiejś kuwety". Powiedzieli jeszcze, że mam obowiązek sprzątać kupy (przy czym nie użyli słowa kupy), jakbym sama o tym nie wiedziała. Starałam się być miła, powiedziałam, że przepraszam, że jest mi przykro, ale nie potrafię zmusić mojego psa do tego, żeby nie podnosił nogi. Że to naturalne zachowanie, że pies sika na dworze. Już nie będę pisać, co chciałam im powiedzieć zamiast tego ;) Za to mój cichy zwykle pies zawarczał na faceta, gdy zaczął na mnie krzyczeć. Ogólnie było mi strasznie głupio, bo widzieli to jeszcze inni sąsiedzi.
Myślicie, że jest jakiś sposób na to, żeby nie mieć tego typu konfliktów z sąsiadami? Obok trawniczka pod ich balkonem przechodzę kilka razy dziennie.
Zgadzam się z obowiązkiem sprzątania kup, ale co z sikaniem? Mam ciągnąć psa na smyczy biegiem prawie 200 m i uważać, żeby się nie załatwił? A może za radą sąsiadów postawić pod ich balkonem kuwetę? ;)