Karik
Members-
Posts
13 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by Karik
-
Nie wierzyłam w to, co się dzieje. Wydawało mi się, ze skoro lekarz jest (jak myslałam) przy nim, nie może zdarzyć się nic... A mój ukochany telefon ma taką własciwość, że jesli nie jest na ładowarce, non stop się wyłącza. Nie, nie zwalam na telefon, bo choć brakuje mi do niego cierpliwości, czasami słuzy... Lekarz był przy nim. A jak mogłaby pomóc w tym właśnie momencie fundacja? W sytuacji podbramkowej nikt nie teleportowałby się na miejsce. Zwłaszcza, że Basza otrzymał pomoc. Otrzymał leki. Kroplówki. A resztę opisałam. Jeszcze tylko rozwieję jeden mit - Basza był zabezpieczony na kleszcze. Nie znam weterynarzy z Łodzi. Ale jeśli trzeba będzie, udam się do weterynarzy z SGGW. Po to tylko, by powiedzieli mi więcej o Babeszji. Babeszji w takim stanie psa, po takich kuracjach i wypadkach, w takim wieku. I szczerze wątpię, by powiedzieli mi coś, co mnie zaskoczy. Nie będę się juz bronić. Nie mam na to siły. Żegnam wszystkich i jeszcze raz dziękuję tym, którzy naprawdę kochali Baszę.
-
Goniu, odjechałam, bo tam, gdzie go zabrano, zwyczajnie nie mogłam wejść.
-
Nie odpowiadam za zdanie Magliny. Nie miałam na to żadnego wpływu. Basza nie dał po sobie poznać wcześniej. Bo to nie był ten pies, którego Pani poznała. On... chciał za wszelką cenę udowodnić, że jest cudowny, choc nie musiał niczego udowadniać. Rywalizował z Raisą. Biegał. Cieszył się. 18 SIERPNIA BIEGAŁ PO ŁĄCE. SZCZĘŚLIWY. Właściwie nie chcę się tutaj bronić. Bo... przed kim? Kto zrozumie, ten zrozumie. A kto chce znaleźć winnych - proszę bardzo. Jestem w stanie przyjąć na siebie wszystko, o ile to moze kogoś uspokoić. Dlatego, że kochałam. I kocham. I naprawdę, jestem w takim stanie, że juz chyba nic bardziej nie zaboli i nie zdziwi. Możecie pociągnąć mnie do konsekwencji. Ale, niestety, mówię prawdę. Choć prawie dla nikogo nie ma to znaczenia. A dla mnie, po tej stracie, nie ma znaczenia kolejny atak.
-
I nikt, kto nie stracił ukochanego zwierzęcia w taki sposób... tak nagle i w takim zamieszaniu... pod naciskami, w których tle była chłodna, rzetelna opinia weterynarza i walka o byt, po wypadku bliskich, którzy pomagali godnie żyć... nikt nie zrozumie.
-
Dziękuję jeszcze pani Joli. Mimo wszystko. Bo chciała dobrze. Dziękuję pani Izie, bo go kochała. Mimo tych wszystkich oskarzeń. Bo kochała naprawdę. A ja naprawdę, naprawdę nie zyczę tego nikomu. Tego bólu. Tego cholernego bólu.
-
Cud nie nastąpił. Baszę zabrano do szpitala, ja odjechałam wraz z panią Patrycją, która zaoferowała mi podwózkę do przystanku autobusowego. Jestem jej bardzo wdzięczna i chciałabym podziękować jej jeszcze raz - za serce i poświęcenie, bo faktycznie wiozła małe dziecko. Głodne. Dziękuję jej, bo chciała dobrze. Dziękuję za to, że przytuliła tuż po tym, gdy połamał się mój świat - kiedy pożegnałam się z roztrzęsionym Baszą na stole. Wiedziałam, czułam, że to ostatnie pożegnanie. I złamałam się jak zapałka. Dziękuję, bo nie czułam się wtedy sama. Żałuję tylko, ze on musiał odejść na jakimś zimnym stole. A nie wśród tych, którzy go pokochali. Na przystanku, wciąż czekając na jeżdżący z masakryczną częstotliwością autobus, zadzwoniłam do kliniki. dowiedziałam się, ze Basza... odszedł 10 minut wcześniej. Ze został mi już tylko kocyk, pokrwawiony przy wkładaniu wenflonu. Czułam to. A jednak fakt uderzył tak mocno, że kilka osób zaoferowało swoją pomoc. Chciało zawieźć histeryczkę do domu. Ale ja chciałam być sama. Nie pamietam, jak doszłam do domu. Od przystanku mam jeszcze 2 km. Wiem, że straciłam gdzieś kurtkę i kocyk, byłam brudna. W domu czekała Paulina, która nie pojechała na uroczystość, którą przygotowała jej rodzina. Zajęła się zwierzętami - 11 kociakami, którymi opiekujemy się, bo straciły matkę. Wydoiła kozę, której nie mozna zaniedbać. Zrobiła to... bo czuła się tak, jak ja. Ale wiedziała, ze ja mogę sobie nie poradzić. Przyjechała tez moja przyjaciółka i jej brat. Przyjechali, bo wiedzieli... Chcieli pomóc. Próbowali. Ale radość udawana boli jeszcze bardziej. Bo to nie były urodziny, lecz stypa. I tak, zapamietamy tę "imprezę do końca życia. Tak, jak tego wiele osób nam życzy. Nie wiedząc, co to znaczy ból po stracie Baszy. Baszy - ukochanego psa. Nie wiedząc, jak to jest - budzić się, wiedząc, że Basza czeka obok łóżka. Czeka, by się przytulić i powiedzieć "dzień dobry. Mam się dobrze. Dziękuję, że mam się dobrze. Kocham Cię." Ja też Cię kocham, Basza. Chociaż Ty mi tego juz nigdy nie powiesz.
-
Lekarz przyjechał. Po 5 godzinach. Zdiagnozował babeszję. Pani Jola, pisząca na forum, że nie zna przyczyny, choroby... wiedziała o tym. Ale nie wierzyła. Nie wierzyła ani nam, ani lekarzowi. Twierdziła, że to zatrucie. A ja wiedziałam, że zatrucie jest niemożliwe. Ufałam i ufam temu weterynarzowi. Bo to on uratował mojego Flaaffy'ego z choroby pokleszczowej. To on pomógł Baszce z problemami skórnymi, o których była już mowa na tym forum. Wet podał Baszy właściwe leki na właściwą chorobę. Nie dawał zbytnich nadziei. Pies był zbyt wymęczony dolegliwościami, które przyniósł ze sobą. Miał swój wiek. Ale doktor nie przekreslał całkowicie jego szans. Dawał choć cień nadziei. Warunkiem miał być spokój. Kategorycznie zabraniał przewozenia go. Męczenia. Podkreślam - Basza dostał leki na babesjozę. Na to, na co skonał po przybyciu do kliniki. I stąd nasz protest. Bo wierzyłam... że się uda. W chwili, gdy wyraziłam zgodę na podróż czułam, że skazuję go... Co potwierdzili lekarze w lecznicy. Basza w samochodzie zaczął ciężko oddychać. W lecznicy powiedziano, że pies jest w agonii i że ma 1%... 1% to szansa na cud. Powiedziano mi, że pies nie przeżyje. A ten 1% miał być nadzieją dla kogoś, kto z tą śmiercią nie może się pogodzić. Kto nie miał juz siły...
-
Ten sam pies, który o poranku 18.08 biegał z piłą, cieszył się i tulił do nogi, rankiem dnia nastepnego podnosił się z trudem. Poprzedniego wieczora (18.08) nie wziął leków ze zwykłą sobie radością - musiałam podać mu wszystko jeszcze raz. Zmartwiło mnie to. Ale - juz słyszę oskarżycielskie krzyki - znałam przeciez Raisę i jej humory. Kiedyś, około miesiąca temu, Baszce również zdarzyło się grymasić na leki. Wypluć. Pewnie z powodu nikłej ilości pasztetowej. Niestety, nie wszystkim się w życiu układa. Mi się nie układało. Wciąż nie mam umowy o pracę. Wciąż borykam się z problemami, o których nie chcę pisać, bo problemy finansowe moga się wydać trywialne tym, którym nie brakuje nigdy na podstawowe potrzeby. Weterynarz jednak nie stwierdził niczego. Próbowałam tłumaczyć to sobie na wiele sposobów również w nocy 18 sierpnia. A i tak uznałyśmy, że musi go zobaczyć lekarz. Że to nie melancholia spowodowana tym, że, z powodów rodzinnych, moja zmienniczka w pracy (mająca umowę, o którą walczę do tej pory) musiała poprzedniego dnia wziąć sobie wolne, w efekcie czego nie było mnie prawie 13 godzin. Że to nie smutek. Że to coś poważniejszego. Weterynarz mógł przyjechać przed południem. A rano musiałam dawać Baszce leki na siłę. Leki zwymiotował. I wodę, którą poprzedniego wieczora pił chętnie (czym trochę mnie uspokoił). Myslałam, że doktor zjawi się zaraz. Niestety miał nagłą interwencję. Nie znalazł podanego przez nas adresu od razu. Osobom mieszkającym w mieście może to wydać się dziwne.
-
Długo wzbraniałam się, by przeczytać. Bo bolało. Bolało tak bardzo, ze nie byłam w stanie ubrać tego w słowa. Bo bałam się. Okazało się - słusznie. Bałam się wyroku, który na pewno wydałabym sama, gdybym była na miejscu innego uzytkownika forum. Nie znajac sytuacji, lecz jej zinterpretowany przekaz. Przez tych, których nie było, a którzy myślą, ze wiedzą... Bo po żalu zawsze nastepuje poszukiwanie winnych. To naturalne. Sama tak reaguję, choć wiem, że to niesprawiedliwe i złe. Dziekuję tym, którzy nie wierzą w to, że nie ratowałyśmy Baszy. Że biernie czekałyśmy na śmierć. I nie życzę nikomu, by kiedykolwiek czuł to, co ja czuję w tej chwili. Zapewne moich - już - zagorzałych przeciwników to nie przekona. Ale wierzę, ze znajdzie się ktoś w tym parszywym, pustym świecie, kto zrozumie. I zastanowi się. bez wydawania wyroku. Pokochałam go. To dziwne uczucie. Tak często mylimy miłość z platonicznym cieniem, ze współczuciem i litością. Pokochałam, a on odpowiedział miłością. Miłość Baszy, prawdziwa, szczera, psia miłość, przekonała mnie, że nie popełniłam błędu. Że dobrze zinterpretowałam swoje uczucia. Myslałam, że miłość wymaga czasu. Że będziemy uczyć się siebie powoli - ja i on. My i on... A okazało się, że można... Ale o tym przecież nie chce się nikomu wiedzieć, wierzyć i pamiętać. Poza kilkoma wyjątkami.
-
A pewnie, że rządzi :) Przewodzi naszej wesołej gromadce, wraz kotem - Dyrektorkiem. ps: Czy ktos mógłby nam wytłumaczyć, jak wkleić tu zdjęcie? :)
-
Dzieńdobry:):):)
-
Rodi-Brenn-w nowym domu - czy tym razem zostanie tam na zawsze?
Karik replied to GoniaP's topic in Już w nowym domu
Właściwie czemu nie... Możemy pomóc Rodiemu. Choćby przez te dwa tygodnie. Dopóki pani Ala nie dojdzie do siebie. Jeżeli będzie trzeba, to i dlużej. -
Ua! Wszystkiego dobrego z okazji imienin dla kochanej Pani Joli :* trochę poniewczasie, ale ale! Baszeńka wpatruje się właśnie w nasze uśmiechnięte mordki i usmiecha się również! Pozdrawiamy i dziękujemy wszystkim. Jeszcze raz i jeszcze :* Baszeńka jest niepowtarzalny i klony chyba nie wyjdą :)