Jump to content
Dogomania

vet.vet.

Members
  • Posts

    6
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by vet.vet.

  1. Hawer to piękny owczarek niemiecki. Przez 5 lat swojego życia cieszył się wspaniałym domem przy boku swojej rodziny. Był głaskany i pielęgnowany. Codziennie bawił się z trójką dzieci. I nagle stracił wszystko. Jego ludzie z dnia na dzień zostawili go na pastwę losu i wyjechali z Polski. Nagle okazało się, że Hawer nie był członkiem rodziny, tylko niepotrzebną zabawką, która się znudziła i stała się przeszkodą w wyjeździe. Na pożegnanie jego "pan" zostawił sąsiadce paczkę makaronu i kilka kości, i powiedział, że może zrobić z psem, co chce: uśpić lub sprzedać. I Hawer został sam w pustym obejściu. Całymi dniami siedzi i smutnym wzrokiem wpatruje się w drzwi domu czekając, aż wyjdzie z niego jego człowiek. Miał wielkie szczęście, że obok mieszka kobieta o wielkim sercu, która nie pozwala Hawerowi umrzeć z głodu i samotności, ale nie może zabrać go do siebie. Fundacja Lubelska Straż Ochrony Zwierząt szuka domu dla tego wspaniałego psa. Niech Hawer znajdzie człowieka, który już nigdy go nie zostawi. Hawer jest bardzo mądrym, łagodnym psiakiem, zna podstawowe komendy i bardzo lubi dzieci, bo przecież do niedawna jeszcze się z nimi bawił.... Warunkiem adopcji jest podpisanie umowy adopcyjnej oraz wizyta przedadopcyjna. Kontakt: 602-228-411 lub 510-144-119 (pies znajduje się w okolicach Parczewa, woj. lubelskie)[attachment=1681:8665.attach]
  2. Mam teraz na myśli Straż dla Zwierząt z Lublina. Was jest setki, czy tysiące. U nich działają chyba ze trzy osoby i z tego, co wiem, każda z tych osób ma mnóstwo zwierząt przygarniętych z interwencji. Oni nie mają juz mocy przerobowej, bo co chwila dochodzą kolejne zwierzęta, których nie maja gdzie przechować. Do tej pory była taka szansa na klinikach, ale z przyczyn wszystkim znanych, szansa ta została zaprzepaszczona.
  3. I to nie chodzi o to, czy ktoś jest prawdziwym miłośnikiem zwierząt, czy nie... Chodzi o to, ze my, jako lekarze, pomagając za darmo, narażamy się na wyrzucenie z pracy, bo nad nami stoją zwierzchnicy, którzy tego nie rozumieją. Wszystko jest dobrze, dopóki wszystko jest w porządku. Ale w tej sytuacji, która miała miejsce, poprzez właśnie "niewłaście słowa", sprawa oparła się o zwierzchników, którzy nie mogą sobie pozwolić na tego typu oskarżenia. Jaka wiec mamy gwarancję, że przyjmując po raz kolejny jakieś zwierze od sdZ "po znajomości" nie wybuchnie kolejna afera? Bo znowu ktos cos źle zrozumie, oskarży klinike i lekarzy o niecne zamiary, rozpeta aferę... Wtedy ktoś z nas straci pracę i nikomu juz nie pomoże.
  4. Z tego, co się orientuje, właśnie w taki sposób rozpoczęła swoją działalność Straż dla Zwierząt w Warszawie. Potrafili wywalczyć dla siebie i zwierząt kawałek pomieszczenia. Działając na zasadzie partyzantki mozna tym zwierzakom często zaszkodzić, a nie pomóc. Podobne zaplecze zbudował pan Małysz, który załozył własną organizację i nie potrzebuje "łaski", bo ma gdzie trzymac zwierzaki. Czyli wniosek jest jeden: można, jesli sie chce.
  5. Informacje o tym, co sie tutaj wyprawia, rozeszły się lotem błyskawicy po klinikach UP. Postanowiłem zgłębić lekturę tego wątku i włosy staneły mi dęba! Afere rozpętała pani inspektor ze Straży dla Zwierząt, niejaka Małgorzata. A teraz ani słowa przeprosin! A uważam, że te przeprosiny należą sie głównie nam, lekarzom z klinik, którzy niejednokrortnie pomagali zwierzętom przywożonym przez SdZ. Tak, jak słusznie ktos tu zauważył, klinika mogłaby podać do sądu pania Małgorzatę i wygrałaby sprawę. Jeżeli SdZ zależy na dalszej współpracy z klinika, powinna ona wystosowac przynajmniej pismo z przeprosinami, albo udać sie osobiście do dziekana i wyjasnić nieporozumienie. Ale najlepiej jest milczeć i udawać, że nic sie nie stało. Szkoda mi (oprócz zwierząt) jeszcze jednej osoby: pani inspektor Moniki B., która ratowała Bruna i głównie dzięki niej pies trafił do klinik, a nie np. do schroniska w Krzesimowie. Jej "koleżanki" ze Strazy zwaliły na nią całą odpowiedzialność za cała tę sytuację i do tej pory nie raczyły nawet tej sprawy wyjaśnić. Tak się składa, ze znam pania Monikę własciwie od początku jej działalności w SdZ i jest to osoba całym sercem zaangazowana w pomoc zwierzetom. Jezeli pisała coś tutaj na forum, to chciała bronić organizacji, która niestety, nie stanęła w jej obronie. Przykre i smutne. I szkoda, że taka osoba, która przedkładała pomoc zwierzętom nad własne sprawy (nawet zawodowe) przez "koleżanki" z SdZ musi z tej organizacji odejść. Na pewno zwierzeta na tym stracą, choć my, jako lekarze, zawsze bedziemy tej pani pomagać, bo osoba ta sama przygarneła pod swoj dach ok. 6 zwierzat z interwencji SdZ i bedzie potrzebowała naszej pomocy. Jako jedyna z tej organizacji miała odwagę przyjść i nas przeprosic, choć jej wina w tym wszystkim jest najmniejsza. Doceniam zaangażowanie SdZ w pomoc zwierzetom, ale wg mnie (i nie tylko), powołując taka organizacje, należałoby najpierw zacząć od znalezienia odpowiedniego lokum dla odbieranych zwierząt, zeby właśnie wyeliminowac tego rodzaju sytuacje, które miały teraz miejsce. Nie wyobrażam sobie działalności, która polega na tym, że Straż nie odbierze jakiegos zwierzęcia, bo nie ma miejsca na jego trzymanie, a zwierzę wymaga natychmiastowej pomocy. Czy dla uspokojenia sumienia nalezy wówczas wypisac włascicielowi upomnienie, które on wrzuci do kosza i odjechac z poczuciem dobrze wykonanej misji? To się mija z celem. Lekarze z klinik skończyli z partyzantką jeżeli chodzi o SdZ. Nie ma darmowej pomocy, nie ma trzymania psa w hotelu, bo znowu skończy sie to wielka aferą. Klinika zawsze udzieli SdZ pomocy, ale na zasadach ogólnych. Szlag mnie trafia na ten brak poczucia winy i odpowiedzialności ze strony pań, które wywołały całe to zamieszanie. A pani Monika była zbyt dobra i łatwowierna i dała wmanewrować się w jakies wewnetrzne rozgrywki. Wiem, ze bardzo to wszystko przezywa, ale będe pierwsza osobą, która odradzi jej powrót do Strazy dla Zwierząt.
×
×
  • Create New...