Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie mama z wielkim problemem i prośbą o poradę.
Moja lekkomyślna siostra o wielkim sercu postanowiła na własną rękę zdecydować za całą rodzinę i wybrała się do schroniska, gdzie - jak twierdzi - wypatrzył ją mały, czarny kundelek o wesołych oczach. Z całego opisu zdarzeń wynika, że to piesek wybrał moją siostrę na swoją przyszłą panią i nie pozwolił jej wybrać nikogo innego. ;)
Na początku rodzice kręcili nosem. Ja o niczym nie wiedziałem, bo nie mieszkam już z nimi od kilku dobrych lat.
Jak się jednak okazało psiak był tak uroczy, tak kochany, tak zabawny i słodki, że wszyscy go pokochali. Przyznaje, że sam również bardzo polubiłem tego kundelka, chociaż było w nim coś niepokojącego - otóż piesek uważał każdego człowieka, którego spotkał za godnego zaufania i starał się z każdym jak najszybciej zaprzyjaźnić.
Moja siostra nazwała psa "Lucky", ale jak się później okazało szczęściarz wcale nie był szczęśliwy w blokowisku.
Na jednym ze spacerów zerwał się mojej siostrze ze smyczy i pognał gdzie pieprz rośnie, nawet się za nią nie oglądając.
Wrócił do domu po dwóch dniach. Od tamtej pory się zaczęło, Lucky całymi dniami wył i płakał. Dopiero kiedy moi rodzice puścili go w "samowolkę" na spacer to uciekł jak szalony i znowu zniknął na dzień albo dwa. Od tamtej pory w domu bywał tylko na krótkie chwile, które spędzał na ujadaniu.
Teraz pozostaje tylko pytanie: dlaczego pies nie chce spędzać czasu w domu, skoro przez pierwsze dwa tygodnie pobytu nie potrzebował takiej wolności o jaką upomina się do dzisiaj? Właściwie Lucky przychodzi do moich rodziców tylko po to by się z nimi przywitać i coś zjeść, ale nie bywa wogóle w domu. Jak znika to niewiadomo gdzie jest, chociaż czasem podobno widać go jak przebiega gdzieś pod oknami.
Co o tym sądzicie? Da się jakoś nauczyć takiego wolnoducha przebywania w domu?