[quote name='Jola+Rani+Sari']Dziwi mnie kierunek tej dyskusji. Wydaje mi się, że jeżeli jest dom dla psa i człowiek, który chce z nim pracować, to trzeba dać psu szansę.
Gdyby nie dano szansy Trotterkowi, z którym AnkaRa pracuje już 2,5 roku, to nie byłoby Trotterka.
Wczoraj minęły 2 lata mojej pracy z Sarinką, która chyba nigdy nie pozbędzie się lęku przed obcym człowiekiem...
Sari bardzo zmieniła sie w ciagu tych 2 lat. Nie jest już przerażonym psim nieszczęściem. Dostała od losu szansę i wykorzystała ją.
Potrafi bawić się pluszakami, przychodzi na pieszczoty, toleruje obecność opiekuna w czasie jedzenia. Powoli, ale zmienia się na lepsze.
Uważam, że Biszkopcik też zasługuje na swoją szansę :)[/QUOTE]
Też tak myślę.
Doprowadzenie Sońki do stanu używalności zajęło mi ładne parę lat, a i tak do tej pory pryska, a na każdego obcego na wszelki wypadek reaguje warczeniem i szczerzeniem zębów, dopóki nie upewni się, że nic jej nie zamierza zrobić. I co z tego? Od 10 lat mieszka ze mną, w domku, z ogrodem, codziennie biega za patykami i piłką, ma pełną michę, regularne szczepienia, swój fotel i towarzystwo do zabawy. Charakter ma wredny, ale ja też. Świetnie się zgrałyśmy.
Czasami potrzeba po prostu, żeby swój trafił na swego ;-) Wredna Sonia trafiła na wredną mnie - i sobie ułożyłyśmy wzajemne stosunki, w życiu nie miałam tak bliskiej relacji z żadnym zwierzęciem. Biszkopt-samotnik trafił na Mikołaja-samotnika - i też myślę, że się dogadają.
Ja chciałam tylko poruszyć jeden temat jeśli można...
Różnica między schroniskiem a domem Mikołaja jest taka, że w tym drugim będzie miał "swojego" człowieka, przez cały czas tego samego. Będzie miał spokój i czas na to, żeby dojść do wniosku, że nie taki człowiek zły jak dotąd sądził. Sonia przekonała mnie, że to, że pies nie lubi obcych nie znaczy, że się do "swojego człowieka" nie przywiąże - bo to jest inna relacja, to już nie ktoś, kto wpada na trochę, ale stały element otoczenia. I ten element nie krzywdzi, więc można poczuć się bezpieczniej. W schronisku tak się nie da ze względu na warunki - psów jest dużo, ludzi mało, otoczenie mało przyjazne...
A co do możliwości ucieczki - to ja na podstawie swojego doświadczenia z pryskającym psem, nie wychodziłabym przez jakiś czas z Biszkoptem na dwór. Ani na smyczach, ani tym bardziej luzem na ogród. Najpierw podstawowe zaufanie, dopiero potem wspólne wyjścia, coraz dłuższe. Bo szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie jak by to miało wyglądać - wypuścić go na ogród i potem co, łapać siłą i ciągnąć do domu...? Przecież to dokładna odwrotność spokoju i poczucia bezpieczeństwa...