Kurcze...to już ponad rok jak nie zaglądałam na to forum... Dostałam dzisiaj wiadomość od administratora, że galeria jest wznowiona, czy coś..postanowiłam odszukać swój temat i napisać jeszcze, choć jednego posta.
Tina odeszła pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia...
Nie zaczęła już chodzić. Miała ustanowioną dietę i bardzo jej pilnowałam. Ale na nogi już nie stanęła. Pamiętam, że wynosiłam mojego klocuszka po schodach, żeby mogła załatwić się na dworze. Schody sypałam solą żeby nie zjechać na tyłku po nich (po pół roku od tamtego zdarzenia dostałam niezły opierdziel od taty bo sól wyżarła cały beton). Ale to nie było ważne. Ważne jest to, że wciąż pamiętam jej ostatni, tragiczny dzień. Przy kolacji wigilijnej przytargałam jej legowisko do pokoju, żeby mogła być z nami. Ona jak zwykle ufna, grzeczna ze wzrokiem błagającym o jakiś smakołyk ze stołu. Dostała nawet kilka smakołyków Pedrigree pod choinkę, które później leżały nienaruszone i na widok których łzy napływały mi do oczu. Po kolacji wszystko było normalnie aż do 01:00. Tina kręciła się, czołgając się na dwóch sprawnych łapkach z kuchni do pokoju. Wyniosłam ją na dwór, myślałam, że potrzebowała. Ale nie. Po powrocie do domu było to samo. Z czasem zaczęło się pogarszać. Jej oczy miały dziwny wyraz, cierpiący. Już tylko leżała. Później zrobiło się jeszcze gorzej, nie dawała się dotknąć, piszczała. Bardzo cierpiała. Był pierwszy dzień świąt. Weterynarz w moim mieście ani czterej w sąsiednich nie odbierali. W Szczecinie także cisza... Mój dzielny, kochany rudzielec wytrzymał do 08:00 rano. W końcu weterynarz w mojej miejscowości odebrał, zabraliśmy Tinkę, zasnęła o 08:30.
Nie mogę uwierzyć, że to już rok. Była członkiem rodziny. Tak bardzo za nią tęsknię.
1-go czerwca na świat przyszła Diana, golden retriever. A 25 lipca zamieszkała z nami :)