Moniczko, mimo że Guarcio był już starszym i schorowanym Panem, śmierć przyszła niespodziewanie. Niestety, stało się to, czego bałam się najbardziej. 30 listopada, wieczorem, nagle jego stan gwałtownie się pogorszył. Pojechałam na nocny dyżur do weterynarza i nie było już ratunku. Musiałam podjąć decyzję o eutanazji...
Tak, Guaro był wyjątkowo silny, dzielny, kochający. Każdego dnia starał się dla mnie z całych sił walczyć ze swoją chorobą. A ja walczyłam o to, by minimalizować wszelkie dolegliwości, by nie cierpiał i mógł cieszyć się wspólnie spędzonymi chwilami. Ale tej radości było coraz mniej... Lekarz powiedział, że to cud, że tak długo żył z tak wielkim guzem.