Witajcie! To mój pierwszy post, zarejestrowałam się tutaj, żeby wyżalić się komuś, kto mnie zrozumie...
Mój jamnik jest moim wybłaganym zwierzem, o którym marzyłam, odkąd pamiętam (a może inaczej, nie chciałam jamnika, wyłam za owczarkiem niemieckim, ale do mieszkania w bloku nie byłby to dobry wybór). Rodzice nie chcieli psa, bo bali się, że mi się znudzi i nie będę się nim opiekować. W 1993 roku zmarł mój tata i właśnie wtedy mama zgodziła się na psa, chyba żeby wynagrodzić mi ból po stracie rodzica. Miałam wtedy 8 lat i wtedy pojawił się u nas mój malutki, najukochańszy Pikuś :) Obawy mamy okazały się bezpodstawne, byliśmy z Pikiem nierozłączni aż do czasu, kiedy wyjechałam na studia do Wrocławia w 2004 roku. Opieka nad psem (już nie młodym) przeszła na mojego osiem lat młodszego ode mnie brata, moją mamę i jej partnera. Zajmowali się nim ładnie, ale bardzo rzadko chodzili do weta, co ciężko mi wytłumaczyć. Tak naprawdę mama chyba nie lubi zwierząt. Ja w domu bywałam na kilka dni co dwa - trzy miesiące.
W tej chwili jestem już przed październikową obroną dyplomu i kursuję między domem rodzinnym, a Wro. W poniedziałek byłam u weta z Pikusiem. Okazało się, że narośl na pyszczku (momentalnie urosła od początku roku), która przeszkadza mu jeść i od czasu do czasu sączy się z niej krew, to jakiś rodzaj raka. Usłyszałam, że można próbować to operować, ale nikt w Świebodzinie (miasto rodzinne) się tego nie podejmie i trzeba by było jechać do oddalonej o 50 km Zielonej Góry, gdzie zdecydowaliby, czy go zooperują. Pik zawsze totalnie świrował w samochodzie i nie wiem, jak miałabym go dostarczyć :/ Wet powiedział też, że są nikłe szanse, że pies ze względu na swoje 16 lat przeżyje narkozę... W związku z tym podjęłam decyzję o eutanazji... W tej chwili jestem w domu sama z Pikiem i moim wrocławskim zwierzaczkiem, czteroletnia króliczką Torą, reszta domowników pojechała sobie na wakacje w góry...
Biję się z myślami, czuję się jak kat, morderca i zdrajca w jednym, od niedzieli bęczę conajmniej kilka godzin dziennie. Nie wiem, czy podejmuję dobrą decyzję. Dlatego szukam wsparcia tuatj. Tę ostatnią podróż zaplanowałam na środę, czyli jutro. Przyjeżdża do mnie mój chłopak i zrobimy to razem, sama z pewnością nie dałabym rady. Pikuś je tylko miękkie pokarmy, ale ma apetyt, cieszy się na mój widok. Fakt, jest przygłuchawy, przyślepawy i dużo śpi, no ale w końcu ma te swoje lata. Nie chodzi na spacery tak chętnie jak kiedyś, ale jeśli coś go zainteresuje, to wstępuje w niego duża siła. Niestety wczoraj siedząc z nim na podłodze, wyczułam jakiegoś guzioła u niego pod skórą na szyi. Nie wiem, co robić. Niby już wszystko postanowione, ale jakoś nie mogę się z tym pogodzić, nie wiem, czy to słuszna decyzja. Mam też żal do rodziny, że nie reagowali szybciej na jego chorobę. A przede wszystkim obwiniam siebie, że tak to wszystko wygląda.
Nie wiem, jak ma wyglądać jutro. Chwilami myślę, że sobie nie poradzę, nie dam rady. Mój chłopak nie chce, żebym szła z nimi do weta, boi się o mnie. Ja nie boję się o siebie, tylko o to, że Pik wyczuje mój ból i będzie wiedział, że go zabijam... Trzy lata temu w na przystanku tramwajowym (w drodze do weta) odszedl mój pierwszy wrocławski zwierzaczek, królik Morris. Wpadłam w taką histerię, że pół ulicy się zbiegło, cyrk odstawiłam. Boję się, że teraz będzie tak samo. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, że nie odprowadzam Pika za Tęczowy Most, jestem mu to winna za te 16 wspólnych lat. Naprawdę, nie wiem, co robić. Mało było w moim życiu chwil, kiedy tak bardzo cierpiała...
Przepraszam, że pewnie nie składnie piszę, ale kociokwik emocji we mnie.