Jump to content
Dogomania

mya

Members
  • Posts

    10
  • Joined

  • Last visited

About mya

  • Birthday 06/02/1985

Converted

  • Biography
    Świeżoupieczona mgr inż. :)
  • Location
    Wrocław
  • Interests
    rysunek, tenis, tarot

mya's Achievements

Newbie

Newbie (1/14)

10

Reputation

  1. Ipek był już dziaduniem, miał raka (z przerzutami już na koniec), każda próba ratowania go wiązała się z ogromnym ryzykiem utraty go. Ponieważ praktycznie do końca zachowywał się jak zdrowy szczeniaczek (wet mówił, że widocznie go nie boli), to nie chcieliśmy poddawać go operacjom. Pod koniec ubiegłego tygodnia nagle poczuł się bardzo źle, nie jadł, nie chodził, nie chciał pić. Cierpiał... Podjęliśmy decyzję, że pomożemy mu odejść... Mimo całego bólu i tęsknoty za nim paradoksalnie cieszę się, że teraz znowu czuje się dobrze. I czeka na mnie. Wierzę, że się jeszcze spotkamy :)
  2. Dziękuję za odpowiedzi! Oczywiście adopcję też biorę pod uwagę. Tylko zastanawiam się, jak to wygląda, jeśli psina jest daleko od Wrocławia, a ja nie mam jak po nią pojechać? :roll: Bo chyba podróż pociągiem z drugiego końca Polski nie będzie zbyt komfortowa ani dla mnie, ani dla ipka.
  3. Pikuś, Parówo kochana, dziękuję Ci za 16 lat (równo 2/3 mojego życia) najpiękniejszej, wyczekanej, wybłaganej u Rodzicielki przyjaźni. Miałeś być dostojnym wilkiem, a pojawiłeś się jako głupiutki maluch mieszczący się w dłoniach, jedyny i wyjątkowy. Do zobaczenia za Tęczowym Mostem, Mądralo... Jeszcze się spotkamy i będzie tak jak dawniej, obiecuję! Twoja Nastka. ['] 14.09.2009r.
  4. Ja dzisiaj uśpiłam mojego 16-letniego, schorowanego jamniola. Teraz siedzę i bęczę, nawet nie umiem opisać tego, co czuję. Straciłam najukochańszego przyjaciela, który był ze mną 2/3 mojego życia. To niesprawiedliwe, że nie ma ich już z nami :(
  5. Dzisiaj pożegnałam mojego 16-letniego jamniola, Pika :( Z pewnością wiele czasu jeszcze minie, zanim pogodzę się z tą stratą, jednak jak niczego innego jestem pewna, że chcę u siebie następcę mojego najukochańszego przyjaciela. Nie dziś, nie jutro, nie za miesiąc, ale wkrótce... Chcę krótkowłosą, podpalaną czarną parówę, miniaturkę lub ewentualnie standard. Mieszkam we Wrocławiu. Czy znacie jakieś hodowle godne zaufania i polecenia w mojej okolicy (woj. dolnośląskie, wielkopolskie, lubuskie)? Wiem, że to może dziwnie wygląda, że już dzisiaj pytam o takie rzeczy... Nie potępiajcie mnie proszę. Ja po prostu nie potrafię żyć z taką pustką w sercu, bez psa na dobre i złe.
  6. Pisałam tutaj jakiś miesiąc temu. Pod koniec ubiegłego tygodnia stan Pika dramatycznie się pogorszył, nie chciał się ruszać, pił wyłączenie z łyżeczki, nie jadł. Dzisiaj pomogliśmy mu odejść... Byliśmy z nim do samego końca. Pocieszam się, że podarowaliśmy mu chociaż kilka tygodni więcej :(
  7. Dziękuję Wam wszystkim za odpowiedzi. Po tych dwóch okropnych dniach podjęłam decyzję, że jeszcze nie czas na Pika, że mimo starości i choroby, to jeszcze jest w nim zbyt duża wola życia, by mu je odbierać. Zdaję sobie sprawę, że to jest końcówka, ale zrozumiałam, że nie ostateczność. A kiedy będzie już naprawdę trzeba, to pomogę Pikowi w tej ostatniej drodze. Ależ szalenie mi ulżyło, napięcie ulatuje i z tego wszystkiego okropnie zaczyna boleć mnie głowa, ale mimo tego jestem przeogromnie szczęśliwa :)
  8. Właśnie stąd głównie biorą się moje dylematy - nie wiem, czy on cierpi, a jeśli tak, to czy mocno. Widzę, że jest smutny i o wiele mniej aktywny, niż kiedyś, ale równocześnie potrafi bardzo cieszyć się, kiedy np. wchodzę do domu, albo kiedy się go głaszcze, to wywraca się na plecki i pokazuje zadowolony brzuszek. Jednocześnie widzę, że ta narośl rośnie w oczach i pewnie szybko dojdzie do sytuacji, kiedy on już zupełnie nie będzie mógł jeść...
  9. Weterynarz powiedział, że teraz już będzie tylko gorzej, chciałam mu tego oszczędzić.
  10. Witajcie! To mój pierwszy post, zarejestrowałam się tutaj, żeby wyżalić się komuś, kto mnie zrozumie... Mój jamnik jest moim wybłaganym zwierzem, o którym marzyłam, odkąd pamiętam (a może inaczej, nie chciałam jamnika, wyłam za owczarkiem niemieckim, ale do mieszkania w bloku nie byłby to dobry wybór). Rodzice nie chcieli psa, bo bali się, że mi się znudzi i nie będę się nim opiekować. W 1993 roku zmarł mój tata i właśnie wtedy mama zgodziła się na psa, chyba żeby wynagrodzić mi ból po stracie rodzica. Miałam wtedy 8 lat i wtedy pojawił się u nas mój malutki, najukochańszy Pikuś :) Obawy mamy okazały się bezpodstawne, byliśmy z Pikiem nierozłączni aż do czasu, kiedy wyjechałam na studia do Wrocławia w 2004 roku. Opieka nad psem (już nie młodym) przeszła na mojego osiem lat młodszego ode mnie brata, moją mamę i jej partnera. Zajmowali się nim ładnie, ale bardzo rzadko chodzili do weta, co ciężko mi wytłumaczyć. Tak naprawdę mama chyba nie lubi zwierząt. Ja w domu bywałam na kilka dni co dwa - trzy miesiące. W tej chwili jestem już przed październikową obroną dyplomu i kursuję między domem rodzinnym, a Wro. W poniedziałek byłam u weta z Pikusiem. Okazało się, że narośl na pyszczku (momentalnie urosła od początku roku), która przeszkadza mu jeść i od czasu do czasu sączy się z niej krew, to jakiś rodzaj raka. Usłyszałam, że można próbować to operować, ale nikt w Świebodzinie (miasto rodzinne) się tego nie podejmie i trzeba by było jechać do oddalonej o 50 km Zielonej Góry, gdzie zdecydowaliby, czy go zooperują. Pik zawsze totalnie świrował w samochodzie i nie wiem, jak miałabym go dostarczyć :/ Wet powiedział też, że są nikłe szanse, że pies ze względu na swoje 16 lat przeżyje narkozę... W związku z tym podjęłam decyzję o eutanazji... W tej chwili jestem w domu sama z Pikiem i moim wrocławskim zwierzaczkiem, czteroletnia króliczką Torą, reszta domowników pojechała sobie na wakacje w góry... Biję się z myślami, czuję się jak kat, morderca i zdrajca w jednym, od niedzieli bęczę conajmniej kilka godzin dziennie. Nie wiem, czy podejmuję dobrą decyzję. Dlatego szukam wsparcia tuatj. Tę ostatnią podróż zaplanowałam na środę, czyli jutro. Przyjeżdża do mnie mój chłopak i zrobimy to razem, sama z pewnością nie dałabym rady. Pikuś je tylko miękkie pokarmy, ale ma apetyt, cieszy się na mój widok. Fakt, jest przygłuchawy, przyślepawy i dużo śpi, no ale w końcu ma te swoje lata. Nie chodzi na spacery tak chętnie jak kiedyś, ale jeśli coś go zainteresuje, to wstępuje w niego duża siła. Niestety wczoraj siedząc z nim na podłodze, wyczułam jakiegoś guzioła u niego pod skórą na szyi. Nie wiem, co robić. Niby już wszystko postanowione, ale jakoś nie mogę się z tym pogodzić, nie wiem, czy to słuszna decyzja. Mam też żal do rodziny, że nie reagowali szybciej na jego chorobę. A przede wszystkim obwiniam siebie, że tak to wszystko wygląda. Nie wiem, jak ma wyglądać jutro. Chwilami myślę, że sobie nie poradzę, nie dam rady. Mój chłopak nie chce, żebym szła z nimi do weta, boi się o mnie. Ja nie boję się o siebie, tylko o to, że Pik wyczuje mój ból i będzie wiedział, że go zabijam... Trzy lata temu w na przystanku tramwajowym (w drodze do weta) odszedl mój pierwszy wrocławski zwierzaczek, królik Morris. Wpadłam w taką histerię, że pół ulicy się zbiegło, cyrk odstawiłam. Boję się, że teraz będzie tak samo. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, że nie odprowadzam Pika za Tęczowy Most, jestem mu to winna za te 16 wspólnych lat. Naprawdę, nie wiem, co robić. Mało było w moim życiu chwil, kiedy tak bardzo cierpiała... Przepraszam, że pewnie nie składnie piszę, ale kociokwik emocji we mnie.
×
×
  • Create New...