Witam,
Kiedyś ktoś jechał na działkę i zauważył psa śpiącego przy drodze. Biedny, smutny, czarny pies. Ten ktoś się zatrzymał, ale pies podkulił ogon i uciekł. Gdy ten ktoś wracał do domu po paru godzinach, pies nadal leżał przy drodze. I na drugi dzień też. Ten ktoś postanowił, że pomoże temu psu. Zaczął od przywożenia jedzenia i wody. Codziennie, o tej samej godzinie. Nic się nie zmieniło. Jak tylko samochód sie zatrzymał - pies uciekał. Ale jak ten ktoś pomyślał sobie, jak temu psu jest tu źle, jak mu musi być smutno i jak jest niebezpiecznie - postanowił zrobić coś więcej. Nie udały się dwie próby złapania psa przez hycla, nie poskutkowały tabletki nasenne od weterynarza. Nic. Ale ten ktoś był uparty. I jeździł do psa codziennie przez ponad 2 tygodnie. I pewnego dnia jak pies zobaczył, że zatrzymuje się samochód - przybiegł. Z podkulonym ogonem, smutny, ale przybiegł. Zatrzymał się kilka metrów przed samochodem i zaczął uciekać. Ale ten ktoś zaczął go wołać, prosić, błagać, żeby wrócił - bo wpadnie pod samochód, bo jest mu źle przy tej drodze, bo jest cały w kleszczach i pchłach. I pies się zatrzymał i zamerdał ogonem. Najpierw nieśmiało, podszedł bliżej samochodu, obszedł go kilka razy, pokąsał wyciągnięte do niego ręce. I znów uciekł na kilka metrów. Wtedy ten ktoś już nie wytrzymał - rozpłakał się i we łzach zaczął błagać psa, żeby wrócił. I pies przyszedł. I dał się włożyć do samochodu. I został. I jest bezpieczny i mam nadzieję szczęśliwy.
Ten ktoś to ja. A pies - to nasz DZIKUS.
A teraz o co chodzi: my już mamy jednego psa. Czarnego Teriera Rosyjskiego, który mieszka z nami w mieszkaniu, natomiast Dzikus jest na działce, tam gdzie się "remontujemy". I psy się strasznie nienawidzą. Wiziały się kilka razy - i za każdym razem to samo - gdybyśmy je spuścili ze smyczy - to by się zagryzły. Oba ważą po ponad 40 kg, oba są nieustepliwe. Jesteśmy bezsilni. Proszę, powiedzcie jak mam je pogodzić? Spotykaliśmy je na neutralnym gruncie i jak szliśmy na spacer to po kilkudziesięciu metrach szły spokojnie ok. 2m od siebie. Ale jak tylko któryś się po coś zatrzymał - od razu chciały się gryźć. Boiy się spuścić je ze smyczy, bo myślę, że tylko jeden wyjdzie z tego cało. A ja bym sobie tego nigdy nie wydarowała.
Za ogrodzeniem jest jeszcze gorzej. Oba myślą, że są u siebi. I nie ma znaczenia, czy my jesteśmy, czy nie. Chcą sie gryźć cały czas. We wrześniu mamy tam zamieszkać. Do tego czasu muszą się jakoś pogodzić, bo nie wiem co będzie. Prosze o rady.
pozdrawiam
Maszmietowke