Wczoraj podjęłam tą straszną decyzję.Kole zabrałam ze schroniska gdy miała 5 lat.Przez następne 6 lat była częścią naszej rodziny,ale wybrała sobie mnie.Chodziła za mną wszędzie.Była wesołym, rozbieganym psem w typie owczarka australijskiego.Pół roku temu wykryto u niej raka wątroby ,a przy jej chorym sercu została tylko farmakologia.Powstało wodobrzusze ,więc ściąganą miała wodę.Przy tym zabiegu pocierpiała ,ale potem była weselsza i lżejsza,ale było coraz gorzej.Zabiegi coraz częstsze i ataki kaszlu i problem z oddychaniem i chodzeniem.Aż nadszedł kryzys.Wynoszenie na spacer,brak apetytu, biegunka i najgorsze atak duszności w nocy.Prawie się udusiła patrząc błagalnie na mnie i wtedy pomyślałam ,że nie mogłabym patrzeć jak się dusi.Myślałam o tym już wcześniej ,ale chciałam żeby odeszła naturalnie , w domu.Wolałam dla niej żeby odeszła we śnie i nie mogłabym patrzeć jak się dusi. Odeszła spokojnie z główką na moich rękach.Dzisiaj straszna myśl po przebudzeniu- Ufała mi ,a ja ją uśpiłam.Może pochodziłaby powolutku po trawce i leżała na kanapie,a ja jej nie dałam wyboru.Ryczałam,przepraszałam i chciałam cofnąć czas.Ten wątek mnie trochę uspokoił.Może tego ,by właśnie chciała.Ona ma spokój, a ja nigdy nie zapomnę jak zostawiam ją samą już za TM wychodząc z gabinetu, a ona nie lubiła jak zostawiam ją samą i bała się wizyt u weta.
Przepraszam jeśli moja wypowiedz jest zbyt wylewna lub kogoś uraziła , ale musiałam to napisać.Tak naprawdę chciałabym to wykrzyczeć.Była wspaniałym psem i najlepszym przyjacielem.