Witam,
od dłuższego czasu chodzi za mną potrzeba posiadania psa. Kiedy miałam 9 lat, przygarnęliśmy kundelka z dworu, ogromnie oddane stworzenie z niej było. Niestety w wyniku złego leczenia nerek (weterynarz leczył ją na coś zupełnie innego, niż należało), odeszła kilka lat. Teraz okrutnie brakuje mi psiego towarzysza. Choć na razie nie mam warunku trzymać zwierzaka, planuję go na przyszłość. Problem polega na tym, że narzeczony nie wyobraża sobie psa w domu. Nie chodzi o to, że pies ma być przy budzie, ale żeby miał wszędzie po domu chodzić to nie bardzo mu pasuje. Jakich argumentów użyć, żeby już teraz powoli przyzwyczajać go do myśli, że to żadne świętokradztwo? W końcu dobrze ułożony pies ani nie łazi po stole, nawet po kanapie i fotelach, wie, że nie ma mowy o spaniu w łóżku itd. Psa można wychować. Tylko jak to przetłumaczyć? Dodam, że wybranek mój wychowywał się w domu z ogrodem na wsi, gdzie psy biegały po podwórku i miały wstęp co najwyżej do przedsionka. Ja jestem z bloku, więc dla mnie pies w domu to żadna nadzwyczajność.
Pozdrawiam i z góry dziękuję za rady! :)