Nie jest łatwo...
Przygarnia te największe bidy - zazwyczaj schorowane, starsze i niepełnosprytne. I one sobie tak u niej beztrosko żyją, dźwiga je (choć jej nie wolno!), pielęgnuje, wozi na wizyty i walczy o nie... do końca... a później przeżywa każde odejście Jak dzisiaj!
Kto ma młode psy, ten się cieszy takim "względnym spokojem" - rutynowa wizyta, szczepienia, ząbki, pazurki... (wiecie o co chodzi)
Ona takiego "spokoju" nie ma, bo co rusz któryś ogonek niedomaga (delikatnie mówiąc, bo te choroby są grubego kalibru")... i odchodzi pozostawiając Marysię zapłakaną.