Witam :) do tej pory nie udzielałam się "postowo" na Waszym forum, tylko podczytywałam. Sama nie mam psa (tylko szczury :evil_lol:), ale wychowywałam się wśród nich, moja i mojego męża rodziny mają psy itd. Nigdy się ich nie bałam- aż do wczoraj :roll: Jeździliśmy rowerami po bielańskim i rzucił się na mnie wilczur (bez smyczy, bez kagańca). Nie było mowy o żadnych sygnałach ostrzegawczych- zjawił się znienacka za moimi plecami i doskoczył do nogi. Całe szczęście, że nie przebił skóry (chociaż objął szczęką pół mojego uda, noga jest totalnie sina i obrzęknięta, boli jak diabli) i nie gryzł po zrzuceniu mnie z roweru (w tym czasie już biegł na niego mój mąż, więc nie wiem, czy się przestraszył, czy wystarczyło mu, że mnie zrzucił).
Ale do rzeczy: dopiero wtedy do mnie dotarło, jaką siłę ma taki bysior i jak szeroko otwiera paszczę :p A co dopiero mówić o bardziej agresywnych psach (wiem, że to stereotypowe myślenie, ale od razu w głowie pojawił mi się obraz atakującego amstaffa)- w takiej konfrontacji po prostu nie mam żadnych szans :( Długo wczoraj rozmawialiśmy z mężem- jak się zachować na przyszłość. Wiem, że nie powinno się uciekać- ale jak już jadę rowerem i pies na mnie biegnie z zamiarem ataku- to co, zatrzymywać się ? Myśleliśmy też o gazie i fince- nigdy nie myślałam, że mogłabym zranić czy zabić zwierzę (w ogóle wychodzić na rower z nożem :crazyeye:), ale po wczorajszym wypadku wiem, że wolałabym mieć nóż i się bronić jednak :( Ja bym raczej celowała w oczy lub w gardło :( Mężczyzna może rzeczywiście jeszcze mocno kopnąć, chociaż wątpię, by to pomogło przy wściekłym ataku.
Mojej mamie zdarzyło się gdy wracała z pracy, że drogę zaszła jej duża warcząca suka (mama nie mogła jej ominąć, to była jedyna ścieżka, którą mogła przejść)- zaczęła na nią krzyczeć stanowczym głosem, tak jakby wydawała komendy- i suka spasowała.
No nic, mam nadzieję, że taka sytuacja już mi się nie przytrafi i nie będę musiała sprawdzać skuteczności gazu czy finki :shake: Pozdrawiam