Westa była ON-kiem. Była śliczna, kochana, kiedyś jak byłam mała (miałam ze 3 lata) byłam z siostrą i babcia na spacerze i napadła nas wataha psów, to Westa je odciągnęła i wróciła do domu bez kagańca :). Kiedyś jak ją wypuszczałam z kojca, to wydała mi się taka smutna, zawsze wybiegała, wszystko obwąchiwała i potem się bawiła ze mną, a wtedy wyszła i położyła się pod schodami. Od razu wiedziałam, że coś się stało, ale rodzice to zignorowali, i powiedzieli, że pewnie się nie wyspała, czy coś, a jak nie poprawi jej się do soboty (załóżmy) to pojedziemy do weta. I pojechaliśmy, od razu wiedział, że to ropomacicze. Westa przeszła wiele. Tyfus, złodziej-intruz... Same zastrzyki nie wystarczyły. Trzeba było wysterylizować Westę.. Wszystko było ok, operacja przeszła spokojnie, wszystko ok. Gdy tata po nią pojechał do weterynarza, była bardzo szczęśliwa, a jak wiadomo po operacji osłabiona (serce, itp), kiedy go zobaczyła (tatę) jej serducho nie wytrzymało.. I miała zawał. To właśnie dowód wierności psów, kotu nic by się nie stało, bo kot nie jest tak wierny,i chodzi własnymi ścieżkami, a pies, gdy widzi swojego pana szaleje ze szczęścia...
[*]
[*]
[*]