Chciałam się pożegnać z moim jedynym prawdziwym przyjacielem, jakiego miałam - z moją pudelką Bulinką. Była z nami 12 lat - przeurocza, niesamowicie mądra, zabawna, przytulajka, zawsze wiernie czekająca, posłuszna. Rano wskakiwała mi na łóżko, żeby mnie powitać. Kiedy wracałam ze szkoły czekała przy drzwiach z moim papciem w pyszczku i merdała swoim maleńkim ogonkiem, a wieczorem wpychała się na moje kolana i cierpliwie czekała na drapanie za uchem. Była dla mnie całym światem...
Przez ostatni miesiąc życia jej stan się pogarszał. Wiem, że ją bolało, ale ona cierpiała po cichutku. Ostatni dzień życia leżała na swoim 12-letnim kocyku na trawie, w cieniu drzewa w ogrodzie. Podeszłam do niej ostatni raz, poprawiłam jej cudowne blond loczki, które ciągle spadały jej na oczka. Popatrzyła na mnie, ostatkiem sił podniosła swoja cierpiącą główkę... Miała w oczach coś takiego, czego nie zapomnę do końca życia, ona tak bardzo chciała żyć. Wiedziałam, że chciała wstać, przytulić się do mnie, ale już nie miala siły. Oglądnęłam się za nią ostatni raz - musiałam już iść na autobus i jechac na kolejny tydzień studiów do Krakowa. Całą drogę myślałam, czy rodzice powinni pomóc jej odejść. Wiedziałam, że choć po ciuchu, jednak cierpi. Ale kiedy przypomniałam sobie to jej ostatnie spojrzenie... Na drugi dzień zadzwoniła mama, że Bulinka odeszła.
30 maja miną 3 lata, odkąd odeszła, a ja otwierając drzwi ciągle jeszcze widzę jej uśmiechniętą mordkę. Nigdy jej nie zapomnę. Mam tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś ją zobaczę. Zawsze będę Cię kochać Bulinko...