Kiedy byliśmy na Mazurach, w Wilczym szańcu spotkaliśmy panią, która najpierw zaniemówiła na widok beldonka, a potem cudnie roztłumaczyła jego imię- Bel- Don, czyli Piękny Pan... i to by się zgadzało, prawda? Jeśli ktoś myśli inaczej, pozywam go na walkę pieszą alboli też konną, na noże, widelce, albo łyżki- obiad niedługo. Jasne, że tusia rządzi, ale lubią się z Beldonem, to widać. Na początku tusia chowała się pod taboret, na którym siedział jej pan. Beldon kładł się obok i delikatnie, powolutku czołgał w stronę Tusi. Kiedy jej się wydawało, że jest za blisko, zacvzynała warczeć, a Beldon z westchnieniem się wycofywał, po chwili taniec zaczynał się od początku, ale Tusia za każdym razem pozwalała podejść się nieco bliżej. Teraz jedzą z jednej miski, ale nie równocześnie.