Witam wszystkich bardzo serdecznie. To mój pierwszy post na dogo, ale czytam to forum od dłuższego czasu. jestem też właścicielką suni chorej na nerki. Przeczytałam cały wątek ponad miesiąc temu, popłakałam się w trakcie nie wiem ile razy, ale jakoś nie mogłam się dopisać. Piszę natomiast teraz, żeby dać iskierkę nadziei wszystkim walczącym o ukochane czterołapki. Moja Kajusia ma w końcu od kilku tygodni wyniki w normie i jest jak nowa!!! Ale od początku. Moja sunia ma 15 lat i jest kundelkiem. Cała sprawa zaczęła się u nas od zapalenia jelit w czerwcu. tydzień antybiotyku, pies zdrowy. Jednak po paru dniach dostała strasznej gorączki i okazało się, że w związku ze spadkiem odporności wywiązało się śródmiąższowe zapalenie płuc. bezpośrednią przyczyną były kłopoty z krążeniem, bo psica ma przerost przegrody i od paru lat bierze juz leki kardiologiczne. Zapalenie płuc przechodziła bardzo ciężko, kolejne antybiotyki nie pomagały, w końcu po prawie dwóch tygodniach jakieś dwa skojarzone ze sobą zadziałały, oprócz nich jakiś super lek na odporność, dodatkowe leki na serce i pies zaczął dochodzić do siebie. Dodam, że Kaja przez cały czas nie miała apetytu, więc zaczęło się karmienie strzykawką... gorączka spadła można było psa zabrać ze szpitala do domu. Nawet zaczęł jeść, więc wszystko zaczęło dobrze wyglądać. Trzy dni później znowy straszny kryzys, pies przestał jeść, ruszać się, chowała się tylko pod stół, wymiotowała żółcią. Badania wykazały mocznik 120 i kreatynine 5, co oznaczało, że mamy polekową niewydolność nerek, co u 15 letniego psa oznaczało bardzo poważny stan. Całodzienne kroplówki nie pomogły, po 5 dniach zdecydowaliśmy się na dializę otrzewnową. Pies poczuł się odrobinę lepiej, po trzech dniach dializ mocznik spadł do 40 kreatynina do 3. Dalej woziłyśmy ją na codzienne kroplówki, psica jednak cały czas była strasznie słaba, nie chciała w ogóle chodzić, ale najgorszy był totalny jadłowstręt. Była przez cały czas karmiona strzykawką, na zmianę przeze mnie i przez moją mamę. Każde karmienie oznaczało walkę z broniącym się, plującym, trzęsącym się psem. Albo poprostu trzymała tą zmiksowaną papkę w pysku, aż wszystko wyciekło bokami. Kaja zawszsze była grymaśnym niejadkiem, szansa na to, że będzie sama jadła jakąkolwiek karmę nerkową była równa zeru. Z resztą nie miała przez ten cały czas ochoty dokładnie na nic. Schudła z 12 do 7 kg, do tego doszła atrofia mięśni, bo mijały włąśnie 2 miesiące od tego jak pies przestał praktycznie sam chodzić. Wynoszona na siusiu kładła się. Do tego doszła anemia, więc dla wspomożenia organizmu zdecydowałyśmy się na transfuzję, która niestety nie dała jednak wyraźnej poprawy. W pewnym momencie taki całkowity bezruch psa zaczął nam grozić zastoinowym zapaleniem płuc i w konsekwencji ...wiadomo czym. Przez ten cały czas oczywiście pies jeździł na codzienne kroplówki, całe łapki miała popuchnięte, nie było gdzie wbijać wenflonów. Mocznik utrzymywał się na stałym poziomie ok. 70, kreatynina 2,3. Wtedy też zdecydowałam, że muszę ją jednak zmusić do ruchu, bo jak nie to nasza walka nie ma juź szans. Kupiłam szelki żeby nie szrpać Kajuni za szyję i zaczęłąm dosłownie włóczyć psa za sobą. trzeba było ją odnieśc kawałek od domu, to sama łapka za łapką powolutku wracała. I pewnego dnia... sama pobiegła. A po spacerze przyszła do miski. !!!!!!!!! i wyszła wreszcie spod stołu i wdrapała się na wersalkę!!! W tamtym momencie nastąpił z dnia na dzień tak spektakularny zwrot akcji, że nie mogłam w to uwierzyć. Jakiś czas potem mocznik wzrósł nam do 110, ale kreatynina trzymała się na poziomie 1,9 więc zrobilyśmy kolejną dializę, żeby odciążyć nerki. Spadło do 40 i 1. I na tym poziomie się utrzymywało. Trzy ostatnie badania wykonywane w odstępach ok. tygodniowych wykazują, że wszystko jest całkowicie w normie!!!. 9 października świętowaliśmy w domu pierwszy od początku czerwca dzień bez wyjazdu do weta!!!! Od tamtej pory jeżdzimy tylko dwa razy w tygodniu na wlew podskórny, tzw. "bulkę" :p Pies odżywiony kroplówkami jest jak nowy :multi: Skacze,szczeka, chodzi po 2-3 km dziennie. Dopiero teraz wiem, ta walka miała sens. Nie wiem sama ile razy opłakałm, to że moja najdroższa, najukochańsza towarzyszka wszystkiego odchodzi. Kaja była ze mną wszędzie przez większą część mojego życia. W dodatku chodziła ze mną na prawdę prawie wszędzie. Na imprezy, na koncerty, do knajpy, do koleżanki na noc, na egzaminy na studiach, a ostatnio nawet czasem do pracy. W czasie jej choroby płakałam przy jej karmieniu, bo wiedziam, że doprowadziłam do tego, że mój pies się mnie boi i że mnie nie lubi. Płakałam z nią pod stołem, jak widziałmże nie może sie podnieść. W nocy spałam z nią na jej kocyku ( w łóżku rzecz jasna) i buczałam, bo nasłuchiwałam, któy oddech będzie ostatni. Zaplanowałm gdzie ją pochowam i w co ją zawinę. Ale czułam, ze obie nie jesteśmy gotowe do tego rozstania. Ona mimo wszystko się nie poddawała więc ja też nie mogłam. I na szczęście udało się.
Przepraszam was wszystkich, że się tak straszliwie rozpisałam, ale musiałam. Chciałam wszystkim prowadzącym to wyczerpującą walkę powiedzić: Miejcie jeszcze nadzieje, nam się na razie udało. Mam świadomość, że nie przedłużę piętnastolatce życia w nieskończoność. Ale Kaja w tej chorobie dała mi coś ważnego. Przekazała taką informację: warto walczyć o każdy dzień kiedy jestem z tobą i dobrze się czuję. Teraz każdy jej podskok, szczeknięcie i spacer, kiedy gania w trawie ma znaczenie i się nim cieszę jak głupia. Psie Carpe Diem.