Miałam psiaka owczarka środkowoazjatyckiego miał półtora miesiąca. Niedawno siedziałam na schodach i zaczął przeraźliwie wyć, myślałam że ma zły sen, więc poszłam go pogłaskać i obudzić.Niestety nie przestał krzyczeć, nie wiedziałam czy on śpi tak mocno, że nie mogę go obudzić czy co?Chłopak go wyniósł na trawę, on nie reagował..Moja mama wyleciała ze stajni, gdyż mieszkam na wsi, cuciła go wodą myślałam ze może moje niedopatrzenie i zjadł kość i myślałam ze jak mu ręką wleje trochę to przejdzie, ale nie. Zanim dowiozłam go do weterynarza, umarł mi na rękach.To były ułamki sekundy. Lekarz powiedział że i tak by się nie dało nic zrobić, choć ja w to nie wierzę czekałam na niego 20 minut pod lecznicą.Może mój piesek by żył, gdybym pojechała do innego który był 13 km dalej, miałam nadzieje, że on żyje ale chyba umarł gdy jechaliśmy, ale ja wciąż wierzę,że mogłam coś zrobić.Winie siebie za to, mogłam może go bardziej pilnować.Lekarz powiedział, że to było zatrucie, bo miał powiększoną wątrobę albo mógł zjeść jakąś kość, albo skręt kiszek, a może zawał serca. Proszę jeśli ktoś spotkał się z takim przypadkiem mógłby coś mi napisać o tym, gdyż nie chciałam robić mu sekcji.Jestem podłamana od 2 dni i nie mogę sobie dać rady, jestem nieobecna i nie daje mi spokoju to, że nie wiem dlaczego on już nie żyje, zadaję sobie to pytanie i nie znajduje odpowiedzi.