Miałam wiele psów. Umierały różnie. Czasem naturalnie, czasem choroba tak się nasilała, ze podejmowaliśmy decyzję o uśpieniu. Pierwszy był kot chory na raka. Jak już usiłował z bólu wejść pod wanne i tam dokonać życia a oczy mu zgasły jak światełka, pojechaliśmy do weta. To było straszne. Nigdy więcej. Potem choroba wymusiła uśpienie jednego, za rok drugiego psa. Były to staruszki wymęczone chorobą. W pewnym momencie widac, że zwierzak ma dość i godzi się ze śmiercią. Ale umierały w domu z nami, przytulone i uspione przez znajomego im weta. Było nam łatwiej to przejść, mamy nadzieję, że im też. Nie tak okropnie jak Maciuś, kot usypiany bezosobowo w lecznicy (wet nas wyprosił z sali).