Wraz z ostatnim oddechem swojego psa, dowiadujesz się, że ostatnie Święta były wyjątkowe. Wciąż masz potrzebę, częstowania go resztkami ze stołu. W sklepie zastanawiasz się czy ma jeszcze karmę. Patrzysz na obroże w sklepie zoologicznym, bo czas już wymienić starą, po czym kiedy chcesz ją założyć mu na szyję, kołek w gardle budzi Cię ze snu. Masz mokre oczy i nikogo kto odebrałby smutek. Ja, po utracie ukochanego psa, wróciłam do domu z nową obrożą dla niego. Kupioną za ostatni grosz. Mam ją do dzisiaj, nie wiem sama dlaczego. Wciąż chyba nie nauczyłam się tracić. Pamiętam jak długo nie mogłam się zdecydować na adopcję. Miałam wrażenie, że zdradzę mojego ukochanego Albina. Snułam się po mieście, patrzyłam z zazdrością na ludzi, którzy spacerowali ze swoimi psami.
Zaczepiła mnie kobieta, bardzo stara z psem, który miałam wrażenie już dawno jej starość prześcignął.
Powiedziała, „widzę, że bardzo Panią kochają psy". Zaadoptowałam Borysa zaraz po smierci ukochanego psa.
Zazdrościłam jej siły, dzięki której podjęła tak szybką decyzję o adopcji. Pamiętam jak dziś co powiedziała do mnie „to, że nie radzimy sobie z emocjami, które towarzyszą stracie, nie znaczy, że ma przez to cierpieć jakiś pies w schronisku …” Tydzień później zaadoptowałam Gucia, psa, którego nikt nie chciał. Okazało się, że jesteśmy dla siebie najlepszym plastrem na rany. Znalazł u mnie dom, dzięki starej kobiecie, której nigdy nie udało się nam już spotkać. Chciałam aby ja poznał, do dzisiaj bardzo tego pragnę.
Obroża Albina wciąż w szufladzie. Tak naprawdę mogłabym nią Gucia owinąć siedem razy, w jego najszerszym miejscu. Nigdy jej nie widział ... sama nie wiem dlaczego.