Piesek ma półtora roku. Do grudnia nigdy nie miał dość spacerów. W grudniu miał spotkanie z petardą (wystrzeliła 50 m od niego) i przez tydzień bał się wychodzić. Potem nowy rok i tydzień po wystrzałach noworocznych było już ok. Potem nagle po jakichś trzech tygodniach w czasie spaceru ok 10 na wybiegu na którym nigdy nic złego mu się nie stało nagle popatrzył z lękiem w niebo po czym dał dyla do domu z podkulonym ogonem i pyszczkiem przy ziemi. Trwało to tydzień po czym znów zaczął się uspokajać. Przez dwa tygodnie było lepiej i od przedwczoraj znów to samo. Nie wiem, czy może mieć to jakieś znaczenie, ale oba przypadki zdarzyły się, gdy spadła temperatura i nadciągnął wyż. Nie wiem, czy to jakiś przypadek neurologiczny, meteoroopatia czy jakiś błąd, który nieświadomie popełniliśmy. Czy komuś przydarzyło się coś podobnego?