Witam,
jestem szczęśliwą właścicielka 4,5 rocznego amstaffa, mam go od 3 lat. Pako ma stwierdzony przez weterynarza, jak i przeze mnie lęk separacyjny, a co za tym idzie... wiadomo... mieszkanie w fatalnym stanie. Niedługo się przeprowadzam, wszystko tam będzie nowe, w starym mieszkaniu już nawet nie przywiązuje uwagi do zniszczonych rzeczy. Jednak żeby tego uniknąć w nowym mieszkaniu kupiliśmy z narzeczonym klatkę kennelowa. Trening był przeprowadzony, wydawało się, że skutecznie... podczas nieobecności jednak pogryzł całą "podłogę" plastikowa która była w klatce (prócz tego ma tam swoje posłanie). Ok. Trudno, ważne że mu się nic nie stało. Jednak kolejnym razem rozgryzł klatkę :( pręty powyginał, pokaleczył cały pysk. Jak weszłam do domu to o mało zawalu nie dostałam. Dodam, że klatka jest ogromna więc miejsce w niej ma. Kupiliśmy najbardziej wytrzymałą, z grubymi prętami. Od czasu tego incydentu z poharatanym pyskiem nie chciał znowu do niej wchodzić, po raz kolejny trening klatkowy poskutkował i znowu traktuje ją jak swój azyl, jednak nawet jak na chwile go zamknę będąc w pomieszczeniu od razu się podnosi i denerwuje. Nie zostawiłam go ani razu zamkniętego w klatce od czasu tego incydentu. Czy macie jakieś pomysły co zrobić? Zastanawiam się nad behawiorysta, może znacie dobrego z Łodzi? I jakie to niesie efekty ze sobą? Ja już jestem bezsilna... a dzisiaj skurczybyk wygryzł gąbkę w kanapie aż do sprężyn a był 2 godziny sam :(