Okazało się jednak, że psinka ma chorobę odkleszczową. W poniedziałek nie mogła stanąć na tylną łapkę, więc pojechaliśmy do weterynarza, który dał jej tylko amoxycyklinę (czy coś podobnego) po czym lepiej się trochę poczuła, ale znowu żadnych badań. Stwierdziliśmy, że czas najwyższy zmienić weterynarza i pojechaliśmy do polikliniki weterynaryjnej i tam zajęli się nią jak trzeba. Zrobili potrzebne badania i wyszła właśnie choroba odkleszczowa :( a przez to bardzo poważna anemia. Dostaje leki i miejmy nadzieję, że uda się ją z tego wyciągnąć. Jak to pani weterynarz powiedziała "Niestety będzie żyła." Jak dla mnie to nie niestety, ale rozumiem, że to żart :) Tak czy inaczej zadowolona jestem, że wiadomo co to jest i nie ma leczenia w ciemno wyłącznie na podstawie wywiadu. Jak dla mnie to paranoja. Żałuję tylko, że 2 tygodnie temu nie pojechaliśmy tam,ale człowiek zawsze myśli, że skoro z wykształcenia weterynarz, to się zna i wie co robi. A on nawet badań krwii jej nie zrobił. 5 minutowa wizyta, dał zastrzyk i kasę wziął. A tu, za kasę niedużo większą mnóstwo badań i godzinna wizyta. Od razu widać inne podejście weta. I człowiek znowu zaczyna wierzyć weterynarzom. Tyle, że drugi koniec miasta. Tak więc teraz trzymamy kciuki, żeby Zuźka z tego wyszła.
Pozdrawiam