Witam. Mam 1.5 rocznego westa (samiec). Mój pies w domu to aniołek :). Niesamowicie posłuszny, pozwalamy mu na bardzo dużo, ale jak się nam coś nie podoba to od razu się słucha. Najbardziej mi aie podoba jak położę jego ulubiony przysmak powiem "nie wolno" i nie ruszy póki nie pozwole - moge iść do innego pomieszczenia a i tak nie ruszy. Szybko załapał sporo sztuczek,więc jest mądrą bestia. Problem zaczyna się gdy wychodzimy na dwór, mieszkamy w mieście i niby od małego miał kontakt z psami -nigdy żaden go nie pogryzl ani jakoś bardziej postraszyl. Ma kilku przyjaciół, właściwie to przyjaciółki nieco większe od niego, samca buldoga francuskiego i jedna sunie wielkości wilczura którą uwielbia, no i nigdy nie warknal na żadnego westa nawet samca. Niestety reszta psów jest "be" szczególnie rasy typu owczarek, wyzel, labrador (czyli wieksze psy), a niektóre nieznajome mniej więcej jego wielkości toleruje dopóki któryś go nie "tyrpnie" nosem. Zazwyczaj wygląda to tak, że mijając dużego psa mój wpada w szał i zaczyna ujadac w kierunku "wroga". Próbowałem już różnych metod 1.-nie zwracania uwagi i pójście dalej jakby nigsy nic 2. Karcenie go podnosząc ton i kończąc spacer i kara - zakaz opuszczania swojego lezyska. 3. Glaskania "wroga" zeby widzial ze nic nie grozi . 4. Czasem jak widziałem że duzy pies jest spokojny to puszczalem go na luznej smyczy aby sie obwachaly, ale wystarczyl szybsz ruch intruza i od razu atak. Może w którejś metodzie bylem mało wytrwały? Może coś robiłem źle? Nie wiem... być może ktoś z Was miał podobny problem i udalo sie jakoś z niego wyjść? Prosze o rady i wskazówki. Jeśli dalem za malo informacji odnosnie zachowania to prosze o pytania.
PS. Moja luba ma nowofunlanda na wsi z którym mój terier jeszcze pół roku temu bawił się - biegając luzem, aktualnie każde zbliżenie to warczenie...