Sytuacja wygląda tak: mieszkam pod Warszawą, co prawda nie na wsi, ale poziom empatii wobec zwierząt niektórych mieszkańców bardzo zakrawa o ten widywany na wsiach. Ostatnio natknęłam się na posesję, po której biega owczarek. W rogu terenu, na tyłach budynku, jest wygrodzony prostokąt, w którym stoją różne sprzęty, jakieś betoniarki itp. I wśród nich buda. W budzie mieszka przesympatyczna amstafka. Nie jest chuda; jest bardzo przyjazna, można spokojnie wsadzić rękę przez kratę, klepać ją, przysmaki bierze z ręki bardzo delikatnie. Niepokoją mnie trzy sprawy: suka chyba nie wychodzi na spacery, ma lekko powiększone sutki, nie wiem czy nie miała szczeniaków, ale to czyste domysły, i najważniejsze: ma potwornie długie pazury. Przez to ostatnie kiepsko chodzi, ostatnio przywitała mnie kuśtykając na trzech łapach.
Najlepiej by było, gdyby ludzie mi pozwolili zabierać ją na spacery, a przy okazji zaprowadziłabym ją do weterynarza. Ale znów - mentalność wiejska, pewnie nawet nie pozwolono by podejść mi do psa. Pomijam fakt, że jestem osobą ledwie pełnoletnią i nie za bardzo mam ochotę wchodzić komuś na podwórko, nie znając tych ludzi. Jeśli kogoś tam zobaczę, to spróbuję negocjować (jedyna opcja, bo dzwonka nie ma, a nie palę się do sprawdzania jak mocno ten wilczur pilnuje terenu), ale bądźmy realistami - to pewnie nie wypali. Czy mogę więc coś zrobić, co na pewno przyniesie skutki? Czy zaniedbanie takiego obszaru opieki nad psem jest regulowane przez jakieś ustawy?