Przepraszam z góry, bo pewnie taki temat nie raz już był... Prawie 2 tyg temu straciłam moją pół roczną suńkę ;( nie potrafię się z tym pogodzić, kilka razy dziennie widzę jak wpada pod autobus, a ja nie mogę jej zatrzymać... Ciągle myślę nad tym co mogłam zrobić, jak mogło się potoczyć gdybym np. zrobiła krok w inną stronę... Od czasu jej śmierci jestem na lekach uspakających i nie mogę ich odstawić, bo popadam w rozpacz, nienawidzę siebie i mam wrażenie, że wszyscy są dla mnie po prostu mili, ale oceniają mnie jako tę najgorszą osobę, która wzięła zwierzę i je zabiła, bo właśnie tak się czuję, jakbym ją zabiła... Suńka zginęła wybiegając między moimi nogami z mieszkania, ktoś zostawił drzwi na klatkę otwarte, ona poleciała, ja za nią, ale niestety szczenię im bardziej wołałam, tym bardziej leciało na oślep za innymi ludźmi w kółko i nagle na drugą stronę jednej z najbardziej ruchliwych ulic prosto pod autobus... Jakobym wróciła do domu, zamiast latać za nią, pewnie by za mną poleciała, jakbym zamknęła ją w drugim pokoju zanim rozszczelniłam drzwi na klatkę, to moje Słoneczko by żyło... Nie wiem jak mam sobie z tym wszystkim poradzić...