Moja psinka kochana już za TM. Cały dzień wędrował niespokojnie, uderzając co chwilę główką o ściany, drzwi, meble, płoty. Na chwilę położył się w łóżeczku, wyjechałam do sklepu, a jak wróciłam i weszłam do pokoju, cicho płakał z noskiem wciśniętym w poduszkę. Wiedziałam, że w nocy będzie cierpiał. Zadzwoniłam do weta i za pol h byłam w gabinecie. Nie byłam pewna tej decyzji, ale działałam jak automat. W samochodzie piesio leżał spokojnie, na moich kolanach. W gabinecie jak nigdy położył się i leżał cichutko na stole. Dostał głupiego jasia i zasnął. Leżał spokojnie. Weterynarz obejrzał mu oczy i jamę ustną i może, by rozwiać moje wątpliwości, stwierdził zażółcenie świadczące o żółtaczce. Ja byłam w jakimś szoku, niewiele do mnie docierało. Potem podał ostatni zastrzyk i moja żabka umarła cichutko, spokojnie, bez drgnięcia. Ale teraz myślę, mimo, że serduszko przestało bić, czy na pewno nie żyje, czy na pewno nie cierpiał (choć nic na to nie wskazywało). Dałam radę, byłam z nim cały czas, nie umarłam ze strachu i z żalu, choć tydzień temu, gdy rozważaliśmy taką możliwość, myślałam, że właśnie tak będzie, wpadnę w histerię, zemdleję. Nie wiem, może to szok. Jego już nie ma, ale to jeszcze do mnie nie dociera.