Nie rozumiem. Jaka w tym moja wina, że puszczam psa, bo jest łagodny dla innych zwierząt, i odbiega on kilkanaście metrów? Mam się bać, że zza krzaka wyskoczy agresor czy spacer po lesie/łące/obrzeżach miasta ma być również chodzeniem przy nodze, jak w mieście? Nie spuszczam go z oka ale pewnie nie zdążyłabym podbiec gdyby go zaatakował inny pies. Mam takiego idiotę na osiedlu, nie są to obrzeża miasta, pies za każdym razem na smyczy gdy widzi innego psa piana na pysku a mimo to go puszcza-między blokami, na kawałku trawy i rzuca mu piłkę. Jakiś czas temu facet sobie gadał z kolegą a pies stał z piłką w pysku obok niego. Ja wyszłam z psem na smyczy zza rogu, tamten pies od razu zauważył i się rzucił na Karmela. Karmel wtedy się broni, choć kompletnie nieporadnie, wysunął głowę z obroży, ja się przewróciłam bo próbowałam je rozdzielić a facet dopiero po chwili zauważył. Złapał psa, co śmieszniejsze akurat szła straż miejska, widzieli całe zdarzenie, i co? UPOMNIELI go bez mandatu a facet jeszcze się bronił że 'tamten też był bez smyczy' :o byłam zbyt zaskoczona i się spieszyłam żeby się kłócić ale heeeloooł? Prawda jest taka, że czuję się bezpieczniej jak Karmel jest bez smyczy bo omija szerokim łukiem wszystkie psy, a nie ufam ludziom którzy prowadzają swoje amstafy zazwyczaj 'jednym paluszkiem' widzę że pies gotowy do ataku a baba ma w dupie. Masakra.