Jump to content
Dogomania

Nietoperzyk

Members
  • Posts

    46
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Nietoperzyk

  1. Magdaleno JJ - przepraszam za taką bezpośredniość, nie znam Twojej sytuacji, ale czy ponad rok temu nie miałaś świadomości, że rano trzeba wychodzić z psem? ja jeżdżę do pracy na 8.15, wychodzę z domu tuż przed 8.00 bo na szczęście mam blisko i mój budzik dzwoni o 4.40 - zatem nie tłumacz mi proszę, jaka to wielka tragedia się nie wyspać. Idź spać wcześniej i do przodu, póki psina się nie ogarnie. To jest Twój pies - kochasz go podobno, a miłość czasem wymaga poświęceń. Skoro pracujesz do 15 to kładź się spać o 20.00 - peszek. Skoro Cię nie słucha, to znaczy, że nie jesteś przez niego traktowana jako przewodnik stada. Musisz sobie wypracować taką pozycję. Ciężką pracą. I nikt Cię nie atakuje tak po prostu, bo ma chęć. Tylko raczej staramy się znaleźć rozwiązanie. "są sytuacje, w których z jakiegoś powodu smakołyków nie mam" - sorry, może mi jakiś inny Twój obrońca znowu jad zarzuci, ale jestem osobą, która początkowo miała smakołyki wszędzie (właśnie po to, żeby uniknąć takich sytuacji) jechałam do pracy z torbą w której były smakołyki, szłam na imprezę a w torbie były smakołyki, w każdej kurtce była kieszeń ze smakołykami. To Ty masz być odpowiedzialna za to, co się dzieje z Twoim psem. No tak, miałam pojechaś samochodem, ale czasami nie biorę prawa jazdy... idiotyczne wyjaśnienie... dwbem - "Mimo to potrafiliśmy poświęcać psom jak najwięcej czasu, weekendy były tylko dla nich, na urlopy wyjeżdżaliśmy z nimi" święte słowa - u mnie dwa ONki. Mniejsza ma problemy z dysplazją, niebawem zabieg, więc nasz urlop w górach zamieniliśmy na mazury, z domkiem z działką, żeby mała się w górach nie forsowała. Jakkolwiek to zabrzmi - to są takie psie dzieciaki zawsze i zawsze trzeba o nie dbać i o nich myśleć. Tylko podobnie jak dog193 jestem przeciwna takim radom "oddaj psa, bo się nie nadajesz"
  2. Ok. Sytuację faktycznie masz trudną, można jej mieć dosyć. Na forach dostaje się po głowie - tak to już jest, wiem to i ja i moja głowa, zatem nie martw się. Może szkoleniowca warto wypróbować jakiegoś innego? Ja mam piątego... Co z tego, że korzystasz z usług fajnego, skoro nie możesz się do niego dostać? Co do głupiego jasia - to zmienia postać rzeczy zdecydowanie. Spacery troszkę krótkie jeśli chodzi o pieska, który ma nadmiar energii... Tak mi się wydaje - takie spacery żeby się załatwił to raczej takie, mówiąc delikatnie za małe... 30 minut biegania w ciągu dnia to też mało, skoro sam biega tylko 30 minut... znajdź mu zajęcie, aportujcie, ćwiczcie ze smakami itp. Powinno być łatwiej go zmęczyć. Zmieniaj miejsca spacerów - jeśli każdego dnia spacer wygląda tak samo, to psu się po prostu nudzi. Szuka sobie bardziej kreatywnych zajęć, zagląda tam gdzie nie powinien, np. pod szafkę. Zabierz go raz tam, gdzie będzie mógł np. pokopać, następnym razem tam, gdzie będzie mógł pokonywać jakieś przeszkody, następnym razem ćwiczcie, następnym aportujcie. Niech wychodzi z domu i zastanawia się, co też fajnego dzisiaj pańcia wymyśli. A jak ćwiczycie komendy to w różnych miejscach - przy ulicy, na przystanku gdzie jest pełno ludzi, na swojej łące, przy torach - nie wiem w jakiej okolicy mieszkasz, ale na pewno da się coś znaleźć. Jeśli psiak wstaje rano z ogromem energii, a Ty mu dajesz tylko siusiu, kupka i idź spać dalej, to psina się nudzi. My spacerujemy rano około godziny, gdzie są i ćwiczenia i biegania wspólne psiaków... a i tak mam zdemolowaną łazienkę jak wracam do swojego szczeniaka :) Takie zachowania są w domu, bo to jego terytorium - on jest panem. U mnie samiec też tak sobie wydumał, że rządzi... Nad morzem jest ciekawiej, ma zajęcie, więc czasu mu brakuje na tęsknotę i rozpacz z powodu separacji - nie ma siły :) Ryss - lubię nasz język, pracuję ze słowem zawodowo i się staram godnie używać polszczyzny. Cieszę się, że to doceniasz i zauważasz. Ale jeśli ktoś ma problem z lękiem separacyjnym, to przecież nie jest naszym celem wytykanie mu błędów tego rodzaju - wszelakich, ile ich by nie było... Skupmy się na zawartości merytorycznej i problemach z psem, a nie... klawiaturą :)
  3. Ryss - lubię Cię bardzo, ale od tematu nieco odbiegasz...
  4. Kfiatek, histeryczne nawiedzone psiary to jednak troszkę inaczej się zachowują. Z tego co wiem Ryss jest facetem... Uważaj na to jak dajesz sobie rękę uciąć... Umiar właśnie trzeba mieć i troszkę dystansu, a każdy może mieć chwilę słabości - a Ty nie rzucaj się na nas z zębami, bo naszym celem (przynajmniej moim) nie jest zniżenie do parteru, tylko uświadomienie, że: 1) z psem trzeba chodzić na szkolenie, jeśli pojawiają się z nim probelmy 2) żeby go czegoś nauczyć potrzebne są smaki i nie jest to problem 3) energia psa jeśli się nie zużywa, to troszkę więcej ćwiczeń jest potrzebne, żeby ją jednak wyczerpać 4) głupi jaś u weterynarza żeby dać zastrzyk lub dotknąć ucha to nie jest chyba najlepsze rozwiązanie 5) kastracja w wieku 12 miesięcy to może ciut wcześnie, szczególnie jeśli pies ma agresję lękową! 6) instynkt terytorialny może się pojawić dopiero później, nie musi być od samego początku życia szczeniaka Jeśli widzisz tutaj jad, to może jednak przeczytaj jeszcze raz te wypowiedzi siostro miłosierdzia (tak, to był sarkazm). Jasne, nie czytajmy niczego co mogłoby uszkodzić naszą wrażliwą psychikę... Ryss ostatnio mi proponował zmianę płci (mnie też nie oszczędza, ale nie odbieram tego osobiści, choć oczywiście się bronię, jeśli uważam, że opinia jest niesprawiedliwa), może podzielę się radą... mniej emocji, więcej chłodnego popatrzenia. Nikt nie atakuje właścicielki, tylko stara się znaleźć rozwiązanie najlepsze dla psa i dla niej. Kto, czego może mieć dość to subiektywne - każdy użytkownik wyraża swoją opinię. ja to odbieram tak, ale to chyba właścicielka kłopotliwej psiny powinna napisać o tym, co ona o tym sądzi...
  5. Smutny temat - mam dość psa, bo wyje, bo nie mogę sobie poradzić. Mówię to z perspektywy człowieka mieszkającego z psiakami od których regularnie dostaje w kość. Nigdy nie powiedziałam, że mam ich dość - głównie jego, bo z sunią mieszkam zaledwie od dwóch miesięcy. Nigdy - nawet jak miałam zdrętwiałe ramię bo nie mogłam go utrzymać (mowa o owczarku niemieckim) nawet jak przez jego szarpanie wylądowałam o fizjoterapeuty bo mi się kręgosłup przestawił. Szukam rozwiązania bo mam dość sytuacji i swojej nieporadności, a nie ich. One są moje i je kocham - a na pewno nie przeszkadza mi, że muszę dla nich smaki na spacer nosić... Wstawanie na poranne spacery godzinę wcześniej Ci nie przeszkadza? Spacer w deszczu Ci nie przeszkadza? Zakaz wchodzenia do knajpy na wakacjach z psem Ci nie przeszkadza? Naprawdę smaki w kieszeni czy w innym miejscu, to nie problem i przyznaję, że nie rozumiem o co Ci z nimi chodzi. Pies to nie jest zabawka. Masz buldożka francuskiego czyli żywe stworzenie i jeśli chcesz je czegoś nauczyć, to musisz mieć argument w ręku. Jak sądzę pracujesz za pieniądze, dostajesz wypłatę. On pracuje i dostaje smaka. Jak masz problem ze smakami na spacerze, to chyba powinnaś zmienić podejście. Mój pies ma dwa i pół roku i jedynie wieczorne sikanie na szybko obywa się bez smakołyków i było tak od pierwszego szkolenia w wieku 4 miesięcy. Szczeniaki często są samotne jak się je zostawia w domu same, dlatego trudno się dziwić że wył troszkę. To się zdarza. Dobrze, że sąsiadom nie przeszkadzało, ale też nie można wymagać, że ktoś będzie przezachwycony, jak za ścianą ciągle będzie wył pies. Może to lęk separacyjny? Moja koleżanka przerabiała to z bassetem - też załatwiał się w domu i siusiał na łóżku jak był sam, a towarzyszył temu płacz i wycie. 8 miesięcy to wiek, w którym psina dojrzewa i się zmienia, zatem dopiero wtedy mogły się ujawnić jego terytorialne zapędy. Rzadko pies od samego pojawienia się w domu wpada na pomysł, że nie będzie wpuszczał gości. Śmiem twierdzić, że z takimi problemami i tak musielibyście się wybrać na szkolenie, bo trudno sobie wyobrazić inne wyjście, więc trafiliście tam z powodu problemu z psem, a nie przez sąsiada. Agresja na tle lękowym też nie jest niczym nowym dla świata - nie wiem jaka jest charakterystyka rasy, ale to się po prostu zdarza w psim świecie. Kastracja przy agresji lękowej w ogóle nie jest wskazana... wykastrowałaś go przed objawami agresji? czy po? W ogóle to tak chyba dość wczesna ta kastracja - przed ukończeniem roku? (Ryss mi zaraz zarzuci hipokryzję, bo mój dostał implant po którym się zaczął bać, ale moim zdaniem to wciąż nie to samo) Pobicie psa końskim batem... podziwiam Cię, że jedyną reakcją była rezygnacja z zajęć. Za taką akcję pewnie sama bym złapała bat i pokazała Pani jak skuteczna to jest metoda wychowawcza. Co do ceny za spotkanie - ta akurat mnie nie zaskoczyła, nie wiem skąd tyle wykrzykników. Wszystko zależy od szkoły i jak sądzę mieliście wybór - mogliście wybrać jakieś inne zajęcia i nie korzystać z rekomendacji sąsiada. To jeszcze psie dziecko - śpi troszkę, ale szybko się regeneruje - zafunduj mu taki spacer, żeby nie mógł zregenerować się w 10 minut. I to nie jest jego wina - mogę to powiedzieć z czystym sumieniem, bo sama przyjmuję cięgi związane z podejściem do psów z godnością - tylko Twoja, że nie dostosowujesz spacerów do energii Twojego psa. Tak jak pisze evel - zajęcia dla móżdżku bardzo męczą. Moje psiaki z ADHD padają jak muchy po godzinnym treningu. Psy nie lubią weterynarzy, ale przyznaję, że wręczenie mu głupiego jasia żeby zobaczyć ucho czy zrobić zastrzyk to jednak zaskakujące... ile waży Twój piesek, że nie byliście go w stanie utrzymać? No jeśli się boi to się z wrażenia posikał. Na litość boską, to żywe stworzenie! Napisz proszę jak wyglądają Wasze super wycieńczające spacery? Może coś dorzucimy do listy i będziesz mogła skuteczniej pozbyć się jego nadmiaru energii.
  6. Widać. Ad rem. Pisałam, że sprawa jest jakby nowa tuż przed tym, jak proponowałeś mi zmianę płci. Opis znajdziesz zatem w kolejnych słowach, a nie w pierwszych w pierwszym poście. Sytuacja się zmieniła, bo pies, jako istota żyjąca zdolna do odczuwania może też się zmienić. Od czary. I nie mam problemu teraz z agresją, z którą staram się uporać skutecznie a nie tymczasowo i walczę sposobami wszelkimi każdego dnia, a ze strachem przed wychodzeniem na spacery i to też nie permanentnie, tylko w zależności od psiego widzi mi się - stąd obserwacja przymusowa o której wyżej. Jakoś zabłądziłeś w strumieniu wypowiedzi, a za świadomością w ogóle nie staraj się nadążyć - jest sprawą indywidualną i biega sobie nieprzewidywalnym torem. Po pierwsze - pies strachliwy nie był nigdy. No dobra - bał się burzy. Pozmieniało się tak jakoś tuż przed implantem. Początkowo była to raczej niechęć do wychodzenia poza obszar podwórka, po zabiegu zrobiła się ta niechęć strachem podszyta. Zatem nie mogę odpowiedzieć na pytanie kto mi zaproponował kastrację strachliwego psa, bo pies nie był strachliwy. Pies rzucał się na psy, płeć mu nie przeszkadzała, z zębami, awanturował się niebywale - miałam to w nosie, a raczej znosiłam z godnością, pracując wszelkimi sposobami dostępnymi dla szarego człowieka. Pojawiła się Mała i po tym jak już ogarnęliśmy rzucanie się na nią z zębami (jak to na inne stworzenia boże z czterema łapami), pojawił się też inny problem - postanowił poużywać seksualnie szczeniaka. Stąd implant. Jak już wspominałam - zarzucałeś mi dyskryminację - sunia będzie wykastrowana po pierwszej cieczce (zanim wzniesiesz okrzyki karcące taką złą decyzję przypomnę, że schronisko tak sobie życzy, albo się godzę, albo psa mam oddać - koniec kropka), a tym samym jajka Świra nie muszą zniknąć z planety - potrzebowałam rozwiązania tymczasowego i stąd, po konsultacjach ze wszystkimi świętymi wybrałam implant. Tego jak na razie też nie zmienię - chyba że sytuacja jego zachowań nie zmieni się do połowy października, zgodnie z dyspozycjami pani weterynarz. Więcej grzechów nie pamiętam, trwam w wierze, że to w końcu ogarnę - dzisiaj idziemy się szkolić. Relacja po szkoleniowa. Behawiorysta orzekł, że to raczej normalne po takim zabiegu. Pies czuje się bezpiecznie na swoim terytorium, gdzie rządzi i jest pierwszy po bogu, a czasem stara się być przed. Poza swoim terenem nie dość, że musi się podporządkować długości smyczy, to jeszcze zapachy suczek przestały być dla niego takie interesujące, a więcej dziwnych głosów, ludzi, innych psów itp. raczej niepokoi go niż bawi. A to wszystko z powodu braku testosteronu. Musi więc się do tego przyzwyczaić i odkryć na nowo, że spacery naprawdę są fajne. Tym samym ćwiczymy teraz to, żeby spacery były fajne...
  7. Od weterynarza nie dowiedziałam się w sumie niczego nowego. Może to być zasługa implantu, ale może równie dobrze być to związane z przeprowadzką, sunią w domu albo jakąś wewnętrzną dolegliwością niewiadomego pochodzenia, skoro czasami pies chce się bawić, a czasami nie chce. Mam go obserwować do połowy października, bo implant się rozkręca 6-8 tygodni i w tym czasie różne rzeczy mogą w głowie siedzieć. Tym samym - czekam, obserwuję, a dzisiaj zaczynam szkolenie. Wczoraj psina się "obudziła" skakał, biegał, szalał itp. Tak jak dawniej :) Może to początek końca tej ospałości lękliwej.
  8. Ryss - cóż za wspaniała rada! Naprawdę, jesteś wielki. Kobiety siedzą tylko i płaczą, mężczyźni - ostoja normalności na świecie, myślą. Jaasne. Jak widać w Twoim przypadku mężczyźni też potrafią głowę na boku zostawić w różnych rozważaniach. Wyobraziłeś sobie mnie siedzącą i płaczącą, z zasmarkaną klawiaturą, bo jestem babą i napisałam, że jestem "załamana"? Cieszę się, że masz tak wspaniałą wyobraźnie - pisz książki. Przeczytałam wszystko co się dało i radziłam każdej możliwej osoby - takiej istniejącej na żywo, która poznała mojego psa także na żywo, a nie z opisu. I być może mężczyźni podejmują decyzję na podstawie informacji zaczerpniętych z internetu i na forum - ja staram się czerpać od ludzi z jakąś potwierdzoną wiedzą, internetem się wspomagając. Bywa różnie, to fakt, ale chociaż istnieją i jestem ich w stanie zidentyfikować, a nie są awantarem na forum. I nie wiem także, czy masz świadomość, że to nie z agresją mam problem, tylko ze strachem, który występował wcześniej, a teraz się to nasiliło. Równie dobrze mogło się nasilić także bez implantu. Tego nie wiem i żadna ulotka mi nie powie, bo jak słusznie zauważa Gezowa - każdy przypadek jest inny. Pies bez problemu przechodzi obok innych psów - nie skulony w kłębek z ogonem schowanym w dupie, tylko normalnie, zaciekawiony, odwraca się i patrzy zadowolony na mnie, czekając na smaka, bo przecież był grzeczny. Nie chce jednak chodzić na spacery, woli siedzieć w domu, albo bawić się na podwórku. To pojawiało się już wcześniej, przed implantem (powtarzam się, wiem, ale jak widać nie wszyscy czytają dokładnie), teraz się to nasiliło. Zaczęło się pojawiać odkąd mamy skrawek podwórka. Owszem, można powiedzieć że jest to nieprzewidywalna zmiana w zachowaniu. Ale taką klauzulą można nazwać wszystko, nawet to jak samiec zacznie sikać w kucki i przestanie podnosić nogę, a nawet spanie w innym miejscu. Sam przyznaj - dość nieostre stwierdzenie producenta usprawiedliwia każdą zmianę zachowania, zatem nie tłumacz mi proszę, że nie myślę, nie czytam i wpadłam na pomysł implantu bo mi serce tak podpowiadało. isabelle301 - dziękuję za to, że podzieliłaś się swoimi doświadczeniami. Gezowa - widzisz, Świrosław innych psów się nie boi. Na podwórku bawi się super, w domu też. Może i racja, że teraz przeżywa jakieś wahania nastrojów - idziemy na spacer i jest super, bawi się, dokazuje, węszy - nagle pierdut - przejechała ciężarówka i się kładzie, ciągnie do domu, świata nie widzi. Dzisiaj mam konsultację z weterynarzem, jutro spotkanie z behawiorystą - kolejnym, ale dzięki temu właśnie do domu wchodzę.
  9. To znowu ja... I znowu potrzebuję pomocy... Ogarnęłam wejście do domu :) Wiecie gdzie popełniałam błąd? Przed wejściem sadzałam ich razem. Mała jeszcze nie do końca ogarniała o co mi chodziło, to złościło Świrka i następował atak. Teraz sadzam Świrka, mała wchodzi sobie pierwsza, ja za nią i Świrek na końcu i jest ok. To było takie proste, naprawdę jest mi cholernie wstyd, że na to nie wpadłam wcześniej... A teraz - POMOCY!! Przedstawiłam Wam już moje psy, mniej więcej wiecie jakie problemy z nimi miałam i skąd są. Od jakiegoś czasu Świrek nie chciał wychodzić na spacer, załatwił się i chciał wracać do domu. Pojechaliśmy na urlop, specjalnie na wielką działkę, żeby mogły biegać, a Świr cały czas praktycznie zestresowany siedział w domu. Mała nie wiedziała co się dzieje, więc taka była nijaka. Świrek tylko rano miał jakąś energię i chęć na bieganie. Później w ciągu dnia stres i strach narastał tak, że pies bał się wyjść z domu. Pomyślałam, że to nowe miejsce, nowe dźwięki itp. Po powrocie jakaś masakra... Pies po PT1 nie może się skupić na podstawowych komendach, miesiąc temu jak szalony biegał za węzełkiem, do nogi przybiegał tak, że ziemia się trzęsła.. a teraz boi się głowy do góry podnieść. Jestem przerażona... Nie wiem co zrobić, W środę się wepchnęłam do lekarza, który ma ocenić czy ten pier...oly implant można usunąć... i jakie to ma konsekwencje. Nigdy taki nie był... mam wrażenie, że rozwaliłam mu świat. jestem załamana... Ktoś, coś mógłby mi poradzić?
  10. Moja sfora pożerała dotychczas wołowinę extra i wołowinę z chrząstką - ta druga, choć tańsza, smakowała im chyba lepiej. Próbowałam też serca wołowe. W sklepie - w leclerku - był dostępny tylko taki towar. Wczoraj pierwszy raz zamówiłam ze sklepu internetowego. Sama karma - od bodaj miesiąca z nią eksperymentuję - mogę spokojnie polecić. Psiny się zajadają - w sumie to stwory niewybredne, jeśli tylko dostają BARFa to wcinają bez marudzenia, gorzej było z suchą karmą.
  11. Tylko że my z siadem podczas szykowania się do wyjścia nie mamy problemu - nie ma żadnej awantury w tę stronę. Psiaki siedzą grzecznie i czekają. Ubieram się - biegam po domu zbierając różne rzeczy, wyciągam rękę w stronę klamki wychodzę, psy za mną - to mamy opracowane. Jednak jest jeszcze druga strona - jak dotąd nadal trzymamy się samochodu - zostawiam tam Świrka, później wychodzi i szuka Szajby zadowolony. Dzisiaj coś tam warknął i tak po powrocie, ale po chwili była już miłość olbrzymia. Nawet jedzenie też już jest w pełnej zgodzie i spokoju. Jak szykuję jeść, to oba zamykam w tym samym pokoju i grzecznie czekają, hmm no może gdybym napisała czekają, bez grzecznie, to byłoby lepiej. Później zabieram je na swoje miejsce (w sumie obok siebie - oddziela je krzesło) i jest posiłek. Awantur nie ma, czyli postęp. Jasne, że się tak bawiliśmy - wynoszenie jego węzełka, później było wynoszenie węzełka i kongo - a psina miała za zadanie przynieść konretną zabawkę. Jednak bawiliśmy się tak jak Szajby nie było - teraz w domu zabawki powodują zazdrość - bo zawsze ta w innym pysku jest fajniejsza. Poza tym, jak Świrek tylko się odwróci, to mała podbiega, zabiera zabawkę i ucieka pod łóżko :) Nie zmienia to faktu, że pies nie lubi wąchać. No nie lubi, jakiś ślad zrobi jak go ładnie poproszę, ale to nie jest jego ulubione zajęcie. Szajba z kolei nie lubi aportów - ona siada i aport zjada - jak już pobiegnie, to za ogonem Świrka, który biegnie po swój - bo Świrek biega z nim jak szalony. To żywe stworzenia, mają swoje temperamenty i swoje upodobania :) Ależ mam już dużego pieska, wiem czym jest gryzienie - jasne, że z tym walczymy. W sensie ja z tym walczę.
  12. [B]Beatrx[/B] - tak, znam tę zależność między kastracją i psem niepewnym siebie. Dlatego zdecydowałam się na kastrację chemiczną, żeby sprawdzić, jak Świrek zareaguje. Na spacerach, naprawdę duuużo się zmieniło. Po prostu nie poznaję psa. Jest o wiele bardziej skupiony i przestał mnie właśnie bronić przed wszystkim, a jednocześnie - jak słyszy strzały, czy rzucanie płyt, dech, czy czym tam rzucają panowie robiący kanalizację, to dotychczas ogon pod siebie i strzała do domu z pańcią-latawcem na drugim końcu smyczy (obrazowo, oczywiście pracowałam nad nim smakami, żebyśmy przetrwali tę wojnę i straszne rzeczy, ale naprawdę było ciężko) teraz - hasło do przodu, idzie przy nodze, smak przed nochem i faktycznie do przodu, jakby uznał "aha, pańcia idzie, to i ja przejdę. Trudno, hałas nas najwyraźniej nie zabije, przecież to niemożliwe, żeby była aż tak głucha, by go nie słyszeć" :) Co do pracy węchowej - przyznaję się, o tej nie pomyślałam :) Ale tak jak już pisałam - to jednak nie jest zajęcie dla mojego psa. Nawet jeśli chodzi o aport. Biega w kółko zagubiony, nie może znaleźć aportu, no masakra. Wraca, patrzy i pyta tym swoim wzrokiem co ma robić, no to ja szukaj i idzie znowu ochoczo co prawda, ale jakoś potrafi przejść obok tego czego szuka i nie znaleźć. Kiedyś na porannym spacerze zimą (5.00 rano - raczej ciemno) frisbee wpadło w śnieg w parku... skończyło się na tym, że spóźniłam się do pracy, bo trzeba było pół parku ze śniegu odkopać, żeby znaleźć zabawkę :) Jeśli chodzi o kopanie, to zabawa jest przednia - Świrek kopał śnieg z każdej możliwej strony i cieszył się jak dzieciak, ja kopałam to wpadał na moje miejsce i kopał ze mną :) w sumie dobrze się bawiliśmy, a to dwadzieścia minut spóźnienia zrzuciłam na korki - było warto :) Izolacji nie stosuję. Nie ważne ile miałaby trwać. Nie ma stopniowo zbliżamy, bo to już przerabiałam przecież ponad miesiąc temu. One po prostu muszą obok siebie być, ale obok siebie czuć się dobrze, czyli bez jakiejś spiny pańci, która stanowczością krzyczy (w sensie stanowczość jest tak stanowcza, że aż stresująca). Muszą się polubić. Leżą, są zrelaksowane, odpoczywają a tam obok pachnie inny zrelaksowany pies, pańcia przechodzi to głaszcze za uchem, jest spokój. I jestem przekonana, że tak jest lepiej ([B]tak a pro pos wiary w siebie - Ryss, widzisz postępy??[/B]) Oczywiście, nie neguję samej metody - po prostu nie sprawdzi się w naszym przypadku. Separowanie już przerabialiśmy, a mam zdolne psie dzieci, nie będę ich zostawiać w tej samej klasie :) Ćwiczenie z drzwiami bardzo fajne, ale przy moich ADHDowcach, to chyba jeszcze za wcześnie - to tak jakby atakującemu psu bez szkolenia powiedzieć nagle siad i oczekiwać, że stanie w miejscu. Drzwi muszę na razie oswoić, dopiero później będę mogła przy nich ćwiczyć, ale bardzo dziękuję - z pewnością wykorzystam. Podobnie jak wykorzystałam sadzanie przy nodze co trzy kroki, jak Świrek do przodu za bardzo wyrywał (przed strefą zagrożenia atakiem jeszcze). Co do podwórka - mam je tylko teoretycznie. Stoją na nim dwa domy - mój i sąsiadów, oni mają amstafa - generalnie amstaf z moimi psami się nie lubi. Wynajmujemy ten domek, więc żadne odgrodzenia nie wchodzą w grę. Po powrocie ze spaceru przekroczenie progu furtki już powoduje atak, więc nie ma szans na zostawienie ich samych nigdzie, co dopiero w strefie naruszonego terytorium Świra. Sam na sam jest raczej ok, jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidywalnego... Inni domownicy - takiej sytuacji nie ma wcale :) Czasem jak jest z nimi tylko na chwilę ich pańcio (nikt inny z nimi nie zostaje, większość się boi - Ci odważni mieszkają za daleko, by zostawać z nimi sami), to Świrek reaguje na Szajbę dokładnie tak jak wtedy kiedy jestem ja - w zależności od dnia - albo ma dobry dzień, bawią się i śpią obok siebie, albo zły i chce zjeść cały świat, a mała się po kątach chowa. [B]Ryss[/B] - będę się najpierw chwalić, a dopiero później się odniosę do tego co pisałeś. Otóż - dzisiaj mam w głowie wiosnę!! No dwa psiaki siedziały obok mnie przy śniadaniu, co prawda z "najgorszym możliwym rozwiązaniem" czyli każde miało smycz przytwierdzoną do ściany w razie W. I to nie z powodu nielogicznej agresji (nie wiem czy Wam pisałam, ale tak została określona) - bo to aż niemożliwe, żeby pies mój był aż tak pierdzielnięty, tylko dlatego, że nie znam jeszcze jej przyczyny. Tak więc siedziałam, psy odpoczywały i cieszyły się moją obecnością, co pokazywały merdaniem ogoniastym!! JUPI!! A to wszystko przez to, że wczoraj po powrocie z pracy zafundowałam sobie zastrzyk z psychicznego testosteronu :) Przyszłam - awantura, warczenie itp. Pomyślałam sobie - o Ty cwaniaczku, robisz małej awanturę, później idziesz na spacer tylko ze swoją ukochaną pańcią i nie musisz się dzielić. Może tak kombinujesz? Zatem, na pysk parciany kaganiec, wyjaśniam przy zakładaniu by zrozumiał skąd ta kara boska. Mała mi osła robi, to tłumaczę "nie bądź baba, idziesz ze mną, więc do przodu" wyciągnęłam prawie siłą, bo jak osioł to osioł. Za drzwiami jedyna aktywność psa polegała na mówieniu całym sobą - no zdejmij to ze mnie, przecież jestem grzeczny. Łaskawie zdjęłam kaganiec, poszliśmy na dłuuuugaśny spacer stricte zabawowy. Patyczki, szarpanie, bieganie, ich gonitwy i walki, podgryzania itp. Wróciłam do domu i znowu "zgrzeszyłam behawioralnie" - mała do siebie, większy do siebie i grzecznie czekać na jedzenie. A później na materacyki swoje, ze smyczami do ściany i same w jednym pomieszczeniu z ograniczonym do siebie dostępem odpoczywać. Jedno spało, drugie spało, ja miałam 20 minut na to, żeby usiąść w pokoju, a nie w kuchni pomiędzy nimi i chwilę odpocząć po pracy - była jakaś 19 ;) Wróciłam ja łaskawca, spuściłam, obojętność była grana - bezpieczne odległości. Aż tu Świrek wygrzebał gdzieś kość z prasowanej skóry. Położył się i ze spokojem gryzie (oczywiście tak się położył, żeby Szajba widziała...). Pomyślałam - niech się dzieje wola nieba. On gryzie, mała ze mną na końcu smyczy siedzi i rozpacza... patrzy, szczeka, piszczy, skomli, no woła Świrka (a raczej kość) na każdy możliwy sposób. Patrzę z zadziwieniem, a tu kość do niej przyszła... w zębach Świrka. Przyniósł, położył przed pyskiem i czeka. Szajbisko wsuwało, Świrek poszedł po drugą część, usiadł i sobie gryzły razem. Później przyszedł się bawić z małą i tak już do ciemnej nocy mi mieszkanie roznosiły!! :) rano bez awantur, aczkolwiek z dużą ostrożnością jednego i drugiego, poszliśmy na wspólny spacer. Wchodzenie do domu nadal z samochodem, ale za to znowu działa hasło "gdzie sunia, szukaj suni" i radość ze znalezienia!! BOSKO!! Jaki mam piękny dzień, to sobie nie wyobrażacie!! Ranny ptaszek, oj nie!! Ja kocham spać!! Mogłabym przesypiać pół dnia, siedzieć po nocy i wysypiać się w dzień! Ale.. miłość do spania jest mniejsza niż miłość do psów, zatem oszczędzam nogi, chodzę na rzęsach, o 21 jestem tak padnięta, że zasypiem gdzie siedzę, tudzież leżę, choć to pora w której najczęściej chodzę - wieczorna przebieżka sikająca. Stój - aha, to takie stój Ci chodzi. Widzisz ja sądziłam że to takie stój w sensie zostań na stojąco. Bo u mnie komenda zostań jest taka, że zostaje w tej konkretnej pozycji w której go zostawiam, miejsce, to taka, że zostaje jak chce, ale w tym miejscu i czekaj to taka, że ma się zatrzymać natychmiast i poczekać aż pańcia się dotarabani, ewentualnie wróć - to jest najbardziej drące. Generalnie działają... chyba, że akurat bodziec jest zbyt silny. Nieustannie nad tym pracuję. Moje psiaki nie są głupie - one są po prostu bardzo sprytne i ciągle mnie sprawdzają, dlatego pracuję z nimi nieustannie. To stój jak pies staje a ja idę dalej - to już wyższa szkoła jazdy. Teraz uczyliśmy się ostatnio siad jak ja idę. Idę, idę, siad, pies siada, ja idę ciągle - załapał po pierwszym treningu mój Świrnięty mądrala. Z małą do tego momentu jeszcze długa droga, ale już obczaja o co chodzi z miejscem. Czeka, bo Świrek czeka, więc wie o co chodzi, zostań ćwiczymy regularnie razem i osobno, a siad ma opracowane do perfekcji - siada zawsze jak do niej mówię, bo skoro mówię, to coś chcę, a jak coś chcę, to najczęściej był siad, a to przecież oznacza, że ja będę zadowolona, co przełoży się na zadowolenie jej podniebienia. Ano jest lesze wrogiem dobrego.. wiem, wiem. Jednak nie mogę powiedzieć, z takimi nagłymi zrywami szczekania w domu trener nam nieco pomógł... chociaż metoda tak sobie mi się podoba, bo mi od razu całe stado w posadach się trzęsie. Kobieta w jedną chwilę potrafi popsuć wszystko - nie potrzebuje całego dnia :) tajemnicą jest jednak to, że potrafi to też najczęściej naprawić, ale siedzi cichutko i prosi o pomoc, żeby pozwolić mężczyźnie się wykazać - od sztuczka taka ;) facet jest wówczas dla siebie bardziej męski, kobieta przez chwilę jest księżniczką - wszyscy są zadowoleni ;) Jak już przy kobietach jesteśmy - nie byłam wpatrzona w męskiego trenera, wypraszam sobie. Słuchałam go tylko i się stresowałam. Bo to jednak moja psia dzieciarnia, o którą dbam jak mogę. No zrobił tyle, że wszedł i kazał Świrowi leżeć. A Świr chciał go zjeść żywcem, a ten się nie dał i to na tyle, że nawet nie doszło do konfrontacji... Po prostu zdominował mojego psa... a frustracje zostały wyładowane na małej.. Szajba była całym zdarzeniem tak przerażona, że schowała się pod łóżko i nie wyszła dopóki pan sobie nie poszedł. Szukałabym więc przyczyny w postawie wobec psa - rządził obcy koleś, na jego terytorium, a jego pańcia którą bronił w ogóle nic nie zrobiła, a później po domu zaczęły latać różne przedmioty, bo oduczała pańcia szczekania... od i cała historyja... Wilczyca? Fajnie, że to napisałes, bo ja też miałam takie skojarzenie. Ma też takie małe pręgi białe na ogonie, wyje - czego Świrek nigdy nie robił. Może i ma coś z wilka - zawsze chciałam mieć wilka. W każdym razie Mała jest małym szatanem, ja to już wiem - jak dorośnie, to nie tylko Świrka sprowadzi do parteru, ale i mnie będzie próbowała. Jej ulubionym zajęciem jest gryzienie mojego faceta... nie, źle to napisałam - ona go nie gryzie, ona go okłada zębami po głowie. Tylko, że mimo moich próśb, jak na razie to ona wygrywa tę konkurencję. Ja nie mam z nią problemu, ale próba sił jeszcze na pewno przede mną.
  13. [B]Ryss, cóż Ty zrobiłeś. Nawet nie zdajesz sobie sprawy... Miałam wczoraj taki koszmarny dzień, a wieczorem, jak przeczytałam Twoją wiadomość, to był to najmilszy aspekt doby. Bardzo Ci dziękuję[/B] - szczególnie za to ostatnie zdanie. Masz rację - po raz kolejny. Stosowałam zasadę zmęczenia, dwie godziny biegania, rzucania, ćwiczenia, spacer był tak długi, że mi samej nogi weszły.. tu i ówdzie. Jak Świr zobaczył Szajbę zbliżającą się do drzwi, to jego zmęczenie zniknęło niczym bańka mydlana, chociaż po drodze ledwo łapami przebierał. Dzisiaj o godzinie 5 z minutami ćwiczyłam z jednym a 40 minut później z drugim siad i zostań przy ulicy. Co prawda jeszcze nie była przesadnie ruchliwa, ale jednak samochodów kilka sie przewinęło i nawet trzy pociągi zaszczyciły nas przejazdem. Wyszło całkiem nieźle. Zmieniam im miejsca, dzisiaj trening posłuszeństwa z małą robiłam na środku ulicy naszej osiedlowej. Na początku była bardzo zdziwiona, a później poszło :) Komenda stój to dla mnie jeszcze tajemnica. Jakoś nigdy nie mogłam sobie z nią poradzić, ale może właśnie to jest dobry moment - szczególnie, że muszę Świrkowi jakoś głowe pomęczyć czymś nowym. Uwielbia to robić, mnie to sprawia przyjemność i generalnie lubimy się przez to bardziej :) Matka dzieciom i behawiorysta/trener. Gdybym mogła zabluźniłabym teraz i wielki grom spuściła na ziemię. Nie będę tego robić, jestem szczęśliwym posiadaczem neospasminy ze względu na sytuację domową... Właśnie ja tej swojej wiedzy to nie jestem pewna... Jak Świrek z nami zamieszkał, to była wielka partyzantka i niczego o psach nie wiedziałam zatem uczę się dopiero ponad dwa lata. To bardzo mało. Plus - jakkolwiek zabrzmi to paradoksalnie - jest taki, że trafił mi się naprawdę ciężki przypadek, więc wiedza musiała być przyswajana szybciej i w większych ilościach. Z powodu braku pewności zaprosiłam więc trenera. Po jego wizycie wszystko wróciło do - nie moi drodzy, nie do normy - do początku!! Cała znajomość moich psów wróciła do punktu wyjścia. Wróciły ataki na sunię w domu przy każdej możliwej okazji (z wyjątkiem gości którzy u nas byli, tych akceptowanych, jednych z nielicznego grona wtedy zabawa trwała w najlepsze, chociaż zazwyczaj Świrek siedział i warczał na nich niepocieszony). Rano dzisiaj nie mogłam wyjść z psami, chociaż już od dobrych trzech tygodni nie miałam z tym problemu - bo jak założyłam smycz jednemu i drugiemu, to Świrosław wystartował do małej... Stąd na spacer dzisiaj oddzielnie. A trener naprawdę nic nie zrobił złego! Tylko pokazał nam, że - jak niekiedy na psich przedszkolach uczą - jak pies szczeka bez przyczyny w domu, to mamy rzucić hałasującą butelkę. Konsekwentnie też teraz je zostawiam na miejscu - ale znowu źle, ja wiem, że źle!! bo każdy w innym pomieszczeniu. Znowu więc zaczyna się powolne obwąchiwanie małej, później warczenie i niezadowolenie - chociaż jednym gryzakiem z prasowanej skóry się już w domu bawiły... Wracałam ze Świrkiem to cieszył się jak Szajbę znalazł, teraz jak drzwi otwieram - to zarówno jedno jak i drugie zachowuje się tak, jakby tymi drzwiami dostało po pysku.. zatem wracamy do pracy u podstaw... Konsekwentnie z miejscem (jedno i drugie dostaje) ale w jednym pomieszczeniu będą sobie powoli musiały zacząć przebywać. Dzwoniłam później do pana, który naprawdę wiedzę o psach ma przeogromną i szacun dla niego (tego się trzymam i w to wierzę) - powiedział mi, że psy mam odseparować. I on oczywiście może mieć rację, tylko ja się pytam, jak one się mają nauczyć żyć ze sobą, jak je będę miała odseparowane?? No i jeszcze dorzućmy, że na początku tej ciężkiej znajomości psów powiedział, że w żadnym wypadku żadnej separacji - mam dwa psy i mam się zachowywać jakbym miała dwa psy, a sytuacja jakby znowu jest taka sama, to po co mam je oddzielać?? No jakieś mi się to wydaje niekonsekwentne... Eh... ...znowu od początku, toż to przecież szlak człowieka trafić może... a już było tak pięknie... [attachment=3537:11749.attach] [B]Jeszcze się pożalę...[/B]bo gdzie miałabym znaleźć zrozumienie jeśli nie tutaj... przez swoja konsekwencję dzisiaj jeszcze siedziały w innych pokojach na miejscu. Jedno w jednym, drugie w drugim. A ja szykując się do pracy siedziałam sama i jak tylko się któreś ruszyło (częściej mała, bo Świrek został grzecznie na miejscu, załapał komendę po pierwszym razie) to biegłam ją odprowadzić i sprawdzałam od razu czy starszy wyga się nie ruszył.. I się czułam jak klawisz w więzieniu... Psy patrzyły na mnie czego chcę i czego będę chciała - bez takiej radości porannej, że mnie widzą znowu... przez trzy tygodnie się przyzwyczaiłam, że siedziałam w kuchni z przyjaciółmi (moimi) merdającymi ogonem, które nagle postanawiały się bawić. I miałam widok drzwi w których najpierw widziałam jednego biegnącego, za chwilę biegł drugi pies. Później jeden biegł w jedną stronę, drugi w drugą przeskakując przez pierwszego. Za chwile połączenie następowało po zaczepnym szczekaniu i pędziły w jedną stronę z węzełkiem w zębach - Świr trzymał węzełek i ciągnął za sobą Szajbę uczepioną po drugiej stronie tej samej zabawki. Za chwilę mała spierdziela z zabawką sama, cudem ją zdobywszy, a ta starsza ciapa wraca węsząc gdzie się podziały jego skarby - to były fajne poranki, chociaż dom drżał w posadach... na komendę do mnie biegły jeden przez drugiego - po parówę z ręki i nawet nie było przy tym awantur... a dzisiaj - masakra. No po prostu mi smutno... staję się jakąś wredną babą, a moje bycie fajna pańcią gdzieś w tym wszystkim się gubi..
  14. Beatrx - on nie lubi wąchać, nie kieruje się nosem wcale a wcale, układałam mu ślady, to jakoś nie mógł biedny trafić :) Mała jest zdecydowanie węsząca, ale on ma inne zainteresowania - takie biegająco-aportujące. Przynajmniej miał, zanim nie zaczął działać ten implant po którym już w ogóle na nic nie ma ochoty mam wrażenie. Ćwiczymy siad i zostawania we wszystkich możliwych miejscach. Teraz mamy jeszcze nową komendę "miejsce" czyli zostawanie w dowolnej pozycji w miejscu, które sobie wybierze pańcia. Wprowadzone wczoraj. Dzisiaj frustracje zostały wyładowane na małej... Nagle, podczas lizania po pyszczku... U mnie ekscytacja jazdą samochodem jest nie do końca fajna, bo wiąże się z obroną terytorium przez całą drogę przed wszystkim co się rusza i nie rusza (bo przecież on jedzie, więc dla niego wszystko się rusza)... Na urlop jadę wyposażona w persen - jak radził mój weterynarz: "proszę psu dać jedną tabletkę - pewnie nie pomoże, ale... a sobie wziąć 3 - będzie pani o wiele lepiej" :) no i ta metoda jakoś działa, bo wcześniej przejechanie 400 km alarmowo z syreną w środku sprawiało, że wychodziłam wkurwczaczona i zmęczona nie do opisania. Wczoraj mieliśmy wizytę naszego trenera, który mnie tresuje a psy wychowuje :) zaczynamy zintensyfikowaną pracę nad schodzeniem mi z głowy. Określił sytuację w moim domu tak, że pies sterroryzował mi rodzinę... to smutna była diagnoza... ale teraz z uporem maniaka się z tym mierzę. Świrek zachowuje się tak, jakby ktoś mu w pysk strzelił łopatą. W ogóle nie wie co się dzieje, jest przestraszony nawet troszkę, chociaż żadnej agresji wprost nie ma (odwracanie uwagi stosujemy, jak przy szczeniakach, hałasem nietypowym). Tylko świat mu się do góry nogami przewrócił, bo dom - zamiast spokojnej budy - jest teraz miejscem gdzie jego do rany przyłóż pancia, ciągle coś od niego chce... Mała zdezorientowana tak samo. Eh.. no cyrk na kółkach, bez kółek.
  15. [B]Ryss[/B] - przepraszam. Masz rację, troszkę nadmierne uogólnienie zastosowałam w zdaniu dotyczącym krytyki. Naczytałam się ostatnio na forum tutaj na dogomanii i na forum owczarka, że w ogóle posiadanie psa nie jest obowiązkowe, że kastracja to okaleczenie i jakby to wszystko wzięła do serca, to powinnam oddać psy do jakiejś fundacji, znaleźć im nowe domy, a siebie zastrzelić. Co nie zmienia faktu, że zareagowałam jak stereotypowa baba, za co przepraszam. Dziękuję, za wyjaśnienie tego wszystkiego i za to, że jako jedyny jednak zmierzyłeś się z moim problemem. No sama nie wiem co mi te drzwi przeszkadzają... chyba mi się o nich zawsze przypomina jak mam wejść do domu i to przez to. Masz rację - dziękuję. Czas żeby psina opuściła moją głowę, zanim będę miała uraz kręgosłupa. Chociaż trochę mnie to dziwi, że tam wlazla... Chodzi w gruncie rzeczy jak w zegarku, jeśli się tę agresję weźmie w duży nawias... Poza nią naprawdę pies mógłby startować do tytułu psa idealnego. [B]dwbem[/B] - z Twojego opisu widać, że przez życie kilka psów Ci się przewinęło. Wręcz można mieć wrażenie, że w tym mieszkaniu w bloku przechodziły stadami :) To dobrze, że potrafisz nad stadem zapanować i ogólna zgoda panuje w psim świecie. [B]"moje psy szkolone wszystkie na obronne policyjnie nie sportowo"[/B] może to jest klucz do sukcesu? I wiesz, jeśli to były psy policyjne, to z całą wiarą w Twoje pozytywne metody szkolenia, nie wierzę, że nie były układane bez siły fizycznej. Miałam okazję oglądać pracę z psami w Sułkowicach... i jeśli faktycznie Twoje psy przeszły szkolenie policyjne, to wybacz, ale w pozytywne metody szkolenia, bez siły, nie uwierzę. [B]Beatrx[/B] - na starcie - to nie ja pisałam o szkoleniu obronnym. Moja psina w szczenięcych czasach brała udział w psim przedszkolu, później zrobiliśmy PT1. Obrony nie robiłam, bo niestety to zabawa niezwykle kosztowna u mnie. Dzień mojego psa - przedstawię dzisiejszy, który nie wiązał się z przygodami poddrzwiowymi. Budzik dzwoni o 5.00 i całe stado wędruje na spacer. Na początku grzecznie mają przykaz chodzenia przy nodze (mała przy prawej, starszy przy lewej), później stop - troszkę luzu, załatwianie swoich potrzeb porannych i spacerujemy sobie przez jakiś czas. Dochodzimy do parku i tam jest chwila zabawy, tarmoszą się, ganiają - generalnie się bawią. Później ok. 20 minut przypominajki szkoleniowej. Seria siadów, warowań, zostawań, przychodzenia do nogi, przywoływań i jak starczy czasu to też chodzenia przy nodze (na zmianę). Razem wykonują komendy, razem dostają nagrody - oczywiście jeśli zasłużą. Później jeszcze chwilka zabawy i wracamy do domu - troszkę luźniej, żeby mogły się jeszcze pozałatwiać zanim zostaną same jak pójdę do pracy. Wracamy tak po 6.15 - 6.20. Ponieważ nie mam gdzie go przywiązać na ulicy, wymyśliłam dzisiaj inny sposób. Świrek uwielbia samochód, jak ma gdzieś pojechać, to emocje go wręcz rozsadzają! (nad tym też pracuję, ale tylko ja mam prawo jazdy, zatem trenujemy dość wybiórczo...). Wracamy ze spaceru i mówię Świrkowi, że właśnie wsiądzie do samochodu i czy widzi gdzie stoi. Świrek się cieszy i pędzi do samochodu, otwieram drzwi, on wsiada zadowolony, zamykam samochód i z małą pędzę do domu. Zamykam ją w sypialni i wracam po mojego psa obrońcę. Jak wchodzimy do domu, to oczywiście się cieszy, wchodzi na swoje miejsce ze spokojem, a ja znowu zła, pytam: "no i gdzie jest Twoja sunia? szukaj suni" a ponieważ mała płacze w tym czasie jakby ją ze skóry obdzierali to odnaleźć ją nie jest trudno, pędzi do pokoju, siada przed drzwiami i czeka. Otwieram drzwi a on tak się cieszy, że suńkę znalazł jakby jej wieki nie widział. Razem się rzucają sobie w objęcia - ona szczęśliwa, że wyszła, on szczęśliwy, że znalazł :) I znowu pokój na świecie. Później szykowanie jedzenia - znowu jedno zamykam w jednym pokoju, drugie w drugim (do wczoraj siedziały na swoich materacykach w kuchni, gdzie szykowałam jedzenie, ale przez to znowu były jakieś warczenia... stąd rozdzielenie). Jedzą później osobno, każde w swoim pomieszczeniu, a później znwou love! Śniadanie dzielone jest na dwie części - drugą dostają jak wychodzę do pracy (zostają osobno). Wracam z pracy i wychodzimy na spacer. Ten trwa jeszcze dłużej - około 1 godz. 40 min. - 2 godz. Łazimy po lesie, ćwiczymy, bawią się itp. Na zmianę też - jedno czeka, drugie ma rzucaną swoją zabawkę, czy patyczek - Mała to raczej leży i gryzie patyczek :) a Świrek szaleje strasznie, biega wyżywa się, przynosi aportuje bez problemu. Później znowu się bawią i wracamy do domu. Albo popołudniowy spacer machamy oddzielnie. Wtedy więcej czasu spędzamy na szkoleniu podstawowym, praktycznie ok. 40 min męczenia intelektualnego indywidualnego. Zabawa z pańcią i powrót. Wtedy spacer trwa około godziny - jednego. Później drugi tak samo. Powroty do domu będą zbliżone do tego, co opisałam. W każdym razie do domu wracamy około 19.00, nawet później. Jedzą, mają siestę (z uwagi na żołądki) i przed snem (wstaję wczesnie, więc przed snem to jest jakaś 21 ;)) idziemy jeszcze na szybki spacer (jakieś 20 minut). Wracamy i jest hasło spać - mała śpi przy łóżku, bo inaczej łazi i Świra zaczepia, duży gdzie sobie życzy, przychodzi czasem, popatrzy co się dzieje, przytuli się i się kładzie z nami. Od, tak wygląda nasz dzień. Skoro już dotrwaliście z czytaniem do tego momentu, to dorzucę jeszcze krótką charakterystykę starszego psa. To była psina z podhodowli wyrwana... Był biedny i chory. Stan zarobaczenia był taki, że pies miał ataki padaczki. Brał Luminal bo po trzykrotnym odrobaczeniu nadal załatwiał się żywymi robalami i ataki nie mijały. W swoim poprzednim "domu" był też chyba wiązany - w sensie jego pysk był wiązany sznurkiem... miał pełno otarć na pysku, na łapkach i ogonie, takich bardzo charakterystycznych. Kiedy próbowałam wcześniej zadziałać kantarem na pysk, skończyło się zdartym o asfalt nosem i leczeniem nosa... na pewno bolesnym, ale Świrek to wybrał niż spacer w kantarze, co też o czymś świadczy. Bał się obcasów, nie lubił psów, nie lubił ludzi, nienawidził dzieci. Nadal to zostało. Na początku ludzi się bał. Teraz jak idziemy ulicą, to mogę z nim nawet wejść do sklepu, usiądzie cichutko przy mnie i grzecznie będzie czekał. W autobusie, w największym tłoku siedzi grzecznie... ale niech ktoś spróbuje w moją stronę ręką machnąć... grzeczność się kończy. Broni mnie przed całym światem. Jak jesteśmy na działce, to cały czas jest blisko mnie i nawet muchy przegania, żeby za blisko mnie nie latały. A teraz musi się z Szajbą mną podzielić... to mu trudno. Sunia z kolei ludzi kocha, do każdego chciałaby się iść przywitać. Więc jak na spacerze ktoś ją głaszcze, to Świrek krótko daje mu do zrozumienia, że sobie tego nie życzy. Sadzam go przy nodze i tłumaczę - zobacz, nic się nie dzieje. On na mnie patrzy tak po owczarkowemu, kręci główką na boki i daje sobie spokój. A jak mała podchodzi do stada, to sprawdza ją całą, czy czasem jej się krzywda nie stała. Nie daj bóg, jeśli by pisnęła... pisnęła kiedyś przed drzwiami, jak Świrek był w domu. Bardzo zaniepokojony pobiegł sprawdzić co się działo i wtedy mu nawet wejście przez drzwi nie przeszkadzało, tylko mała na starcie wylizał. Od taki Świr...
  16. Raczej nie wysterylizuje czteromiesięcznej suni, niezależnie od tego, czy uznasz to za solidarność, głupotę, czy cokolwiek chcesz. Nie niby na razie jej odpuściłam, tylko to jest pies ze schroniska, które zobowiązuje mnie w umowie adopcyjnej do sterylizacji, zresztą przeprowadzonej u nich. Mam po prostu psa odstawić na zabieg. Nie jestem weterynarzem, ale żeby mieć psa, nie trzeba nim być, podobnie jak żeby zostać rodzicem nie musisz być pediatrą. Dołożyłam całej możliwej staranności, aby dowiedzieć się jakie są za i przeciw kastracji - jednej i drugiej. Nie ograniczyło się to do telefonu do jednego weterynarza - dzwoniłam gdzie się dało, czytałam co się dało. Zdecydowałam się na chemiczną, która bądź co bądź nie jest ostateczna. Chirurgiczna cokolwiek nieodwracalna jak łatwo zauważyć. Hmm. No pomijając, że przecież zgodnie z wcześniejszymi wypowiedziami czytanymi na forum, przecież wszystko się da i to na spokojnie konsekwencją, w tym oto przypadku ma mi się nie dać? I to, że w domu jest święty spokój i się bawią też nie świadczy o mnie dobrze, że na spacerze miłość kwitnie - także niczego nie zmienia? Nic mi nie pomoże, psy nie będą się lubić i to akurat moje niechybnie się zagryzą? Kategoryczna odpowiedź... Tylko co prócz robienia swoje mi zostało? I w jaki sposób mam to swoje robić? tego mi brakuje - jak mam postępować z psem? "rób swoje" "nic nie pomoże", "o już może nie być zmiłuj: suki potrafią się żreć między sobą aż do ostatecznego rozwiązania kwestii suczej". Potrzebuję rady, a nie ciągłej krytyki tego co robię - bo skoro robię źle, to nie siedzę i nie płaczę, tylko szukam rozwiązania. Od taka jestem dziwna.
  17. Ja oczywiście wiem, że to we mnie tkwi problem... Wiem nawet bardzo, chociaż się starałam niezwykle zostać samcem alfa, to jakoś mi chyba testosteronu zabrakło, chociaż wcale nie jestem taka mała i do tego ruda. Co ciekawe w tym wszystkim - nie mogłam wręcz nie napisać - moja sunia też jest ruda, a mój piesek ma na imię: Świrosław (zdrobniale Świr lub Świrus). Cały zestaw o którym przeczytałam zatem się znalazł. I rude i świr. W domu dryl panuje od jakiegoś czasu (z założenia nigdy psu nie można było robić wszystkiego.... ale), są wprowadzone nowe zasady dla obu psów, odsyłany na miejsce z "zostań" i choćby co nie wiem tam ma siedzieć. Jak leży sobie w przejściu, to po bożemu idę taranem, mówiąc słodko "przepraszam" i motywując bydle, żeby z drogi zeszło. Padnij też ma jak trzeba - tylko chwała bogu błota w domu jeszcze nie mam. Pewnie przy tym zestawieniu stworzeń, wszystko przede mną. Nagrody w domu tylko jak coś zrobi wyjątkowego. Trudno mi go wziąć do galopu nie oglądając się na młodą, jak młoda zaczyna portkami telepać. No trudno mi naprawdę. Zapach to ona ma już suczy, choć nie wiem jakim cudem mój pies go wyczuwa... liże biedak, wącha, łasi się (w domu) łapką się zaczepia, po czym przechodzi do czynu... a raczej próbuje. Próbował na tyle mocno, że zafundowałam mu implancik, żeby testostern przez pół roku mu negatywnie na mózg nie wpływał (sunia będzie wysterylizowana, tak mnie schronisko zobowiązało - wyjścia nie mam, losy jajek Świra jeszcze się ważą). Wydaje się jednak, że jest jeszcze gorzej jak ten lek cudowny zaczął działać... Wszystko wskazuje na to, że to agresja terytorialna, albo lękowa albo ch... tudzież inny męski organ wie jaka jeszcze, której ja nie ogarnęłam... i która przy kastracji się nasila (kastracja chemiczna nie po to była, żeby psa uspokoić, tylko po to, żeby nie próbował nierządu z młodocianą) Ale pomysłów na rozwiązanie poddrzwiowej sytuacji nie mam... ps. Cesara Millana w życiu nie oglądałam. Od lat bodaj 11 nie mam telewizora, a o nim dowiedziałam się z forum :)
  18. 120 odsłon... i nikt nic nie napisał...
  19. Na wstępie chciałam zauważyć, że czarnykapturek nie ma problemu z kolczatką tylko z Sarą - o tym chyba rozmówcy troszkę zapomnieli... Uwielbiam analizy przeciwników kolczatek. Naprawdę - kocham je całym sercem. A już najbardziej takich, którzy spotykając mnie w parku z dwoma jamnikami informują, że oni już zrezygnowali z kolczatek - z wielką dumą, i nie widzą różnicy w gabarytach psa. Jak można jamnika w kolczatką przyozdobić, to już w ogóle inna historia. Jak już nosić kolczatkę, to tak, żeby bolało, bo tak trzeba? - nie łapiecie w ogóle moi drodzy, że sam fakt założenia kolczatki działa troszkę na psychikę psa - nie będę ciągnąć, bo mnie zaboli - stąd różnica, Czarnykapturek zakłada je w ogóle luźno - nauka chodzenia na smyczy to w ogóle jest inna historia. Skoro Twój pies waży tyle ile waży, to musisz mieć możliwość zapanowania nad nim w sytuacjach kryzysu. Taką panią przeciwniczkę kolczatek z psem wielkości doga niemieckiego także miałam przyjemność spotykać - uznawała, że jeśli jej psineczka się wyrwie, to w końcu wróci, przecież nigdzie daleko nie ucieknie, nikogo nie gryzie, anioł nie pies. Kilka dni później wbiegła mi pod koła samochodu, a pani z krzykiem biegła za nią... W krajach, w których kolczatka jest zabroniona wykorzystuje się często obroże elektryczne i prądem panuje nad psem - racja... o wiele bardziej humanitarne. Przeciwnikom kolczatek proponuję założyć sobie jakąś na szyję i zobaczyć, czy faktycznie chodzenie w luźnej kolczatce boli. Wiem, bo ja sprawdzałam. Co więcej - pomysł na obrożę elektryczną także miałam - z tego zrezygnowałam po eksperymencie na własnej szyi. Zatem do boju! Czarnykapturku - w ogóle się nie przejmuj. Trzymam kciuki za łączenie Twojego stada, szczególnie, że ja łączę swoje i wiem, że łatwo nie jest :)
  20. Dzień dobry. Jestem tutaj nowa, ale mam sytuację podbramkową - a raczej poddrzwiową :) Mam dwa psiaki - starszy, to 2,5 letni owczarek niemiecki, młodszy to zabrany ze schroniska 4 miesięczny szczeniak - sunia, też w typie owczarka niemieckiego. Początki tej znajomości były baaaardzo trudne. Starszy piesek nie akceptował nowego Intruza w domu, atakował - nie gryzł, nigdy nie naruszył ciągłości skóry małej, ale jednak z warczeniem brutala skakał w jej stronę i ujadał jak na najgorszego wroga. Sposobami chyba wszystkimi możliwymi udało się doprowadzić do tego, że w domu zakwitła wielka miłość - psiaki bawią się ze sobą, liżą, jedzą w tym samym czasie, smakołyki dostają na zmianę, ale też w tym samym czasie, dostają takie same komendy. Nie ma wyróżniania, jest po równo. Na spacerze tak samo - z chodzeniem nie ma problemu, bawią się razem na dworze, nawet czasami starszy podzieli się swoim ulubionym węzełkiem i pozwala małej szarpać jego drugi koniec. Koszmar jest przy drzwiach... O ile z wychodzeniem nie ma problemu, o tyle wchodzenie jest katorgą. Ale po kolei. Na początku, jak wracaliśmy ze spaceru, to dochodziliśmy do furtki i przechodziliśmy ją bez problemu. Problem zaczynał się przy drzwiach - jak mała się do nich zbliżała, to starszy z warczeniem do niej startował (agresywnie, zdecydowanie). Reakcji była cała masa. Próbowałam: [LIST] [*]korekty kolczatką [*]położeniem się na psa (a`la dominacja) do momentu wyciszenia [*]sadzanie psa w oddali, aż do wyciszenia [*]pomyślałam, że wchodzenie małej źle mu się kojarzy, więc kiedy zbliżałam się do drzwi on dostawał swój ulubiony węzełek [*]wchodził pierwszy - atakował; wchodził drugi - atakował [*]przywiązywałam go na jego legowisku (tak, że widział drzwi) i przechodziłam z małą przez próg w tę i z powrotem - jak był grzeczny, to dostawał nagrodę, jak nie - to było grożenie paluchem i groźne nie [/LIST] No i w efekcie - nic się nie zmieniło. No może inaczej - zmieniło. Teraz wie już, że jestem zła, jak nie wpuszcza suni do domu, więc ataki zaczęły się już przed furtką i na etapie całej wędrówki przez podwórko. Tam robiłam dokładnie to samo... To teraz cała akcja zaczyna się już podczas powrotu ze spaceru jakąś ulicę dalej i trwa pod same drzwi. Ostatnio musiałam to małe 15 kilo zarzucić na ręce, żeby wrócić do domu - wiem, zły precedens, ale musiałam zdążyć do pracy. A sunia robi osiołka i nie chce iść dalej... Na smaki tylko podchodzi, idziemy więc tak, że ona jest przy prawej nodze (tak ją uczę - starszy przy lewej, mała po prawej), karmię jednego i drugiego smakami, jak idą grzecznie... ale idą tak dopóki furtka nie pojawia się w zasięgu wzorku.. i od nowa. Doszło do tego, że mała zaczyna bać się wracać do domu nawet wtedy jak idziemy same. Dzisiaj poprosiłam o wsparcie, żeby dwie osoby wprowadzały psy. Tak więc ja wzięłam starszego (jest ze mną bardzo związany i raczej nie przepada za innymi ludźmi) smycz małej przekazałam w dobre ręce. W momencie w którym zbliżaliśmy się do furtki nie tylko subtelnie dał nam do zrozumienia, że ta druga para ma najlepiej do domu nie wchodzić, ale wprost wystartował do nich jakby co najmniej chcieli mi głowę urwać. Weszła do domu mała, weszliśmy my. każde zostało przypięte do ściany przy swoich legowiskach (są przypinani jak mają się opamiętać) i po tym moim dzisiejszym ekperymencie pierwszy raz od niepamiętnych czasów wyskoczył do suni w domu. Więc znowu odesłanie na miejsce, powiedzenie nie i położenie się na psie... i tak sobie leżałam aż się nie uspokoił. Później w domu zapanowała miłość, leżały razem, lizały się po pyszczkach. Żeby zmniejszyć troszkę jego temperament zastosowałam kastrację chemiczną (dobierał się do suni, więc wyjścia nie było, jakąś trzeba było zastosować wybrałam taką opcję, powiedzmy - nie ostateczną) Dopiero 4 dni minęło (implant ma działać po dwóch tygodniach) a na spacerach jest jakby grzeczniejszy, bliżej mnie jest teraz, bardziej lubi się miziać i jest o wiele bardziej głodny rano... Stąd też, mój spokój trwał dopóki nie zaczęłam szykować im jeść. Znowu było powarkiwanie z niezadowolenia. Ostatecznie każde zostało w swoim miejscu (jak wychodzę do pracy, to psy są oddzielone drzwiami zamykanymi na klucz), a ja poszłam do pracy. Teraz mam pytanie - nie, ja Was błagam wręcz o pomoc! Co mam robić z tym swoim bydlęciem niezrównoważonym?? Behawioryści - każdy ma swoje zdanie, jedni mówią dominuj, inni o korekcie kolczatką, jeszcze inni - bez przemocy odsyłaj na miejsce, nie dotykaj (to moje ulubione, odeślij bez użycia siły atakującego psa na miejsce... wiem, da się, ale nie mamy skończonego szkolenia psa obronnego i pełnej kontroli nad takimi atakami - gdybyśmy mieli, nie byłoby problemu). Jakieś pomysły? PROSZĘ!
×
×
  • Create New...