Uśpiliśmy Milvę. Miała postępujący niedowład zadu, zaniki mięśni. Nie chodziła po schodach, a na spacery mąż ją nosił w szelkach gappaya. Zaczęła się przewracać na prostej drodze. Na ostatnim spacerze ze mną upadła kilkakrotnie na twarz. Często nie była w stanie wstać z podłogi. Jak ugryzła dziecko bez powodu, zaczęłam myśleć, że musi ją boleć. No, albo starość we łbie miesza. Miewała też lepsze dni, że wstała, mniej upadała.
I mimo tego wszystkiego, żałuję, że nie odłożyłam decyzji na potem, choćby miesiąc, dzień... Brakuje mi jej tak strasznie, potwornie, bardzo. Dałam jej tak mało na koniec, czasu, serca, przy dwójce małych dzieci...