Był to nasz pierwszy piesek... W domu 3 facetów i jedna kobieta, która zdominowała wszystkich i wybrała psa wielkości małej poduszki :-(Miała 4 i pół roku, pod koniec maja pojawiły się pierwsze problemy zdrowotne... Walczyliśmy przez 3 miesiące nikt nie patrzył na koszty, bywały dni, że codziennie byliśmy u weterynarza dochodziły jeszcze wyjazdy do Wrocławia na rezonanse, tomografie... Wszystko zapowiadało się tak jakbyśmy mieli już być na prostej. Wczoraj było to rano nie mogła utrzymać się na nogach rozsuwały się jej. To był mądry pies wiedziała że coś jest nie tak nie piszczała, ale ciągle się chciała przytulać i bała się. Nie był to pies który chciał odejść. Zmierzyłem jej temperaturę.. Była niska 35 stopni, miałem nadzieję, że robię to źle, chciałem tak myśleć. Ale było czuć, że jest chłodniejsza ode mnie. Od razu w kocyki telefon po brata, że musimy jechać szybko (wiedziałem, że to koniec, nie wiem nie docierało to tak do mnie) w międzyczasie folia termiczna, starałem się zrobić wszystko co w mojej mocy, każdy zapłakany, ale pies mimo wszystko był dzielny, walczyła i czekała na mojego brata dopiero kiedy on podjechał wszystko potoczyło się tak szybko, nie zważając na nic pojechaliśmy szybko do kliniki. Tata został już się zdążył pożegnać... Z bratem i mamą jak najszybciej pędziliśmy, żeby ulżyć jej cierpienia. W połowie drogi trzymając ją na kolanach i cały czas do niej mówiąc, że jesteśmy przy niej zauważyłem że jej języczek jest biały, oddech płytki. Mój brat się przeraził wiedział że stan jest krytyczny, studiuje medycynę... ale nie trzeba było być geniuszem żeby wiedzieć, że jest źle... Bardzo ją kochaliśmy była z nami ponad 4 lata. Cztery najwspanialsze lata. Nie był to typowy terrier, nie była uparta. Uwielbiała wychodzić na balkon i się wygrzewać, kochała jeść biszkopty i gdy tylko ktoś leżał na łóżku to ona też chciała obok się zwinąć w kuleczkę. Umieliśmy obsługiwać kroplówki i podawać wszelkie leki miało być zupełnie inaczej niż się skończyło... Dojechaliśmy do kliniki zdążyłem tylko otworzyć drzwi cały personel kliniki który dyżurował zaczął reanimować pieska, szybka morfologia erytrocyty znikome ja nie umiałem nic powiedzieć, pies pod tlen sytuacja lekko opanowana... Czas na pożegnanie, najgorszy okres mojego życia... pies wiedział, że z nim jesteśmy, resztami sił przemiescił się w ramiona brata... Po chwili chciał do mnie i do mamy... Zdążyliśmy się pożegnać... Nadeszła ta chwila... Eutanazja... cały czas do niej mówiłem, żeby się nie bała, że z nią jesteśmy i byliśmy do końca. Nie wybaczyłbym sobie gdybym chociaż na chwilę ją zostawił, mimo że było ciężko, nadal jest to nie żałuję żadnych pieniędzy i czasu. Cieszę się, że byliśmy w stanie dać jej 3 miesiące życia - trzy wspaniałe miesiące, w których nie cierpiała, była szczęśliwa, pogodna, kochana:placz:Mały pies o wielkim sercu, który nauczył mnie bardzo wiele, ale już go nie ma w domu pustka, mam wrażenie, że zaraz wskoczy mi na kolana i pokaże brzuchol, żeby ją miziać, rano nie jest lepiej zawsze jej śliczne oczka to była pierwsza rzecz którą widziałem. Jest nam tak źle... To było tak nagle, po takiej walce:placz::placz: cała rodzina, znajomi, osiedle rozpaczają, że już nasza perełka nigdy nie będzie biegać po dworze i ich nie zaczepi, każdy się obwinia, szuka swoich błedów... w ostatniej godzinie merdała ogonkiem :placz:mam nadzieje, że kiedyś nam wybaczy, ale nie było innego wyjścia, a nie umiała już łapać oddechu... Nie wiem kiedy się pozbieramy, ale kiedy było źle wcześniej to obiecałem jej, że nadrobię biorę się do roboty i lecę na weterynarię do Olsztyna, potem było ok miałem zdążyć jeszcze jej kiedyś pomagać :( Teraz mam poczucie, że muszę dać z siebie wszystko dla niej, że obiecałem jej to i muszę to zrobić. Mój pierwszy pies o którego prosiłem 4 lata...Teraz został tylko na zdjęciach i w sercu.. :-(