Z ogłoszenia zadzwoniłam, bo od kilku tygodni szukałam swojego ukochanego pieska. Zadzwoniłam, umówiłam sie i pojechałam, zanim dojechałam na miejsce to zabłądziłam, ale twrdo dążyłam do celu. W końcu mocno spóźniona dotarłam do zabitej dechami wiochy, do miejsca urodzenia mojej Soni. Zobaczyłam bardzo zaniedbane podwórko a na nim 40 psów, dorosłe i szczeniaki, wszystkie małe "ala" pinczerki. ja zadzwoniłam z ogłoszenia, żeby kupić terriera walijskiego, ale jak zobaczyłam otoczenie to wiedziałam, że nie bedzie to opisywany mi przez telefon piesek. W końcu przyniesli mi suczkę, bardzo zastraszoną, wyciagnietą z metalowego pojemnika, jak tylko ja zobaczyłam, to wiedziałam, że nie moge jej tam zostawić i mimo, że to nie był terrier to ją szybko kupiłam (za 90 zł, ale dałabym im kazde pienąidze) i odjechałam. Moja Sonia aklimatyzuje sie do nowego domu, troszczymy sie bardzo o nia i chcemy, żeby zapomniała o poprzedanich właścielach. :agrue: